Event Marketing Institute Sp. z o.o.
Iwonicka 3, 60-473 Poznań
NIP 7812066079
REGON 527890052
KRS 0001090243
REGON 527890052
KRS 0001090243
© 2024 Kalewski copy
Konkretna wiedza z marketingu B2B i event marketingu.
Bez lania wody, za to z instrukcją "jak to zrobić".
Bo teoria bez praktyki jest bezużyteczna.

Najważniejsze tezy: Formułę spotkania świątecznego wybiera się po tym, kogo ma połączyć. Kolacja sprawdza się przy zespołach biurowych do pięćdziesięciu osób, a przy załodze zmianowej, rozproszonej albo zmęczonej powtarzalnością lepiej działają formaty dzienne, warsztatowe albo oparte na wspólnym dokonaniu.
Krótka odpowiedź: formułę spotkania świątecznego wybiera się po tym, kogo ma połączyć. Kolacja sprawdza się przy zespołach biurowych do pięćdziesięciu osób. Przy załodze zmianowej, rozproszonej albo zmęczonej powtarzalnością lepiej działają formaty dzienne, warsztatowe albo oparte na wspólnym dokonaniu.
Grudniowa rozmowa w większości firm wygląda tak samo: gdzie w tym roku i czy znów to samo menu. Pytanie o formułę pada rzadko, bo wydaje się przesądzone. Kolacja, opłatek, część oficjalna, DJ.
To jest poprawny format i dla części zespołów właściwy. Problem zaczyna się wtedy, gdy firma powtarza go dziesiąty rok z rzędu, mimo że połowa załogi pracuje zmianowo, a jedna trzecia zdalnie.
Od trzech rzeczy, w tej kolejności: kto ma z kim porozmawiać, jak ludzie dojadą i wrócą, oraz co ma zostać po spotkaniu. Budżet jest czwarty, choć zwykle bywa pierwszy.
Metodykę podejmowania tych decyzji rozpisałem w poradniku organizacji wigilii firmowej. Tutaj skupiam się na samych formatach i na tym, komu służą.
Przyłóż do każdej cztery pytania i wybierz tę, która przechodzi wszystkie.
Mechanika doboru jest ta sama co przy całorocznej integracji i rozpisałem ją szerzej przy okazji atrakcji na imprezę integracyjną.
Przy większej załodze dochodzi jeszcze warstwa logistyczna, którą rozpisałem w tekście o spotkaniu świątecznym dla dużej firmy. Sam przebieg wieczoru, godzina po godzinie, jest w scenariuszu wigilii firmowej.
Zrobiłem kiedyś spotkanie o social mediach, na którym celowo nie było WiFi ani zasięgu. Zamysł był przewrotny, efekt natychmiastowy: po kwadransie ludzie zaczęli rozmawiać ze sobą, bo nie mieli dokąd uciec wzrokiem. Przy spotkaniach świątecznych działa ta sama zasada, tylko rzadziej się ją stosuje: formułę buduje się z ograniczeń, a nie z dokładania atrakcji.
Jeżeli w firmie pracują osoby innych wyznań albo niewierzące, przesuń akcent z religijnego na podsumowanie roku. Nazwij wydarzenie spotkaniem świątecznym albo noworocznym, a opłatek zostaw jako element dostępny, nie obowiązkowy.
Druga rzecz to alkohol. Bywa domyślną osią wieczoru, choć nie musi nią być. Rozsądny model to alkohol dostępny, dobra oferta bezalkoholowa i zabezpieczone powroty, plus jedna trzeźwa osoba po stronie firmy odpowiedzialna za sytuacje trudne.
Trzecia: konkursy sceniczne wymagające ochotników. Angażują zwykle tę samą garstkę, która i tak jest widoczna, a reszcie dają rolę widowni.
Nie ma jednej dobrej formuły spotkania świątecznego. Jest dopasowanie do zespołu, który macie, i do celu, który postawiliście przed wydarzeniem. Kolacja jest bezpieczna i często trafna. Przestaje być trafna wtedy, gdy wybieracie ją dlatego, że zawsze tak było.
Nie i często nie powinna. Format dzienny podnosi frekwencję, znosi problem powrotów i obniża koszt. Wieczór wybieraj wtedy, gdy zależy ci na dłuższej części towarzyskiej i masz zespół, który realnie może zostać.
Potraktować to poważnie i zmienić formułę, a nie menu. Zmęczenie zwykle dotyczy schematu: przemówienie, kolacja, muzyka. Wolontariat, warsztat albo wieczór pasji to inna mechanika, więc i inna reakcja.
Od dwudziestu do trzydziestu minut. Dłuższa zaczyna pracować przeciwko spotkaniu, bo ludzie przestają słuchać, a rozmowy przy stolikach i tak wracają.
Nie jest, a przy zespołach zróżnicowanych światopoglądowo lepiej zostawić go jako element dostępny dla chętnych. Zapowiedz program wcześniej, żeby nikt nie był zaskoczony.
Warsztat i wolontariat mieszczą się zwykle w budżecie zbliżonym do kolacji, bo koszt przenosi się z oprawy na program. Lunch i śniadanie są wyraźnie tańsze. Format z rodzinami zwykle najdroższy, ze względu na przestrzeń i obsługę.
Da się i często to dobre rozwiązanie: warsztat albo wolontariat w pierwszej części, kolacja w drugiej. Ważna jest kolejność. Aktywność wymagająca uwagi ma wypaść przed posiłkiem, nie po nim.
Nie wiesz, która formuła pasuje do Twojego zespołu? Napisz w dwóch zdaniach, ilu macie ludzi i jak pracują, a podpowiem, co ma sens przy Waszym budżecie i terminie. Więcej o projektowaniu doświadczeń biznesowych.

Najważniejsze tezy: Family day jest innym wydarzeniem niż piknik z doproszonymi rodzinami: ma inny program, inną logistykę i inny profil ryzyka. Obecność dzieci zmienia jedzenie, toalety, zadaszenie i parking, a plan B na pogodę w polskim czerwcu jest koniecznością.
W skrócie: Family day to nie piknik z doproszonymi rodzinami. To inne wydarzenie, z innym programem, inną logistyką i innym profilem ryzyka. Zapraszając dzieci, przeprojektujcie cały dzień, zamiast dostawiać dmuchańca z boku. I miejcie prawdziwy plan B na pogodę, bo w polskim czerwcu to nie jest formalność.
Pierwsza scena: łąka za miastem, scena, konferansjer, konkursy dla dorosłych. Z boku dmuchany zamek. Dzieci po czterdziestu minutach mają dość, rodzice stoją przy zamku zamiast rozmawiać z ludźmi z innych działów, a o piętnastej połowa rodzin wraca do domów.
Druga scena: ten sam teren, bez sceny. Cztery strefy, każda z animatorem, jedzenie w trzech punktach, kąt dla najmłodszych z cieniem i leżakami. Dorośli rozmawiają, bo dzieci mają zajęcie, które trwa dłużej niż kwadrans.
Różnica nie była w budżecie. Była w założeniu, dla kogo jest ten dzień.
Krótka odpowiedź: piknik jest dla zespołu, family day dla zespołu i jego rodzin. To dwa różne cele, więc i dwa różne wydarzenia.
Piknik firmowy ma z reguły cel zespołowy: przemieszanie działów, nieformalna rozmowa, wspólne doświadczenie w luzie. Można go zrobić w tygodniu, można zakończyć wieczorem, można podać alkohol.
Family day ma cel inny: pokazać rodzinom, gdzie i z kim pracuje ich bliski, i zbudować przywiązanie przez osoby, które na co dzień są poza firmą. To jest narzędzie employer brandingu, nie integracji zespołowej, i działa zupełnie inaczej.
Najczęstszy błąd polega na tym, że firma chce obu rzeczy naraz i dostaje żadnej. Dorośli nie zintegrują się głęboko, bo pilnują dzieci. Rodziny nie poczują się zaopiekowane, bo program był pisany dla pracowników.
Na pikniku ludzie nie siedzą. To jedno zdanie ujmuje większość błędów programowych: scena z prowadzącym, do której wszyscy mają się zgromadzić, działa na pikniku gorzej niż w sali.
Dmuchańce zajmują dzieci i to jest ich cała rola. Nie łączą nikogo z nikim. Jeżeli cały program opiera się na atrakcjach do wynajęcia, dostaniecie wesołe miasteczko z logo firmy, a nie wydarzenie.
To jest jedyny punkt, przy którym nie ma kompromisu. Plan B nie może brzmieć „w razie deszczu przeniesiemy się pod namiot", jeżeli namiot jest na pięćdziesiąt osób, a gości będzie dwieście.
Family day zmienia profil ryzyka całego wydarzenia. Kilka rzeczy, które trzeba ustalić z obsługą terenu i z działem prawnym, zanim wyślecie zaproszenia.
Nie ma dobrych, publicznych danych o rynku pikników firmowych w Polsce i nie będę udawał, że są. To, co mam, to obserwacje z realizacji, i jedna z nich regularnie zaskakuje klientów: frekwencja na family day liczy się inaczej niż na pikniku.
Przy zaproszeniu rodzin realny mnożnik wynosi zwykle między dwa a trzy razy liczba pracowników, którzy potwierdzą udział, a nie liczba zatrudnionych. Zmienia to jedzenie, toalety, zadaszenie i parking. Budżet liczony od liczby pracowników rozjedzie się w pierwszej godzinie.
Druga obserwacja: koszt na osobę jest na family day niższy niż na wieczornej gali, ale koszt całkowity często wyższy, właśnie przez liczbę osób. Zarządy, które patrzą tylko na stawkę jednostkową, bywają zaskoczone fakturą.
Family day w sobotę zabiera rodzinie weekend i część osób odbierze to jako koszt, nie jako prezent. Piątek po południu, z wcześniejszym zakończeniem pracy, działa często lepiej: firma daje czas, a nie zabiera.
Termin w kalendarzu rocznym też ma znaczenie. Czerwiec jest oczywisty i dlatego zatłoczony u dostawców. Wrzesień bywa lepszy pogodowo i wyraźnie tańszy, a przy family day ma dodatkową zaletę: dzieci są już po wakacjach i łatwiej zebrać rodziny w jednym miejscu.
Trzy pozycje, które w pikniku zjadają najwięcej i które najczęściej są niedoszacowane: zadaszenie, jedzenie i sanitariaty. Atrakcje są widoczne, więc dostają uwagę. Toalety są niewidoczne, dopóki nie ma do nich kolejki.
Pełną strukturę budżetu, z rezerwą i podziałem na kategorie, rozpisałem w tekście o planowaniu budżetu imprezy firmowej. Strukturę całego dnia integracyjnego, razem z tym, co robić między atrakcjami, rozpisałem w przewodniku po imprezie integracyjnej.
Piknik firmowy i family day sprowadzają się do trzech decyzji: kto jest gościem i czy program jest pisany dla niego, strefy zamiast sceny oraz plan B na pełną frekwencję, a nie na połowę. Reszta, łącznie z atrakcjami, ustawia się wokół tych trzech.
Gościem i celem. Piknik jest dla zespołu i służy integracji. Family day jest dla zespołu i rodzin i służy budowaniu przywiązania do pracodawcy przez osoby spoza firmy. To wymaga innego programu i innej logistyki.
Zwykle dwa do trzech razy tyle, ile potwierdzi pracowników. Licz budżet od tej liczby, nie od liczby zatrudnionych i nie od liczby zaproszeń.
Piątek po południu z wcześniejszym zakończeniem pracy działa często lepiej niż sobota, bo firma daje czas zamiast zabierać weekend. Sobota ma sens, jeżeli dojazd jest daleki i dzień ma trwać dłużej.
Może, ale decyzja powinna być świadoma i zakomunikowana z wyprzedzeniem. Część firm rezygnuje całkowicie, część otwiera bar dopiero po zakończeniu części dla dzieci.
Zapytajcie dostawcę o proporcję animatorów do dzieci i zapiszcie ją w umowie. Deklaracja bez zapisu ma zwyczaj kurczyć się w dniu wydarzenia.
Nic, jeżeli nie przygotowaliście zadaszenia dla pełnej frekwencji i twardej godziny decyzji. To są dwie rzeczy, które trzeba mieć ustalone z dostawcami na piśmie, zanim zaczniecie sprzedaż wewnętrzną wydarzenia.
Na pikniku rzadko potrzebny jest konferansjer w klasycznym sensie. Potrzebni są animatorzy w strefach i jedna osoba, która ogłasza dwa albo trzy komunikaty w ciągu dnia. Różnice między tymi rolami rozpisałem w tekście o mistrzu ceremonii i konferansjerze.
Planujesz piknik albo family day i chcesz, żeby to było wydarzenie, a nie wesołe miasteczko z logo? Napisz, ile osób, jaki teren i jaki cel, a powiem, jak bym ułożył strefy i gdzie leży ryzyko. Więcej o projektowaniu doświadczeń biznesowych.

Najważniejsze tezy: EVP istnieje wtedy, gdy dla każdego jego elementu da się wskazać moment w roku, w którym pracownik tego doświadcza. Obietnica bez takiego momentu jest deklaracją, a ludzie wyczuwają to szybciej niż dział HR.
W skrócie: EVP działa wtedy, gdy dla każdego jego elementu potrafisz wskazać moment w roku, w którym pracownik tego doświadcza. Jeżeli takiego momentu nie ma, obietnica jest deklaracją, a ludzie to wyczuwają szybciej niż dział HR. Traktuj EVP jak brief dla kalendarza wydarzeń pracowniczych, nie jak materiał dla grafika.
Employee value proposition powstaje zwykle tak samo: warsztat z zarządem, kilka godzin dyskusji, na wyjściu cztery albo pięć haseł. Rozwój. Współpraca. Wpływ. Elastyczność. Potem grafik ubiera to w layout, HR wrzuca do ogłoszeń rekrutacyjnych i na stronę kariery, a zarząd odhacza temat.
Rok później ktoś pyta, dlaczego kandydaci nie widzą różnicy między nami a konkurencją.
Bo powstaje jako komunikat, a miało powstać jako obietnica. Różnica jest praktyczna: komunikat wystarczy ładnie sformułować, obietnicę trzeba spełnić w konkretnym momencie i w sposób, który człowiek zapamięta.
Dochodzi drugi problem. Większość zestawów EVP w polskich firmach jest wymienna. Zasłoń logo i nie odróżnisz producenta okien od software house'u, bo obie firmy obiecują rozwój, dobrą atmosferę i realny wpływ. Obietnica, która pasuje do każdego, nie przyciąga nikogo.
To ten sam mechanizm, który opisałem przy wartościach firmowych: deklaracja bez doświadczenia buduje cynizm, nie zaangażowanie. EVP jest tego szczególnym przypadkiem, bo dotyczy obecnych pracowników i kandydatów, którzy weryfikują obietnicę w pierwszym miesiącu pracy.
Jest test, który zajmuje kwadrans i nie wymaga budżetu. Wypisz elementy swojego EVP w kolumnie, a obok każdego wpisz moment z ostatnich dwunastu miesięcy, w którym przeciętny pracownik tego doświadczył. Nie „mamy taką wartość", tylko konkretne wydarzenie, sytuację albo decyzję, którą da się opowiedzieć.
W większości firm, z którymi rozmawiam, dwa z czterech elementów mają pustą rubrykę, a jeden wpis ogólny. Traktuj to jako punkt startu: już wiadomo, czym zająć się najpierw.
Każdy element potrzebuje własnego nośnika: wydarzenia, programu albo zmiany w procesie, którą ludzie odczują. Poniżej cztery najczęstsze obietnice i to, co realnie je udowadnia.
Dowodem nie jest budżet szkoleniowy, tylko widoczność efektu. Wewnętrzny format, w którym pracownicy uczą innych tego, co sami umieją, robi więcej niż katalog kursów. Osoba prowadząca dostaje uznanie, reszta wiedzę, a firma materiał, który może pokazać kandydatom.
Obietnica wpływu jest pusta, dopóki nie ma miejsca, w którym pomysł pracownika staje się decyzją. Program oddolnych inicjatyw z jasnym trybem rozpatrywania i publiczną informacją, co weszło w życie, dowodzi tego lepiej niż każda ankieta.
Tu nośnikiem jest wydarzenie, ale nie dowolne. Musi mieć mechanikę, w której ludzie z różnych działów coś razem osiągają, a nie wspólnie oglądają. Różnicę rozpisałem w tekście o atrakcjach, które realnie integrują.
Najtańszy element i najczęściej zaniedbany. Wystarczy jeden format w roku, w którym firma publicznie oddaje uwagę konkretnym ludziom za konkretne rzeczy. Warunek: uznanie musi dotyczyć osób, które normalnie nie są widoczne w komunikacji wewnętrznej.
Traktuj EVP jak brief. Każdy element dostaje przypisany moment w roku, właściciela i sposób sprawdzenia, czy zadziałał.
Kalendarz zbudowany w ten sposób ma jedną zaletę, której nie ma kampania wizerunkowa: da się go obronić przed zarządem, bo każda pozycja odpowiada konkretnej obietnicy złożonej kandydatom.
Znajomość EVP wśród pracowników mierzy skuteczność komunikacji, nie siłę obietnicy. Pytaj o doświadczenie.
Ostatnie pytanie bywa niewygodne i dlatego jest najbardziej użyteczne. Odpowiedzi zwykle pokrywają się z pustymi rubrykami z testu na początku tego tekstu.
EVP nie jest zestawem przymiotników ani zadaniem dla grafika. Jest obietnicą, która potrzebuje momentu w kalendarzu, właściciela i dowodu. Firma, która potrafi wskazać taki moment dla każdego elementu, ma EVP. Reszta ma slajd.
Tyle, ile firma potrafi udowodnić doświadczeniem. Trzy obietnice z realnymi momentami działają lepiej niż sześć haseł, z których cztery mają pustą rubrykę.
Wartości opisują, jak firma działa i czego oczekuje. EVP opisuje, co firma daje w zamian za pracę. W praktyce oba dokumenty często powtarzają te same przymiotniki, choć odpowiadają na inne pytania.
Udział zespołu pomaga, bo obietnica musi mieć pokrycie w tym, co ludzie faktycznie cenią. Sam warsztat niczego jednak nie załatwia. EVP wypracowane wspólnie i pozbawione momentów jest równie martwe jak EVP ogłoszone przez zarząd.
Samą obietnicę rzadko, raz na kilka lat albo przy istotnej zmianie strategii. Kalendarz działać, które ją udowadniają, co roku. Częstsze zmiany haseł sprawiają, że ludzie przestają je traktować poważnie.
Potrzebuje odpowiedzi na pytanie, dlaczego ktoś ma wybrać ją zamiast większego pracodawcy. To jest EVP, niezależnie od tego, czy ktoś nazwie je po angielsku. Przy małej skali odpowiedź bywa nawet łatwiejsza, bo różnice są wyraźniejsze.
HR za treść i pomiar, ale za dowody odpowiada cały zarząd, bo większość elementów wymaga decyzji poza działem kadr. EVP prowadzone wyłącznie przez HR kończy się na komunikacji.
Masz EVP i nie wiesz, gdzie ma się wydarzyć? Przynieś je na konsultację: przejdziemy element po elemencie, znajdziemy puste rubryki i przypiszemy do nich konkretne momenty w roku. Więcej o projektowaniu doświadczeń biznesowych.

Najważniejsze tezy: Gra biznesowa ma sens wtedy, gdy problem leży w zachowaniach i decyzjach zespołu. Braku wiedzy ani procedury gra nie uzupełni, a jej właściwym produktem jest omówienie prowadzone po każdej rundzie.
W skrócie: Gra biznesowa ma sens wtedy, gdy problem leży w zachowaniach i decyzjach, a nie w braku wiedzy. Zespołowi, który wie, co powinien robić, i tego nie robi, szkolenie niewiele zmieni. Przy braku wiedzy gra też nie pomoże, bo gra nie przekazuje procedury. I najważniejsze: produktem nie jest gra, tylko omówienie po niej.
Pierwsza scena: dwudziestoosobowy zespół sprzedaży, cały dzień symulacji rynkowej, świetna zabawa, zwycięska drużyna dostaje nagrodę, wszyscy jadą do domu o szesnastej. Trzy tygodnie później nikt nie umie powiedzieć, czego się nauczył.
Druga scena: ta sama gra, ale o piętnastej ktoś włącza rzutnik, pokazuje decyzje każdej drużyny i zadaje jedno pytanie: dlaczego trzy zespoły na cztery zrobiły dokładnie ten sam błąd w drugiej rundzie. Dyskusja trwa godzinę i to jest ta godzina, o której ludzie mówią pół roku później.
Krótka odpowiedź: szkolenie przekazuje wiedzę, gra wytwarza doświadczenie i pozwala popełnić błąd, który nic nie kosztuje.
W szkoleniu ktoś mówi, jak coś działa. W grze zespół podejmuje decyzje i widzi ich konsekwencje w kolejnej rundzie. To jest różnica między usłyszeniem, że tniecie ceny za szybko, a zobaczeniem, co się stało z marżą, kiedy wszyscy cieli naraz.
Oddziel też grę biznesową od teambuildingu. Escape room i gra miejska są formą integracji: budują relację, ale nie uczą niczego o biznesie. Gra biznesowa ma treść merytoryczną, model, który odwzorowuje jakąś część rzeczywistości, i omówienie, które przenosi wnioski na pracę.
Bez tego ostatniego elementu gra biznesowa jest planszówką z logo klienta.
Ta część jest ważniejsza, bo koszt pomyłki jest tu wyższy niż przy zwykłym szkoleniu.
Jeżeli macie zapamiętać z tego tekstu jedną rzecz, to tę: płacicie za omówienie, nie za grę.
Praktyczna proporcja, którą stosuję: co najmniej jedna trzecia całego czasu warsztatu idzie na debriefing, i to nie na końcu jednym blokiem, tylko po każdej rundzie krótko, a na koniec dłużej. Gra, która zajmuje sześć godzin i zostawia pół godziny na wnioski, jest źle zaprojektowana.
Dobre omówienie ma trzy warstwy: co się wydarzyło w grze, dlaczego tak się zachowaliśmy i gdzie to samo dzieje się u nas w pracy. Trzecia warstwa jest ta, dla której się to robi, i ta, którą najczęściej się pomija, bo kończy się czas.
Grywalizacja i gry symulacyjne mają w badaniach wyniki mieszane, a nie jednoznacznie pozytywne, i warto o tym wiedzieć, zanim ktoś pokaże Wam prezentację z imponującym procentem. Część publikowanych wyników pochodzi od dostawców tych narzędzi, a badania niezależne częściej pokazują wpływ na zaangażowanie i satysfakcję niż na twarde wskaźniki biznesowe.
To nie jest argument przeciwko grom. To argument za tym, żeby nie obiecywać zarządowi efektu, którego nie umiecie zmierzyć. Uczciwa obietnica brzmi: wspólny język, ujawnione wzorce decyzyjne i lista konkretnych zmian do wdrożenia. Wszystko, co ponad to, należy udowodnić, a nie zadeklarować.
Jak myśleć o doświadczeniu uczestnika w całym takim dniu, rozpisałem w tekście o mapie doświadczeń uczestnika.
Gra z katalogu jest tańsza, dostępna od razu i sprawdzona. Uczy ogólnych mechanizmów i przy pierwszym podejściu zwykle wystarcza.
Gra szyta na miarę kosztuje wielokrotnie więcej i wymaga kilku tygodni pracy, ale mierzy się z Waszym konkretnym problemem: Waszym procesem, Waszym rynkiem, Waszymi napięciami między działami. Ma sens wtedy, gdy ten sam problem wraca i gdy warsztat będzie powtarzany dla wielu grup.
Prosta reguła: pierwszy raz gotowa, a jeżeli zadziała i chcecie iść głębiej, wtedy własna.
Gra biznesowa sprowadza się do trzech decyzji: czy problem jest w wiedzy czy w zachowaniu, ile czasu zostawiacie na omówienie i kto ze strony zarządu odpowiada za wdrożenie wniosków. Bez trzeciej dwie pierwsze nie mają znaczenia.
Dla gry wpisanej w większy wyjazd strukturę takiego dnia rozpisałem w przewodniku po imprezie integracyjnej, a stronę kosztową w tekście o planowaniu budżetu imprezy firmowej.
Escape room buduje relację i dobre wspomnienie. Gra biznesowa ma model merytoryczny i omówienie, które przenosi wnioski na pracę. Oba formaty są dobre, ale do zupełnie innych celów.
Przy jednym prowadzącym realnie do dwudziestu kilku osób, czyli cztery do pięciu zespołów. Większe grupy wymagają dodatkowych moderatorów, bo inaczej omówienie zamienia się w wykład.
Zwykle od pół dnia do całego dnia. Krótsze formaty istnieją, ale trzeba wtedy przyciąć liczbę rund, a nie czas omówienia.
Tak, pod warunkiem że dostanie własny blok z omówieniem, a nie miejsce między obiadem a kolacją. Gra wciśnięta w program jako atrakcja traci całą wartość rozwojową.
Za pierwszym razem zwykle nie. Gotowa gra z katalogu pokazuje mechanizmy i pozwala sprawdzić, czy ten format w ogóle działa w Waszej kulturze.
Osoba, która rozumie i grę, i Wasz kontekst biznesowy. Sam operator gry często zna mechanikę, ale nie zna Waszych realnych napięć i omówienie zatrzymuje się na poziomie gry.
Nie obietnicą wzrostu wskaźników, tylko konkretnym problemem. „Trzy razy w tym roku sprzedaż obiecała klientowi termin, którego produkcja nie mogła dotrzymać" jest lepszym argumentem niż dowolna prezentacja o grywalizacji.
Zastanawiasz się, czy gra biznesowa rozwiąże Twój problem, czy tylko ładnie wygląda w agendzie? Napisz, co konkretnie nie działa w zespole, a powiem, czy to jest robota dla symulacji, dla szkolenia czy dla rozmowy. Więcej o projektowaniu doświadczeń biznesowych.

Najważniejsze tezy: Zarząd wymienia zwykle cztery punkty styku marki z klientem, a lista z warsztatu bywa dużo dłuższa, bo obejmuje także dokumenty, rozmowy serwisowe i wydarzenia. Mapa punktów styku pokazuje, ile uwagi i budżetu idzie na kampanie, a ile na miejsca, w których klient faktycznie ocenia firmę.
Zapytaj zarządu, gdzie klient styka się z marką. Padnie strona, media społecznościowe, reklama i może handlowiec. Cztery punkty.
Teraz przejdź tę samą drogę jako klient: wyszukiwarka, formularz bez odpowiedzi przez dwa dni, oferta w PDF-ie z cudzą nazwą w stopce, telefon do biura, faktura z błędem, reklamacja, przypadkowa opinia w internecie. Kilkanaście punktów, z których policzone były cztery.
Różnica między tymi listami to najtańszy audyt marki, jaki możecie zrobić.
Punkt styku to każde miejsce, w którym ktoś zetknął się z Waszą firmą i wyszedł z tego z jakąś opinią. Także poza kanałami, którymi zarządza marketing.
Listy tworzone na warsztatach są krótkie z dwóch powodów. Po pierwsze, wypisuje się to, co się kontroluje. A spora część styków dzieje się poza kontrolą: opinie, rozmowa z kimś, kto u Was pracował, komentarz w branżowej grupie. Po drugie, pomija się punkty nudne i operacyjne, bo nie wyglądają jak komunikacja.
Tymczasem faktura z błędem albo trzy dni ciszy po zapytaniu mówią o firmie więcej niż kampania. Marka to suma dowodów, nie suma deklaracji.
Klient nie odróżnia działu marketingu od działu obsługi. Dla niego wszystko to jesteście Wy. Łącznie z osobą, która nie odbiera telefonu.
Bez wielkiego procesu badawczego, w cztery kroki.
Ostatni krok bywa najbardziej niewygodny i daje najwięcej. Mapa zbudowana wyłącznie przy stole opisuje firmę taką, jaka miała być, nie taką, jaka jest.
Przeprojektowałem kiedyś obecność targową klienta z dwóch hostess na piętnastoosobowy zespół z przypisanymi rolami i scenariuszami rozmów. Ten sam metraż, ten sam budżet na zabudowę, inny wynik. W kategoriach mapy punktów styku zmieniło się jedno: punkt, który wcześniej dawał trzydziestosekundowy kontakt z ulotką, zaczął dawać dwudziestominutową rozmowę o problemie rozmówcy. Na diagramie oba wyglądają tak samo.
Nie wszystkie są równe. Trzy typy decydują o obrazie całości.
Pierwszy kontakt. Buduje oczekiwania, do których odbiorca porówna wszystko, co przyjdzie potem. Rozdmuchana obietnica na tym etapie pracuje przeciwko Wam już od drugiego spotkania.
Momenty niepewności. Cisza po wysłaniu zapytania, oczekiwanie na wycenę, opóźnienie. Wtedy ludzie sami dopowiadają sobie historię i zwykle jest to gorsza wersja niż prawdziwa.
Sytuacje po błędzie. Reklamacja obsłużona po ludzku buduje więcej lojalności niż bezbłędna współpraca, bo dopiero wtedy widać, co firma robi, kiedy jest trudno.
Sprawdź, ile uwagi i budżetu przypada dziś na te trzy typy w porównaniu z tym, ile idzie na kampanie. W większości firm proporcja jest odwrotna do wagi.
Cztery obszary, które w tabelach marketingowych pojawiają się najrzadziej, a doświadczenie kształtują najmocniej:
Do metodycznego uporządkowania przyda się podejście opisane w tekście o wdrażaniu service design. Mapa punktów styku jest jego pierwszym etapem.
Mapa, z której nie wynika lista zadań, jest ładnym plikiem. Żeby coś z niej wynikło, oceń każdy punkt w dwóch wymiarach: jak bardzo waży dla odbiorcy i jak dziś działa.
To daje cztery kategorie i tylko jedna z nich jest pilna: punkty ważne, które działają źle. Zajmij się nimi w pierwszej kolejności, nawet jeśli są nudne, a odpuść dopieszczanie tych, które już są dobre.
Do każdego wybranego punktu przypisz właściciela, standard i termin. Standard to zdanie, które da się sprawdzić: „odpowiadamy na zapytanie z formularza w ciągu jednego dnia roboczego" nadaje się do weryfikacji, „dbamy o kontakt z klientem" nie.
Wracaj do mapy raz na pół roku. Punkty styku zmieniają się razem z ofertą i zespołem, a mapa sprzed dwóch lat opisuje firmę, której już nie ma. Przy zmianie identyfikacji przeczytaj też, dlaczego rebranding bez zmiany doświadczenia nic nie zmienia.
Najprostsza działająca forma to arkusz z pięcioma kolumnami: etap ścieżki, konkretny punkt styku, właściciel, obecny standard i stan faktyczny. Nic więcej nie jest potrzebne, żeby zobaczyć problem.
Przykład z firmy usługowej. Etap: pierwszy kontakt. Punkt styku: formularz na stronie. Właściciel: biuro. Standard: odpowiedź w jeden dzień roboczy. Stan faktyczny: średnio trzy dni, część zapytań ląduje w spamie. Jedna linia w arkuszu, a wyjaśnia więcej niż kwartalny raport z kampanii.
Druga linia: etap ofertowania, punkt styku. Dokument z wyceną, właściciel. Handlowiec, standard. Brak, stan faktyczny. Każdy wysyła własny szablon. Marka rozjeżdża się dokładnie tutaj, w miejscu, którego nikt nie uznaje za komunikację.
Kiedy takich linii uzbiera się kilkanaście, priorytety układają się same. Nie trzeba do tego warsztatu strategicznego ani zewnętrznej agencji. Trzeba uczciwie wpisać stan faktyczny, także wtedy, gdy odbiega od tego, co obiecywano zarządowi.
W większości map, które widziałem, wydarzenia albo nie występują wcale, albo pojawiają się jako jeden kwadracik z podpisem „targi". Tymczasem spotkanie na żywo jest najbardziej intensywnym punktem styku, jaki marka ma do dyspozycji: trwa godziny zamiast sekund, angażuje wszystkie zmysły i zostawia wspomnienie, które konkuruje z całoroczną komunikacją.
Policz to uczciwie. Trzydziestominutowa rozmowa przy stoisku albo wieczór spędzony z zespołem klienta waży w decyzji zakupowej więcej niż kilkadziesiąt kontaktów z reklamą, a w mapie zajmuje tyle samo miejsca co newsletter. Kiedy nanosisz wydarzenia na mapę, zaznacz przy nich, kto dokładnie tam był i co się wydarzyło po spotkaniu, bo właśnie to ogniwo najczęściej pęka. Rozpisałem je w tekście o tym, jak przygotować udział w targach, który przyniesie leady.
Marka mieszka w punktach styku, a nie w księdze znaku. Mapa jest tanim narzędziem, które pokazuje, gdzie obietnica rozjeżdża się z rzeczywistością. Pod warunkiem, że powstaje z perspektywy odbiorcy, a nie schematu organizacyjnego.
Projektuję doświadczenia biznesowe. Od mapy punktów styku po wydarzenia, w których marka staje się czymś przeżytym, a nie opowiedzianym. Jeśli chcesz zobaczyć własną ścieżkę oczami klienta, odezwij się.
Mapa punktów styku wylicza miejsca kontaktu, customer journey dokłada do nich emocje, cele i decyzje odbiorcy na każdym etapie. W praktyce zaczyna się od punktów styku, bo są łatwiejsze do zebrania i od razu pokazują luki.
Tyle, ile ich naprawdę jest. W małej firmie usługowej wychodzi zwykle kilkanaście, w większej organizacji kilkadziesiąt. Mapa z czterema pozycjami oznacza, że wypisano kanały marketingowe, a nie ścieżkę odbiorcy.
Osoby, które realnie obsługują poszczególne etapy: sprzedaż, obsługa, produkcja, administracja, HR. Mapa zrobiona wyłącznie przez marketing pomija te punkty, których marketing nie widzi.
Pierwszą wersję tak, na podstawie własnego przejścia ścieżki i rozmów z zespołem. Rozmowy z pięcioma klientami zmienią jednak zwykle więcej niż kolejne trzy godziny warsztatu wewnętrznego.
Raz na pół roku albo po każdej większej zmianie w ofercie, procesie lub zespole. Mapa jest zdjęciem stanu, a nie dokumentem raz na zawsze.
Od trzech punktów: pierwszej odpowiedzi na zapytanie, momentu przekazania oferty i sytuacji po błędzie. Poprawa tych trzech daje najszybciej widoczną zmianę w tym, jak firma jest oceniana.
Tak, i to jedna z najbardziej pomijanych ścieżek. Ogłoszenie, rozmowa, oferta, pierwszy dzień, ocena roczna, rozstanie. To dokładnie taka sama mapa, tylko dla innej grupy odbiorców.

Najważniejsze tezy: Wystąpienie działa na innej mechanice niż post: uwaga sali jest niepodzielna, kontekst buduje organizator, a po zejściu ze sceny ludzie podchodzą sami. Dwadzieścia minut przed dobrze dobraną salą potrafi dać więcej rozmów niż rok publikowania.
Rok publikowania to około stu pięćdziesięciu postów, kilkadziesiąt godzin pracy i garść rozmów, które z tego wynikły. Dwadzieścia minut na scenie przed dobrze dobraną salą potrafi dać więcej - i zwykle daje.
Wystąpienie działa na innej mechanice: uwaga jest niepodzielna, kontekst zbudowany przez organizatora, a po zejściu ze sceny ludzie przychodzą do Ciebie sami.
Post walczy o uwagę z kilkudziesięcioma innymi w tej samej sekundzie. Prelekcja dostaje uwagę w całości, na dwadzieścia minut, od ludzi, którzy specjalnie po to przyjechali.
Do tego dochodzi pożyczona wiarygodność. Organizator, wpuszczając Cię na scenę, ręczy za Ciebie wobec swojej publiczności. Zbudowanie takiego zaufania samodzielnie zajmuje miesiące.
Najważniejsza różnica jest jednak inna: po prelekcji rozmowy zaczynają się same. Nie musisz zaczepiać ludzi przy kawie i tłumaczyć, kim jesteś. Oni podchodzą, bo właśnie usłyszeli, w czym możesz pomóc. Tego mechanizmu nie zastąpi żaden kanał online.
Post daje zasięg. Scena daje kontekst, w którym ktoś jest gotów o Ciebie zapytać. To dwie różne waluty i tylko jedna z nich zamienia się w rozmowę.
Nie zaczynaj od dużych konferencji. Zacznij od miejsc, gdzie organizator szuka prelegentów, a nie odsiewa setki zgłoszeń.
Zgłaszając się, nie pisz, że chcesz wystąpić. Napisz, o czym chcesz mówić, dla kogo to jest i co słuchacz będzie umiał po wyjściu. Organizator nie szuka mówcy, tylko dziury w programie do zapełnienia. Pomóż mu ją zobaczyć.
O jednej rzeczy, którą przerobiłeś w praktyce. Nie o przeglądzie trendów, nie o dziesięciu zasadach, nie o przyszłości branży.
Prelekcje, po których ustawia się kolejka, mają zwykle jedną z trzech konstrukcji: pokazujesz mechanizm, którego sala nie zna; rozbierasz własny projekt razem z liczbami i błędami; albo podważasz przekonanie, które wszyscy w tej branży powtarzają bezrefleksyjnie.
Wspólny mianownik to konkret, za który bierzesz odpowiedzialność. Wystąpienie zbudowane z cudzych badań jest bezpieczne i bezużyteczne. Po nim nikt nie podchodzi, bo nie ma o co dopytać.
Prosta struktura, która działa niezależnie od tematu:
Ostatni punkt jest pomijany najczęściej i kosztuje najwięcej. Ludzie nie podchodzą, kiedy nie wiedzą, czy mają prawo. Zdanie „jeśli mierzycie się z X, złapcie mnie przy kawie" załatwia sprawę.
Slajdy potraktuj jak tło, nie skrypt. Sala czyta albo słucha. Jedno albo drugie, bez łączenia.
Po ponad trzystu trzydziestu wydarzeniach prowadzonych ze sceny mam jedną obserwację, która nie zmienia się niezależnie od branży: najwartościowsze rozmowy zaczynają się kilkanaście minut po ostatnim slajdzie, przy kawie, i dotyczą czegoś, czego w prezentacji nie było. Kto wychodzi z sali od razu po oklaskach, ten zbiera połowę wartości swojego wystąpienia.
Największy błąd to zejść ze sceny i pojechać do domu. Prelekcja jest surowcem, nie produktem końcowym.
Zaraz po: zostań w sali, nie chowaj się za telefonem, zapisz nazwiska osób, które podeszły, razem z tym, o co pytały. Kontakt jest ciepły przez dobę, potem stygnie tak samo jak każdy inny.
W kolejnych tygodniach rozłóż wystąpienie na części. Teza jest jednym wpisem, każdy przykład osobnym, sekcja „co z tym zrobić" trzecim. Z dwudziestu minut wychodzi materiał na miesiąc publikacji. I jest to materiał ekspercki, a nie komentarz do cudzych newsów. Więcej o tym, dlaczego to jest istotne, w tekście o tym, dlaczego sama regularność nie wystarcza.
Poproś organizatora o nagranie i zdjęcia. To dwie rzeczy, które przy zgłoszeniu na kolejne wydarzenie działają lepiej niż dopracowany opis prelekcji. Żeby zrozumieć drugą stronę stołu, zajrzyj do tekstu o tym, jak organizuje się konferencje. Łatwiej wtedy trafić w to, czego organizator naprawdę potrzebuje.
Pierwsza prelekcja jest najtrudniejsza, druga przychodzi zwykle z sali. Ktoś, kto Cię słyszał, organizuje własne spotkanie, prowadzi podcast albo szuka mówcy do wewnętrznego szkolenia. Warunek jest jeden: musi wiedzieć, na jaki temat Cię zaprosić.
Dlatego trzymaj się jednego tematu dłużej, niż wydaje się to ciekawe. Trzy różne wystąpienia na trzech scenach budują wrażenie, że mówisz o wszystkim. Ten sam temat na trzech scenach buduje pozycję osoby, do której się dzwoni w tej konkretnej sprawie.
Zadbaj też o rzecz banalną: żeby dało się Cię łatwo znaleźć i zaprosić. Aktualny opis w profilu, jedno zdanie o tym, o czym mówisz, i widoczny kontakt. Zaskakująco często łańcuch urywa się właśnie tutaj. Ktoś chciał zaprosić, nie znalazł adresu i zaprosił kogoś innego.
Po każdym wystąpieniu odezwij się do organizatora z podziękowaniem i pytaniem, co zadziałało, a co nie. To jednocześnie feedback, którego nikt inny Ci nie da, i przypomnienie o sobie przed kolejną edycją.
Występowanie u innych ma sufit: mówisz o tym, co pasuje do cudzej agendy, przed publicznością, którą ktoś inny zaprosił. W pewnym momencie opłaca się odwrócić role i samemu zostać gospodarzem. Próg wejścia jest niższy, niż większość osób zakłada: kameralne śniadanie dla dwudziestu osób z konkretnej branży potrafi dać więcej rozmów handlowych niż prelekcja przed salą na trzysta.
Gospodarz kontroluje trzy rzeczy, których prelegent nie kontroluje: temat, listę gości i to, co dzieje się po części merytorycznej. To ostatnie decyduje o wyniku, bo rozmowy po prelekcji są ważniejsze od samej prelekcji. Zanim zaczniesz, przeczytaj o tym, jak zaprojektować program, w którym uczestnicy mają rolę, bo własne wydarzenie bez tej mechaniki zamienia się w prezentację z cateringiem.
Scena nie jest nagrodą za zbudowaną markę. Jest jednym z najszybszych narzędzi jej budowania. I w przeciwieństwie do publikowania nie wymaga roku, żeby dać pierwszy efekt.
Prowadzę i projektuję doświadczenia biznesowe, a od lat stoję po obu stronach sceny, jako prelegent i jako organizator. Jeśli budujesz widoczność ekspercką i chcesz to poukładać, odezwij się.
Nie. Wystarczy jeden temat przerobiony w praktyce i gotowość do przećwiczenia wystąpienia na głos kilka razy. Meetupy istnieją między innymi po to, żeby ludzie mogli tam debiutować.
Przy pierwszym wystąpieniu realnie kilkanaście godzin, licząc konstrukcję, slajdy i próby. Kolejne wersje tego samego tematu kosztują już ułamek tego czasu, dlatego opłaca się mówić o jednej rzeczy na kilku scenach.
Na początku tak, jeśli publiczność jest właściwa. Honoraria pojawiają się wtedy, gdy organizator wie, że Twoje nazwisko sprzedaje bilety. A to wymaga wcześniejszych wystąpień, o których ktoś opowiedział dalej.
Najlepiej działa nadmiar przygotowania pierwszych dwóch minut i ostatnich trzydziestu sekund. Kiedy wiesz dokładnie, jak zaczynasz i jak kończysz, środek prowadzi się sam. Stres nie znika, ale przestaje decydować.
Gdy masz coś do pokazania. Dane, kadry z realizacji, schemat. Slajdy pomagają. Przy samych wypunktowanych tezach lepiej bez. Sala czytająca ekran nie słucha mówcy.
Policz rozmowy po zejściu ze sceny, zapytania w ciągu następnego miesiąca i zaproszenia na kolejne wydarzenia. Liczba osób na sali jest metryką organizatora, nie Twoją.
Warto, ale osobno pociąć je na krótkie fragmenty. Pełne nagranie obejrzy garstka, natomiast dwuminutowy wycinek z konkretną tezą żyje w kanałach społecznościowych znacznie dłużej.
A jeśli szukasz prelegenta na swoje wydarzenie, zaproś mnie do współpracy.

Najważniejsze tezy: Trzysta postów rocznie nie buduje marki osobistej, gdy odbiorcy nie potrafią jednym zdaniem powiedzieć, czym się zajmujesz. Rozpoznawalność bierze się z jednego pola i z treści, które mógł napisać wyłącznie ktoś, kto przez to przeszedł.
Rok publikowania, trzysta postów. Zasięgi przyzwoite, komentarze się zdarzają, a w skrzynce cisza. Nikt nie dzwoni, nikt nie zaprasza, nikt nie pyta o współpracę.
Pierwszy odruch to zwiększyć częstotliwość. Skoro codziennie nie działa, to może dwa razy dziennie. To leczenie objawu, nie przyczyny, bo problemem prawie nigdy nie jest liczba publikacji.
Problemem jest to, że po roku czytania Twoich treści nikt nie potrafi w jednym zdaniu powiedzieć, w czym jesteś dobry.
Regularność rozwiązuje jeden problem: sprawia, że algorytm i ludzie o Tobie pamiętają. To dużo, ale to dopiero wejściówka.
Marka osobista powstaje wtedy, gdy w cudzej głowie tworzy się skrót: „to jest ten od X". Bez tego skrótu jesteś kimś, kogo treści przewijają się w feedzie i nic za sobą nie ciągną. Codzienna publikacja bez tematu przewodniego produkuje rozpoznawalność twarzy, nie kompetencji.
Test jest brutalnie prosty. Zapytaj trzech znajomych z branży, w czym się specjalizujesz. Trzy różne odpowiedzi albo jedna ogólna w rodzaju „no, marketing" tłumaczą, dlaczego telefon milczy.
Ludzie nie polecają osób, które publikują dużo. Polecają osoby, o których wiedzą, do jakiego problemu je wywołać.
Sprawdziłem to na sobie w sposób, którego nie planowałem. Prowadziłem ze sceny ponad trzysta trzydzieści wydarzeń i za każdym razem po zejściu podchodzą ludzie z tym samym typem pytania: chcą rozwinąć jedną rzecz, którą powiedziałem na marginesie. Rzadko jest to teza, która brzmiała najefektowniej. Zwykle konkret, który ktoś przełożył na własną sytuację. W treściach pisanych działa dokładnie ten sam mechanizm, tylko bez informacji zwrotnej, więc łatwiej się pomylić.
Treść obecnościowa mówi: jestem, widzicie mnie, mam zdanie. Komentarz do branżowego newsa, refleksja z konferencji, cytat z podsumowaniem. Łatwo ją produkować, bo materiał dostarcza świat zewnętrzny.
Treść ekspercka mówi: zrobiłem to i wiem, jak to działa. Pokazuje mechanizm, liczby, decyzję i jej konsekwencję. Trudniej ją produkować, bo materiał musisz mieć z własnej pracy.
Proporcje w większości profili są odwrócone: dziewięćdziesiąt procent obecności, dziesięć procent konkretu. Odwróć je, a przy tej samej liczbie postów zmieni się to, co ludzie o Tobie myślą.
Praktyczny wyróżnik: jeśli Twój post mógłby napisać ktokolwiek inny z branży, jest obecnościowy. Gdy mógł go napisać wyłącznie ktoś, kto przez to przeszedł. Jest ekspercki.
Najtrudniejsza część, bo wymaga rezygnacji. Chcesz mówić o marketingu, sprzedaży, zarządzaniu zespołem i jeszcze o AI, bo o wszystkim masz coś do powiedzenia. I dokładnie dlatego nikt nie wie, po co ma do Ciebie napisać.
Wybierz jedno pole na najbliższe sześć miesięcy. Kryteria są trzy:
Zawężenie nie odcina Cię od reszty tematów. Odcina Cię od bycia niczyim wyborem.
Z własnej pracy. Żadna inna osoba nie ma dostępu do tego materiału, bo składa się on z twoich własnych przeżyć zawodowych.
Trzy miejsca, w których materiał leży bez wykorzystania:
Prowadząc projekty, masz materiał na rok bez sięgania po jeden branżowy raport. Tematy leżą w twojej codzienności, która wydaje ci się zbyt zwyczajna, żeby o niej pisać.
Najszybciej sprawdzisz to poza ekranem. Jedno wystąpienie na branżowej konferencji weryfikuje pozycję eksperta w dwadzieścia minut, a jak zdobyć pierwsze zaproszenie, rozpisałem w tekście o tym, że dwadzieścia minut na scenie robi więcej niż rok postowania.
Zasięgi i polubienia mówią o tym, jak treść radzi sobie w feedzie. Nie mówią nic o tym, czy zbliżasz się do celu, dla którego to robisz.
Mierz cztery rzeczy, wszystkie odroczone w czasie:
Wszystkie cztery poruszają się miesiącami, nie tygodniami. Dlatego ocena marki osobistej po dwóch tygodniach publikowania jest bez sensu. Mierzysz wtedy wyłącznie kaprys algorytmu.
Przy budowaniu widoczności wokół wydarzeń przyda Ci się też tekst o tym, jak promować wydarzenie w social mediach, oraz o roli storytellingu, bo mechanika opowiadania jest w obu przypadkach ta sama.
Najczęstszy scenariusz porzucenia wygląda tak: przez trzy tygodnie idzie świetnie, potem wypada tydzień na projekcie, potem drugi, a wracać jest coraz trudniej. Winą obarcza się motywację, choć zawiodła organizacja.
Dwie rzeczy to naprawiają. Pierwsza to własny bank tematów. Plik, do którego wrzucasz jedno zdanie za każdym razem, gdy klient zadaje pytanie albo gdy coś w projekcie idzie nie tak. Po miesiącu masz trzydzieści punktów wyjścia i nie siadasz do pustej kartki.
Druga to pisanie partiami. Godzina raz w tygodniu, w której powstają trzy wpisy, działa lepiej niż piętnaście minut dziennie, bo pisanie ma koszt rozruchu i płacisz go wtedy raz zamiast pięć razy.
Zaplanuj też, co robisz w tygodniach gorszych. Jedna krótka odpowiedź na pytanie z banku podtrzyma rytm lepiej niż milczenie i wyrzuty sumienia. Marka osobista rzadko przegrywa przez słabą treść. Przegrywa przez przerwy, po których nikt nie wraca.
Algorytm daje zasięg, spotkanie daje dowód. Trzydzieści minut rozmowy przy jednym stole robi dla wiarygodności więcej niż kwartał publikowania, bo rozmówca widzi, jak myślisz pod presją pytania, a nie jak redagujesz post. Dlatego w praktyce najszybciej rosną te marki osobiste, które łączą regularną publikację z obecnością w miejscach, gdzie są ludzie z branży.
Własna konferencja nie jest potrzebna na start. Prowadzę w Poznaniu cykliczne Czwartkowe Spotkania Social Media i to powtarzalność kameralnego formatu zbudowała wokół nich środowisko. Własne, małe wydarzenie cykliczne daje trzy rzeczy naraz: powód do kontaktu z ludźmi, których chcesz znać, materiał na treści przez kolejny miesiąc i pozycję gospodarza zamiast pozycji kolejnego komentatora w kanale. Jak zaprojektować taki format, żeby nie skończył się na jednej edycji, opisałem w tekście o tym, dlaczego większość spotkań nie buduje relacji.
Regularność jest kosztem wejścia, nie przewagą. Przewagą jest jedno pole, praktyka zamiast komentarza i cierpliwość, żeby mówić o tej samej rzeczy dłużej, niż wydaje się to atrakcyjne.
Buduję widoczność ekspertów przez doświadczenia biznesowe. Sceny, wystąpienia i wydarzenia, które robią dla marki osobistej więcej niż kolejny kwartał postowania. Jeśli chcesz to poukładać u siebie, odezwij się.
Dwa-trzy razy w tygodniu, jeśli utrzymasz to przez pół roku, dają więcej niż codzienna seria porzucona po sześciu tygodniach. Częstotliwość dobierz do tempa, w którym jesteś w stanie produkować konkret, a nie do tego, co polecają poradniki.
Nie trzeba. Trzeba pokazywać sposób myślenia. Wątki prywatne działają wtedy, gdy niosą wniosek zawodowy. Same w sobie budują sympatię, nie kompetencję.
Ustal, co jest realnie objęte poufnością, a co tylko wydaje się wrażliwe. Mechanizmy, wnioski i sposób pracy prawie zawsze da się opisać bez nazw klientów i liczb. Firma zwykle obawia się wycieku danych, nie tego, że ktoś zna się na swojej robocie.
Pierwsze zapytania pojawiają się zwykle po kilku miesiącach konsekwentnego mówienia o jednym temacie. Wcześniej rosną zasięgi i komentarze, co bywa mylące, bo wygląda jak wynik, a jeszcze nim nie jest.
Dopiero wtedy, gdy wiesz, które treści przynoszą zapytania. Promowanie postów, zanim masz to rozpoznane, kupuje Ci zasięg wśród ludzi, którzy i tak nic z tym nie zrobią.
Nudne tematy mają najmniejszą konkurencję i najbardziej zdesperowanych odbiorców. Ktoś, kto szuka wiedzy o rozliczaniu kosztów albo o logistyce, nie ma z czego wybierać. I zapamiętuje pierwszą osobę, która mu to zrozumiale wytłumaczy.
Da się, choć w B2B trudniej. Alternatywy to newsletter, podcast i scena. Z tym że wszystkie wymagają więcej pracy na jednostkę uwagi. Najczęściej to nie kwestia kanału, tylko tego, czy masz jedno pole i konkret do powiedzenia.

Kalendarz konferencji w Polsce puchnie z roku na rok, a doba dalej ma dwadzieścia cztery godziny. Wybór nie polega więc na tym, żeby zdążyć wszędzie, tylko na tym, żeby pojechać na kilka właściwych rzeczy zamiast na dziesięć przypadkowych.
To pierwszy odcinek cyklu, w którym co dwa tygodnie wybieram wydarzenia biznesowe warte kalendarza. Raz Poznań, raz Warszawa. Nie jest to spis wszystkiego, co się dzieje. To krótka lista rzeczy, na które sam bym pojechał albo na które jadę.
Każde wydarzenie ma tu skrót: kiedy, gdzie, dla kogo i dlaczego warto. Jeśli chcesz szczegółów. Program, prelegentów, bilety. Klikasz w tytuł i czytasz pełny opis.
W artykule znajdziesz:
Pięć pozycji. Cztery poznańskie i jedna warta wyjazdu do Warszawy. Kolejność nie jest chronologiczna. Układam je od strategii, przez branżę, po spotkanie, na które sam zapraszam.
Dla kogo: właściciele firm, zarządy, kadra C-level.
Jednodniowa konferencja zbudowana wokół jednego procesu: od zrozumienia rynku, przez decyzje strategiczne i model finansowy, po wdrożenie. Organizator, Scena Mistrzów, mówi wprost, że nie chodzi o kolejne spotkanie inspiracyjne.
Polecam ją osobom, które mają już firmę i konkretny problem strategiczny na biurku, a nie tym, które szukają motywacji. Format jednodniowy jest tu zaletą: cały wątek zamyka się w jednym dniu, bez rozmycia na trzy ścieżki równoległe.
Szczegóły programu i informacje o biletach: Strategy Summit Conference 2026 w Poznaniu.
Dla kogo: środowisko naukowe, jakościowcy, R&D, osoby od zrównoważonego rozwoju w produkcji.
Międzynarodowa konferencja o towaroznawstwie, jakości i zarządzaniu, w całości po angielsku, organizowana razem z 3. International Conference on Quality and Management Sciences. Wraca po długiej przerwie, w roku stulecia uczelni.
To najbardziej niszowa pozycja z całej piątki i świadomie ją tu zostawiam. Osobom od jakości, certyfikacji albo zrównoważonego łańcucha dostaw trzy dni w gronie międzynarodowym dają więcej niż dziesięć webinarów. Jeśli nie. Spokojnie pomijasz.
Program, opłaty i szczegóły rejestracji: 22. Sympozjum IGWT 2026 w Poznaniu.
Dla kogo: podcasterzy, twórcy wideo i contentu, marki budujące pozycję przez podcast.
Termin wypada już w październiku, ale trafia do wrześniowego zestawienia z prostego powodu: liczba miejsc na warsztatach jest ograniczona i zamykają się wcześniej niż sprzedaż biletów. Decyzję podejmuje się teraz.
Siódma edycja, jeden dzień, format bez nadęcia: sześć prelekcji, cztery warsztaty równoległe do wyboru i strefa sprzętowa PyrCaster PRO, w której da się dotknąć mikrofonu przed zakupem. Deklaruję konflikt interesów. Współtworzę to wydarzenie, odpowiadam za stronę, komunikację i partnerów.
Program dnia, warsztaty i bilety: PyrCaster 2026 w Poznaniu.
Dla kogo: marketing, zakupy marketingowe, osoby odpowiedzialne za gadżety, produkcję i materiały reklamowe.
Jedyna pozycja spoza Poznania w tym zestawieniu i jedyna o charakterze targowym. Największa w roku gęstość dostawców reklamy i gadżetów na metr kwadratowy, a przy okazji część konferencyjna z blokiem Connect & Knowledge.
Jedź, jeśli masz do porównania ofert więcej niż trzy albo szukasz nowych dostawców. Nie jedź po inspirację. To nie ten format. Umów spotkania przed przyjazdem, bo na miejscu rozmowa na stoisku rzadko wychodzi poza wymianę wizytówek.
Szczegóły: Festiwal Marketingu 2026 w Warszawie.
Dla kogo: marketing, social media, komunikacja. Od juniorów po osoby prowadzące własne działania.
Trzy wystąpienia i networking, wstęp bezpłatny po rejestracji. Znów deklaruję konflikt interesów: prowadzę to spotkanie i współtworzę poznańską odsłonę cyklu razem z Weroniką Kałużną, Jakubem Frontczakiem i Eweliną Tobołą.
Polecam je z innego powodu niż resztę tej listy. Czwartki są najtańszym sposobem, żeby regularnie widywać ludzi z branży w jednym mieście. A regularność w networkingu robi więcej niż jedna duża konferencja raz do roku.
Szczegóły, prelegenci i zapisy: 68. Czwartek Social Media w Poznaniu.
Trzy kryteria, w tej kolejności.
Nie oceniam po liczbie uczestników ani po budżecie produkcji. Widziałem spotkania na czterdzieści osób w knajpie, które dały uczestnikom więcej niż konferencje za kilkaset tysięcy złotych. Przy dwóch pozycjach z tej listy jestem po stronie organizatora i mówię o tym wprost, zamiast udawać dystans.
Trzy formaty, trzy różne mechaniki. Mylenie ich to najczęstszy powód rozczarowania. Wydarzenie mogło być dobre, a Ty pojechałeś po coś, czego ten format nie dowozi.
Konferencja to transfer wiedzy z jasną hierarchią: scena, publiczność, program. Jedziesz po uporządkowany obraz tematu i po prelegentów, do których w innych okolicznościach byś się nie dostał. Kontakty są tu produktem ubocznym, a nie głównym daniem.
Meetup i spotkania cykliczne działają odwrotnie. Merytoryka jest krótka, często trzy wystąpienia po dwadzieścia minut, a wartość leży w tym, co dzieje się przy stolikach. Jedno spotkanie rzadko coś zmienia. Dziesiąte z rzędu robi ogromną, bo ludzie zaczynają Cię kojarzyć.
Targi to rynek. Wystawcy sprzedają, odwiedzający porównują. Największa gęstość dostawców na metr kwadratowy w całym roku i najgorsze miejsce na pogłębioną rozmowę, jeśli nie umówisz jej wcześniej.
Do tego dochodzą formaty mieszane: konferencja z częścią targową, warsztat wewnątrz konferencji, kolacja branżowa doklejona do dnia głównego. Sprawdź w agendzie, co realnie dominuje, bo to ona, a nie nazwa wydarzenia, decyduje, jak spędzisz ten dzień.
Zacznij od pytania, na które łatwo odpowiedzieć źle: po co jadę? „Żeby być na bieżąco" nie jest celem. Celem jest jedna z trzech rzeczy. Konkretna wiedza, konkretni ludzie albo konkretna widoczność.
Jeśli jedziesz po wiedzę, czytaj agendę, nie listę nazwisk. Sprawdź, czy tematy są sformułowane jako problemy do rozwiązania, czy jako hasła. „Jak zbudowaliśmy proces X i co poszło nie tak" jest warte dnia. „Przyszłość branży w erze AI" zwykle nie.
Jeśli jedziesz po ludzi, sprawdź, kto przyjdzie, a nie kto wystąpi. Lista partnerów, profil poprzednich edycji, aktywność w wydarzeniu na LinkedInie. To lepsze źródła niż opis marketingowy. Trzy nazwiska, z którymi chcesz porozmawiać, wystarczą, żeby uzasadnić wyjazd.
Jeśli jedziesz po widoczność, licz się z tym, że sama obecność jej nie daje. Widoczność daje wystąpienie, panel, prowadzenie warsztatu albo choćby dobre pytanie z sali. Bilet w kieszeni to dopiero warunek wstępny.
Sprawdź jeszcze dwie rzeczy, które ludzie pomijają: czy wydarzenie odbywa się cyklicznie i która to edycja. Pierwsza edycja bywa świetna, ale jest loterią. Dwudziesta druga oznacza, że organizator wie, co robi, i że społeczność wokół wydarzenia realnie istnieje.
Bilet jest najmniejszą częścią rachunku i dlatego tak łatwo się nim zasugerować. Prawdziwy koszt to dzień Twojej pracy, dojazd, czasem nocleg, a przy wyjeździe zespołu. Wielokrotność tego wszystkiego.
Policz to raz, uczciwie, zanim zaczniesz się zastanawiać, czy bilet za dziewięćset złotych to dużo. Gdy dzień poza biurem kosztuje Cię więcej niż wejściówka, pytanie o cenę biletu przestaje być najważniejsze. Ważniejsze staje się, czy program uzasadnia oddanie całego dnia.
Przy wyjeździe zespołowym warto podzielić role. Trzy osoby na tej samej ścieżce to zmarnowany potencjał. Trzy osoby na trzech ścieżkach, z krótkim podsumowaniem następnego dnia, to gotowy przegląd rynku.
Wydarzenia bezpłatne rządzą się inną logiką. Nie płacisz biletem, płacisz uwagą. I dlatego darmowy meetup, na który chodzisz co miesiąc, potrafi zwrócić się lepiej niż płatna konferencja, na której byłeś raz i nie odezwałeś się do nikogo.
Większość osób przygotowuje się do konferencji w pociągu, przeglądając agendę. To za późno, żeby cokolwiek z niej wycisnąć poza wiedzą ze sceny.
Na tydzień przed zrób trzy rzeczy. Po pierwsze, wybierz maksymalnie trzy prelekcje, na których naprawdę chcesz być, i zaakceptuj, że reszty nie zobaczysz. Po drugie, wypisz nazwiska osób, z którymi chcesz zamienić kilka zdań. Po trzecie, napisz do nich. Jedno zdanie na LinkedInie w stylu „będę, chętnie zamienię kilka słów o X" działa zaskakująco dobrze, bo prawie nikt tego nie robi.
Na miejscu obowiązuje zasada, którą trudno polubić: sale dają mniej niż korytarz. Między czwartą prelekcją tego dnia a rozmową, która się właśnie zawiązała, wybierz rozmowę. Nagrania z sesji często pojawiają się później. Rozmowa nie.
Rób notatki tak, żeby dało się z nich później coś zrobić: nie „ciekawy case Y", tylko „zapytać Y o to, jak liczyli koszt kontaktu. Mail w środę". Notatka bez czasownika jest wspomnieniem, nie zadaniem.
Wyjazd po stronie wystawcy albo z celem sprzedażowym to zupełnie inna dyscyplina. Rozłożyłem ją w tekście o tym, jak zamienić udział w targach i konferencjach w leady.
Tu przepada większość wartości. Wracasz z dwudziestoma wizytówkami, w poniedziałek wchodzisz w bieżączkę i za trzy tygodnie żadna z nich nic Ci nie mówi.
Okno jest krótkie: dwadzieścia cztery do czterdziestu ośmiu godzin. W tym czasie rozmówca jeszcze pamięta, kim jesteś, i nie zdążył wrócić do swoich spraw. Wiadomość ma odnosić się do konkretu z rozmowy, nie do faktu, że się spotkaliście.
Podziel kontakty na trzy grupy jeszcze w drodze powrotnej. Te, z którymi chcesz umówić rozmowę. Piszesz od razu i proponujesz termin. Te, które warto obserwować. Zapraszasz do sieci z jednym zdaniem kontekstu. I resztę, do której po prostu nie wracasz, bo udawanie, że każdy kontakt jest ważny, kończy się tym, że żaden nie dostaje uwagi.
Osobno zapisz wnioski dla siebie: co z tego, co usłyszałeś, zmienia coś w Twojej pracy w ciągu najbliższego miesiąca. Jedna zmiana wdrożona jest warta więcej niż dwadzieścia stron notatek. Przy rozliczaniu udziału w wydarzeniach przed zarządem przyda Ci się też tekst o tym, jak mierzyć sukces wydarzenia.
Poznań ma tę zaletę, że wszystko jest blisko. Da się w jeden wieczór wpaść na spotkanie po pracy i wrócić do domu bez planowania wyjazdu, co przy Warszawie bywa osobnym projektem logistycznym.
Duże konferencje i targi ciążą w stronę Międzynarodowych Targów Poznańskich. To naturalny adres dla wydarzeń z ekspozycją i kilkoma tysiącami uczestników. Konferencje branżowe i biznesowe rozkładają się między hotelami z zapleczem konferencyjnym, na czele z Sheratonem przy Bukowskiej, a wydarzenia naukowe i eksperckie ciągną w stronę uczelni, głównie Uniwersytetu Ekonomicznego.
Drugi obieg jest ciekawszy. Spotkania cykliczne. Czwartki Social Media, LinkedIn Local, branżowe śniadania i mniejsze meetupy. Dzieją się w lokalach, food hallach i przestrzeniach coworkingowych. Tam poznaje się ludzi, z którymi potem realnie pracujesz.
Żeby mieć te terminy z wyprzedzeniem, najprościej trzymać się dwóch źródeł: kalendarzy społeczności na LinkedInie i tego cyklu. Po to go prowadzę.
Rytm jest prosty. Co dwa tygodnie jedno zestawienie: raz Poznań, raz Warszawa. Na miesiąc do przodu, żeby dało się jeszcze kupić bilet i poukładać kalendarz.
Każda pozycja ma tu skrót i link do pełnego opisu wydarzenia. Skrót jest po to, żebyś w minutę zdecydował, czy Cię to dotyczy. Pełny opis, żebyś nie musiał szukać programu i biletów po pięciu stronach.
Jeśli organizujesz wydarzenie biznesowe w Poznaniu lub Warszawie i uważasz, że powinno tu być, napisz. Nie sprzedaję miejsc w tym zestawieniu i nie planuję zacząć. Ale chętnie się dowiem o czymś, co przegapiłem.
Wrzesień w Poznaniu daje trzy różne opcje: dzień o strategii dla właścicieli i zarządów, trzy dni międzynarodowej konferencji o jakości i jeden wieczór z marketingową społecznością miasta. Nie trzeba być na wszystkich. Trzeba wiedzieć, po co jedzie się na tę jedną.
Projektuję doświadczenia biznesowe. A przy okazji jeżdżę, oglądam i oceniam cudze. Jeśli planujesz własne wydarzenie i chcesz, żeby ludzie wychodzili z niego z czymś trwalszym od torby gadżetów, odezwij się.
Z tych, które polecam: Strategy Summit Conference 9 września w Hotelu Sheraton, 22. Sympozjum IGWT od 9 do 11 września na Uniwersytecie Ekonomicznym oraz 68. Czwartek Social Media 17 września w Food Fyrtlu. Pełne opisy każdego z nich znajdziesz pod linkami w tekście.
Tak, i jest ich sporo. Spotkania cykliczne w rodzaju Czwartków Social Media czy LinkedIn Local są bezpłatne, wymagają tylko rejestracji, bo liczba miejsc jest ograniczona wielkością lokalu. Zapisy zwykle otwierają się na dwa-trzy tygodnie przed terminem i potrafią zniknąć w jeden dzień.
Jeśli potrzebujesz uporządkowanej wiedzy o temacie, którego nie znasz. Konferencja. Jeśli potrzebujesz ludzi w swoim mieście i chcesz, żeby zaczęli Cię kojarzyć. Meetup, ale nie jeden, tylko regularnie przez pół roku. Konferencja daje skok wiedzy, spotkania cykliczne dają sieć kontaktów.
Trzy źródła wystarczą: kalendarze społeczności branżowych na LinkedInie, portale z zapisami na spotkania oraz newslettery organizatorów cyklicznych wydarzeń. Reszta to poczta pantoflowa, dlatego regularne bywanie ma wartość samą w sobie: dowiadujesz się o rzeczach, których nie ma w żadnym kalendarzu.
Lepiej cztery przemyślane niż dwadzieścia przypadkowych. Praktyczny rozkład dla osoby pracującej w biznesie to jedna-dwie duże konferencje w roku plus jedno spotkanie cykliczne w miesiącu. Sufitem nie jest budżet, tylko liczba follow-upów, które realnie jesteś w stanie obsłużyć.
Warto, jeśli programu nie znajdziesz nigdzie indziej albo jeśli jedziesz po konkretne osoby, których nie spotkasz lokalnie. Nie warto, jeśli podobny temat wraca u Ciebie w mieście za kwartał. Wtedy dojazd i nocleg kupują Ci głównie zmęczenie.
Przynieś nie prośbę, a plan: trzy prelekcje, które Cię interesują, trzy osoby, z którymi chcesz porozmawiać, i format podsumowania dla zespołu po powrocie. Argument „chcę się rozwijać" przegrywa z argumentem „przywiozę przegląd tego, jak konkurencja rozwiązuje problem X".
Naładowany telefon, powerbank i coś do notowania. Najlepiej takiego, które trafia potem do CRM-u albo notatnika, z którego korzystasz na co dzień. Wizytówki są dziś opcjonalne, ale gotowa, krótka odpowiedź na pytanie „czym się zajmujesz" jest obowiązkowa.
Co dwa tygodnie, na zmianę Poznań i Warszawa, z wyprzedzeniem pozwalającym kupić bilet. Wersja skrócona trafia też na moje social media.
Możesz i chętnie o nim usłyszę. Nie ma płatnych miejsc w tej liście. Decyduje to, czy wydarzenie ma jasno określonego odbiorcę, program z konkretem i przestrzeń na rozmowę. Zgłoszenie najlepiej wysłać przynajmniej miesiąc przed terminem.

Najważniejsze tezy: Onboarding przestaje działać, gdy sprowadza się do szkolenia BHP, haseł do systemów i obiadu z zespołem. Człowiek, który przez pierwszy miesiąc nie dostał roli, nie poznał nikogo spoza działu i nie zobaczył firmy od środka, zostaje w niej z rozpędu.
W skrócie: onboarding nowego pracownika przestaje działać w momencie, w którym sprowadza się do szkolenia BHP, haseł do systemów i obiadu z zespołem. Człowiek, który przez pierwszy miesiąc nie dostał roli, nie poznał nikogo spoza własnego działu i nie zobaczył firmy od środka, zostaje w niej z rozpędu, nie z decyzji. Zaprojektuj pierwsze trzydzieści dni tak, jak projektujesz wydarzenie: z celem, rólą uczestnika i pomiarem.
Rekrutacja trwała sześć tygodni, kosztowała kilkanaście tysięcy złotych i zaangażowała cztery osoby. Nowy pracownik przychodzi w poniedziałek, dostaje laptopa, hasła do trzech systemów i teczkę z regulaminem. W środę je obiad z zespołem. W piątek nikt już nie pamięta, że jest nowy.
Trzy miesiące później składa wypowiedzenie, a firma wraca do punktu wyjścia i płaci za rekrutację drugi raz. Rozpisałem tę matematykę w tekście o tym, ile realnie kosztuje rotacja. Tutaj zajmę się momentem, w którym da się jej zapobiec najtańszym kosztem.
Bo w tym okresie człowiek weryfikuje wszystko, co usłyszał na rozmowie. Każda obietnica z ogłoszenia i każde zdanie o kulturze organizacji zostaje sprawdzone na własnej skórze w ciągu kilku tygodni.
Nowa osoba jest w tym czasie bardzo uważna. Zauważa rzeczy, których reszta zespołu przestała widzieć lata temu: że nikt nie wita się na korytarzu, że spotkania zaczynają się kwadrans po czasie, że przełożony mówi o współpracy i jednocześnie nie odpowiada na wiadomości. Po trzydziestu dniach ta uważność znika i człowiek adaptuje się do tego, co zastał. Albo zaczyna rozglądać się dalej.
Z perspektywy firmy to jedyny moment, w którym stosunkowo małym wysiłkiem buduje się przywiązanie. Później robi się to samo za wielokrotnie większe pieniądze, w formie podwyżek i programów retencyjnych.
Typowy proces składa się z trzech elementów: szkolenie BHP, dostępy do systemów, obiad albo kawa z zespołem. Ten zestaw załatwia formalności i nic poza nimi. Papiery się zgadzają, dostępy działają, a człowiek nadal nie wie, po co tu jest.
W większości firm onboarding jest procesem HR, który kończy się na liście zadań do odhaczenia. Wystarczy potraktować go jak doświadczenie z zaplanowanym przebiegiem, żeby przestał być formalnością.
Zasada jest ta sama co przy wydarzeniu: liczy się, co uczestnik robi, a nie co mu się opowiada. Poniżej rozkład na cztery tygodnie, który sprawdza się niezależnie od wielkości firmy.
To pytanie o zaskoczenia jest najtańszym źródłem wiedzy o własnej organizacji, jakie masz. Po pół roku ta sama osoba już go nie odpowie, bo przestanie widzieć.
Przy pojedynczych rekrutacjach wystarczy dobrze ułożony miesiąc. Wydarzenie ma sens w trzech sytuacjach: gdy firma zatrudnia większą grupę naraz, gdy przejmuje inną organizację i trzeba zszyć dwie załogi, oraz gdy nowi ludzie są rozproszeni po lokalizacjach i inaczej nigdy się nie spotkają.
Format nie musi być kosztowny. Jeden dzień, w którym nowe osoby wspólnie rozwiązują realne zadanie z życia firmy i kończą prezentacją przed zarządem, robi więcej niż tydzień prezentacji o historii marki. Warunek jest jeden i ten sam co przy każdym wydarzeniu: większość uczestników ma mieć rolę, nie miejsce na widowni. Rozpisałem tę zasadę przy okazji doboru atrakcji na spotkania firmowe.
Uczciwie: wydarzenie wdrożeniowe nie naprawi złego onboardingu. Jeżeli po nim człowiek wraca do biurka, przy którym nikt na niego nie czeka, jeden dzień nic nie zmieni.
Ankieta „czy jesteś zadowolony z onboardingu" mierzy grzeczność nowej osoby. Potrzebujesz danych o zachowaniach i o czasie.
Metodykę zbierania takich danych opisałem osobno w tekście o ewaluacji wydarzeń firmowych. Mechanizm jest ten sam, zmienia się tylko przedmiot pomiaru.
Onboarding jest najtańszym momentem, w którym firma może zatrzymać człowieka, którego właśnie kosztownie zrekrutowała. Wystarczy potraktować pierwsze trzydzieści dni jak zaprojektowane doświadczenie: z rolą od pierwszego dnia, kontaktem poza własnym działem, widokiem firmy od środka i jedną osobą odpowiedzialną z imienia.
Część intensywna około miesiąca, pełne wdrożenie do samodzielności od trzech do sześciu miesięcy, zależnie od stanowiska. Błędem jest zamykanie procesu po tygodniu formalności i uznawanie, że reszta ułoży się sama.
Jedna osoba z imienia i nazwiska, najlepiej z zespołu, do którego trafia nowy pracownik, a nie dział kadr jako instytucja. Kadry odpowiadają za proces i dokumenty, opiekun za to, żeby człowiek miał do kogo pójść z pytaniem, które wydaje mu się głupie.
Może, ale wymaga więcej zaplanowanych spotkań. W biurze część kontaktów powstaje przypadkiem, przy kawie i na korytarzu. Zdalnie nie powstaje nic, czego ktoś wcześniej nie umówił, więc rozmowy z osobami spoza zespołu trzeba wpisać do kalendarza.
Skrócić program, nie rezygnować z niego. Nawet w szczycie sezonu da się zapewnić jedno zadanie z widocznym efektem, jedno spotkanie poza działem i jedną wizytę tam, gdzie powstaje produkt. Resztę przenieś, ale ustal termin.
Wspólna część poznawcza i osobne ścieżki stanowiskowe. Grupa daje efekt uboczny, którego nie ma przy pojedynczym wdrożeniu: nowi ludzie tworzą własną sieć wsparcia i część pytań zadają sobie nawzajem, zamiast czekać na opiekuna.
Warto i prawie nikt tego nie robi. Człowiek, który po awansie zarządza wczorajszymi kolegami, potrzebuje wsparcia w nowej roli bardziej niż osoba z zewnątrz potrzebuje haseł do systemów.
Chcesz, żeby pierwsze trzydzieści dni w Twojej firmie miało scenariusz, a nie listę zadań do odhaczenia? Umów konsultację: przejdziemy przez obecny proces i zaprojektujemy wdrożenie jako doświadczenie. Więcej o projektowaniu doświadczeń biznesowych.

Najważniejsze tezy: Powierzchnia to zwykle jedna czwarta do jednej trzeciej całkowitego kosztu udziału w targach. Największą pomijaną pozycją jest czas handlowców, a najczęstszym powodem braku zwrotu jest brak follow-upu.
W skrócie: Powierzchnia to zwykle jedna czwarta do jednej trzeciej całkowitego kosztu udziału. Reszta to zabudowa, media, logistyka, ludzie i to, co dzieje się po targach. Największą pozycją, której prawie nikt nie liczy, jest czas handlowców. A najczęstszym powodem, dla którego targi się nie zwracają, jest brak follow-upu, nie złe stoisko.
Rozmowa, którą słyszałem wielokrotnie: „wynajęliśmy dwadzieścia metrów, zmieściliśmy się w budżecie". Trzy miesiące później faktura końcowa jest dwa i pół raza wyższa i nikt nie umie wskazać jednej pozycji, która to spowodowała. Bo nie było jednej. Było czternaście.
Ten tekst jest listą tych czternastu.
Krótka odpowiedź: z mojej praktyki zwykle między dwadzieścia a trzydzieści procent, i to przy założeniu, że liczycie tylko koszty zewnętrzne. Po doliczeniu czasu własnego zespołu udział powierzchni spada jeszcze niżej.
Metr kwadratowy jest jedyną pozycją, którą widać od razu, bo jest w cenniku organizatora. Wszystko inne trzeba wyliczyć samemu i właśnie dlatego pierwsza kalkulacja wychodzi za nisko.
Podzielona na pięć grup, żeby dawało się z niej zrobić arkusz.
Trzy pozycje z tej listy wypadają najczęściej: magazynowanie opakowań, moc przyłącza i spedycja targowa. Każda z nich jest niewielka z osobna i łącznie potrafi zrobić wyrwę w rezerwie.
Pięć osób na trzy dni to piętnaście osobodni. Doliczcie dzień dojazdu i powrotu, dzień montażu, przygotowanie materiałów i briefing: realnie wychodzi ponad dwadzieścia osobodni. Przy handlowcach oznacza to dwadzieścia dni, w których nie prowadzili swoich normalnych rozmów.
To jest koszt i powinien być w kalkulacji, nawet jeżeli nie ma faktury. Bez niego porównanie targów z innymi kanałami pozyskania klienta jest nieuczciwe wobec tych innych kanałów.
Prosta metoda: przemnóżcie liczbę osobodni przez średni dzienny koszt pracy tej roli w Waszej firmie i dopiszcie jako osobną linię z adnotacją, że to koszt wewnętrzny. Zarządy reagują na tę linię mocniej niż na cenę zabudowy.
Nie ma dobrych, publicznych benchmarków kosztu udziału w targach w Polsce, które dałoby się porównywać między branżami. Zestawienia, które krążą, pochodzą zwykle od organizatorów albo od firm zabudowujących stoiska, czyli od stron zainteresowanych wynikiem. Dlatego podaję proporcje z własnych realizacji, a nie średnie rynkowe.
Druga rzecz, która się nie zgadza: liczba kontaktów zebranych na targach prawie nigdy nie odpowiada liczbie realnych szans sprzedażowych. Wizytówka wrzucona do miski przy losowaniu nagrody nie jest szansą sprzedażową. Rozliczając targi liczbą zebranych kontaktów, rozliczacie swój konkurs, a nie swoją obecność.
Nie liczcie kontaktami. Liczcie wartością szans, które trafiły do lejka i przetrwały pierwszą kwalifikację.
W większości przypadków nie z powodu stoiska. Z powodu tego, co dzieje się po.
Kontakt z targów ma bardzo krótki okres przydatności. Jeżeli pierwszy telefon albo mail wychodzi po dwóch tygodniach, rozmawiacie już z kimś, kto był na trzydziestu innych stoiskach i nie pamięta Waszego. Follow-up zaplanowany przed targami, z gotowymi treściami i przypisaną odpowiedzialnością, jest tańszy niż dodatkowe dziesięć metrów powierzchni i zmienia wynik mocniej.
Drugi powód: za duże stoisko obsługiwane przez za mało osób. Puste stoisko odpycha mocniej, niż przyciąga zabudowa. O tym, ilu ludzi realnie potrzeba i jak ich przygotować, pisałem w tekście o zespole na stoisku targowym.
Rezygnacja z targów i przeznaczenie tego budżetu na sześć własnych spotkań z klientami bywa decyzją lepszą biznesowo i trudniejszą politycznie. Policz ją jednak, zanim ją odrzucisz.
Udział w targach sprowadza się do trzech decyzji: cel nazwany przed rezerwacją powierzchni, budżet liczony razem z czasem zespołu i follow-up zaplanowany zanim ktoś wsiądzie do samochodu. Zabudowa jest ważna, ale jest czwarta na tej liście.
Jak ułożyć pełny budżet wydarzenia, z rezerwą i podziałem na kategorie, rozpisałem w tekście o planowaniu budżetu imprezy firmowej.
Weźcie cenę powierzchni z cennika organizatora i przemnóżcie przez trzy do czterech. To zgrubne, ale bliższe prawdy niż pierwsza kalkulacja oparta na samej powierzchni i cenie zabudowy.
Przy jednych targach w roku wynajem jest zwykle tańszy. Własna zabudowa ma sens od trzech do czterech wydarzeń rocznie, przy założeniu, że doliczycie magazynowanie i transport między miastami.
Zależy od metrażu i od ruchu, ale reguła jest prosta: lepiej mniejsze stoisko z pełną obsługą niż duże z dwiema osobami, z których jedna zawsze jest na obiedzie.
Mają, jeżeli są powiązane z tym, co sprzedajecie, i jeżeli nie są głównym powodem, dla którego ktoś podchodzi do stoiska. Kolejka po długopis nie jest ruchem na stoisku.
Przy średniej wielkości stoisku realnie trzy do czterech miesięcy. Rezerwacja powierzchni często nawet wcześniej, bo najbardziej oblegane lokalizacje w hali znikają rok przed wydarzeniem.
Pierwszy kontakt w ciągu czterdziestu ośmiu godzin, najlepiej jeszcze z targów. Po tygodniu skuteczność wyraźnie spada, po dwóch rozmawiacie już z kimś, kto Was nie pamięta.
Częściowo: liczbą rozmów z mediami, wzmiankami branżowymi i ruchem na stronie w dniach targowych. To są wskaźniki pośrednie i warto je zbierać, ale nie zastępują rozliczenia sprzedażowego.
Planujesz udział w targach i chcesz wiedzieć, czego brakuje w Twoim kosztorysie? Napisz, jakie targi, ile metrów i ilu ludzi zabierasz, a przejdę przez listę i powiem, gdzie jest luka. Więcej o projektowaniu doświadczeń biznesowych.

Najważniejsze tezy: Około 90 procent firmowych spotkań świątecznych przypada na grudzień i wszyscy celują w te same trzy piątki. W Poznaniu oznacza to rezerwację we wrześniu, obiekt dobrany do wielkości zespołu i sposobu dojazdu oraz budżet liczony od ceny końcowej przy realnej frekwencji.
W skrócie: wigilia firmowa w Poznaniu rządzi się tą samą logiką co w każdym dużym mieście: około 90% spotkań przypada na grudzień, a wszyscy celują w te same trzy piątki. Rezerwuj we wrześniu, dobierz obiekt do wielkości zespołu i sposobu dojazdu, a budżet licz od ceny końcowej przy realnej frekwencji, nie od stawki katalogowej za osobę.
Poznaję tę rozmowę po pierwszym zdaniu: „szukamy czegoś w centrum, dla czterdziestu osób, na drugi albo trzeci piątek grudnia". Dzwoniąc w listopadzie, usłyszysz to samo w pięciu miejscach: wolny jest wtorek albo poniedziałek przed świętami.
Pracuję z Poznania i większość wigilii firmowych, przy których byłem, odbywała się w promieniu kilkunastu kilometrów stąd. Ten tekst jest o specyfice tego miasta. Ogólną metodykę, czyli pięć kroków od celu do pomiaru, rozpisałem w poradniku organizacji wigilii firmowej.
Realnie: wrzesień, najpóźniej pierwsza połowa października. W listopadzie nie wybierasz już miejsca, tylko bierzesz to, co zostało.
Presja jest w Poznaniu większa niż w mniejszych miastach z jednego powodu: duża liczba firm z sektora usług wspólnych, IT i produkcji, które mają podobne kalendarze i podobne oczekiwania wobec obiektów. Do tego dochodzi grudniowa Betlejem Poznańskie i ruch weekendowy w centrum, który wpływa na dojazdy i parkowanie.
Nie podaję listy konkretnych lokali, bo oferta zmienia się co sezon, a rekomendacja bez znajomości zespołu jest wróżeniem. Podaję kategorie i to, do czego pasują.
W Poznaniu warto patrzeć na oś dojazdu, nie na adres. Zespół rozproszony po aglomeracji, z ludźmi z Lubonia, Swarzędza i Tarnowa Podgórnego, ma zupełnie inne potrzeby niż czterdziestoosobowe biuro przy Starym Rynku.
Według danych Briefly za 2023 rok firmy w Poznaniu wydawały na świąteczne wydarzenie około 8-9 tysięcy złotych przy średniej wielkości spotkania w skali kraju rzędu czterdziestu kilku uczestników. Średnia krajowa w tym samym badaniu wyniosła 214 zł od osoby.
Przełożone na typowe pytanie: czterdzieści osób i budżet ośmiu tysięcy to okolice dwustu złotych na uczestnika. Wystarczy na kolację z podstawową oprawą w przyzwoitym miejscu. Nie wystarczy na to samo plus prezenty, transport i program.
Pełną strukturę budżetu, z rezerwą i podziałem na kategorie, rozpisałem w tekście o planowaniu budżetu imprezy firmowej.
To jest w Poznaniu punkt, który decyduje o frekwencji mocniej niż menu. Część zespołu dojedzie tramwajem, część przyjedzie samochodem z powiatu, a część pracuje na zmiany i skończy o czternastej albo o dwudziestej drugiej.
Przy osobach pracujących zmianowo jedno spotkanie o jednej porze kogoś wyklucza. Rozwiązaniem bywa druga, mniejsza odsłona albo śniadanie wigilijne na hali.
Lista jest krótka i większość problemów bierze się z pominięcia któregoś punktu.
Ostatni punkt stał się standardem po latach 2020-2021 i większość obiektów ma dziś elastyczne zapisy. Miej je na piśmie, a nie w mailu od handlowca.
Organizacja wigilii firmowej w Poznaniu sprowadza się do trzech decyzji podjętych wcześnie: termin poza szczytem, obiekt dopasowany do tego, jak zespół dojedzie, i budżet liczony od ceny końcowej. Reszta, łącznie z programem, ustawia się wokół tych trzech.
Formalnie do ostatniej chwili, praktycznie dobre terminy w atrakcyjnych obiektach znikają do połowy października. Jeżeli szukasz w listopadzie, rozszerz kryteria: rozważ czwartek, pierwszy tydzień grudnia albo obiekt poza ścisłym centrum.
Przy stawce zbliżonej do średniej krajowej z 2023 roku, czyli około 214 zł od osoby, to okolice 10-11 tysięcy złotych za samo spotkanie z oprawą. Do tego dochodzą prezenty i transport, które łatwo dokładają kolejne kilka tysięcy. Konkretną wycenę licz od ceny końcowej przy zakładanej frekwencji.
Zależy od tego, jak zespół dojedzie i wróci. Centrum wygrywa przy zespołach biurowych korzystających z komunikacji. Obiekt pod miastem bywa tańszy i wygodniejszy przy firmach produkcyjnych z parkingiem i dojeżdżającą załogą, pod warunkiem zapewnienia powrotów.
Albo dwie mniejsze odsłony w różnych porach, albo format dzienny na terenie zakładu, do którego może dołączyć każda zmiana. Jedno wieczorne spotkanie wyklucza część załogi, i to tę, która zwykle rzadziej bywa doceniana.
Przy spotkaniach powyżej stu osób zwykle tak, bo ktoś musi utrzymać rytm wieczoru i zamknąć część oficjalną w dwudziestu minutach. Przy kameralnej kolacji dla trzydziestu osób prowadzący bywa sztuczny i lepiej działa dobrze przygotowane wystąpienie zarządu.
Wyślij paczkę z wyprzedzeniem i zaplanuj jeden wspólny moment o stałej godzinie zamiast transmisji całego wieczoru. Alternatywnie zorganizuj spotkanie w porze dziennej, która pozwala dojeżdżającym wrócić tego samego dnia.
Organizujesz spotkanie świąteczne dla firmy w Poznaniu i chcesz mieć pewność, że termin, obiekt i program do siebie pasują? Napisz, dla ilu osób i w jakim terminie planujesz, a powiem, co jest realne przy Twoim budżecie. Pracuję z firmami z Poznania i z całej Polski. Więcej o projektowaniu doświadczeń biznesowych.

Najważniejsze tezy: Analiza SWOT ma sens przy evencie wtedy, gdy kończy się decyzją. Cztery pola wypełnione konkretami zestawia się parami: mocna strona z szansą daje kierunek działania, słaba strona z zagrożeniem listę rzeczy do zabezpieczenia.
W skrócie: analiza SWOT ma sens przy evencie tylko wtedy, gdy kończy się decyzją. Cztery pola wypełnia się konkretami, nie przymiotnikami, a potem zestawia parami: mocna strona plus szansa daje kierunek działania, słaba strona plus zagrożenie daje listę rzeczy do zabezpieczenia. Bez tego drugiego kroku SWOT jest ćwiczeniem z opisywania rzeczywistości.
Poniedziałek, sala konferencyjna, rozmowa o budżecie marketingowym na przyszły rok. Ktoś rzuca: „a może zróbmy SWOT". Połowa sali wzdycha, bo pamięta to ze studiów, druga połowa notuje, bo brzmi poważnie. Po godzinie na flipcharcie wiszą cztery pola wypełnione ogólnikami: „doświadczony zespół", „ograniczony budżet", „rosnący rynek", „konkurencja".
Taka tabelka nie pomaga podjąć żadnej decyzji. A przy wydarzeniach decyzji jest sporo i kosztują konkretne pieniądze.
Bo event to zwykle najdroższy pojedynczy wydatek w budżecie marketingowym i jednocześnie ten, który najtrudniej rozliczyć. Skala rynku, na którym podejmujesz tę decyzję, jest niemała: według raportu „Poland Events Impact 2023" przygotowanego przez zespół pod kierunkiem Celuch Consulting wartość dodana brutto wypracowana przez przemysł spotkań w Polsce przekroczyła 22,9 mld zł, całkowity wkład branży w gospodarkę wyniósł ponad 54,6 mld zł, a wydarzenia dały około 215 tysięcy miejsc pracy. W ponad 29 tysiącach wydarzeń wzięło udział ponad 18 milionów osób.
Dwie uwagi do tych liczb, bo często krążą przekręcone. To wartość dodana brutto, a nie przychody branży ani kwota wydana przez uczestników. I dotyczą 2023 roku, więc są punktem odniesienia, nie zdjęciem dzisiejszego rynku.
SWOT nie jest wróżbą z fusów ani ćwiczeniem na integrację zespołu. Jest szybkim sposobem na sprawdzenie, czy w ogóle powinniście robić to wydarzenie, a jeżeli tak, to na czym je oprzeć.
Metoda wywodzi się z prac nad planowaniem strategicznym prowadzonych w latach sześćdziesiątych, najczęściej wiązanych ze środowiskiem Stanford Research Institute i nazwiskiem Alberta Humphreya. Autorstwo bywa kwestionowane i różne źródła podają różne wersje, więc traktuj to jako tło, a nie jako fakt do cytowania w prezentacji.
Ważniejsza od genezy jest logika podziału. Mocne i słabe strony dotyczą tego, na co masz wpływ. Szanse i zagrożenia. Tego, na co wpływu nie masz. To rozróżnienie jest całą wartością narzędzia i jednocześnie miejscem, w którym większość zespołów się myli, wpisując „brak budżetu" w zagrożenia zamiast w słabe strony.
Zasada jest jedna: każdy wpis musi być na tyle konkretny, żeby dawało się z niego wyprowadzić działanie. „Doświadczony zespół" nie spełnia tego warunku. „Dział R&D, który potrafi prowadzić warsztaty dla klientów". Tak.
Praktyczna wskazówka: wypełniajcie pola osobno, a dopiero potem zestawiajcie listy. Wspólne wypełnianie tabelki na ścianie kończy się tym, że najgłośniejsza osoba dyktuje cztery pola, a reszta potakuje. Ten sam mechanizm, który psuje klasyczną burzę mózgów, psuje też warsztat strategiczny.
Weźmy hipotetyczną firmę produkującą biodegradowalne opakowania, która rozważa oparcie marketingu na wydarzeniach. Przykład jest zmyślony, ale ułożony tak, jak wyglądają realne analizy z moich projektów.
To jest krok, który decyduje o tym, czy analiza miała sens. Zestawiasz pola parami i z każdej pary wyprowadzasz działanie.
Ostatnia kombinacja jest najcenniejsza i najrzadziej używana. SWOT bywa traktowany jako narzędzie do uzasadniania decyzji już podjętej, a jego prawdziwa wartość polega na tym, że pozwala się z czegoś wycofać, zanim pojawią się faktury.
Analiza zbudowana na wrażeniach daje wnioski oparte na wrażeniach. Żeby kolejna wersja miała wartość, wpisz do niej dane z poprzedniego wydarzenia.
Sposób zbierania tych danych rozpisałem osobno w tekście o ewaluacji eventu firmowego, a logikę przekładania wydarzenia na sprzedaż w tekście o tym, jak przygotować udział w targach, który przyniesie leady.
SWOT jest dobrym narzędziem i kiepskim rytuałem. Różnica polega na jednym kroku: czy po wypełnieniu czterech pól zestawiasz je parami i wyprowadzasz decyzje, czy zostawiasz ładną tabelkę w prezentacji.
Od dwóch do trzech godzin przy jednym wydarzeniu, licząc pracę indywidualną i wspólne omówienie. Jeżeli trwa dłużej, zwykle znaczy to, że zespół dyskutuje o strategii firmy, a nie o konkretnej decyzji.
Marketing, sprzedaż i osoba odpowiedzialna za budżet, a przy wydarzeniach wewnętrznych także HR. Sprzedaż wnosi wiedzę o realnych obiekcjach klientów, której marketing zwykle nie ma z pierwszej ręki.
SWOT opisuje sytuację, TOWS wyprowadza z niej działania przez zestawienie pól parami. W praktyce są to dwa etapy tego samego ćwiczenia i pominięcie drugiego jest najczęstszym błędem.
Przy cyklicznych wydarzeniach raz do roku, po zebraniu danych z ostatniej edycji. Przy rynku zmieniającym się szybko, na przykład przy zmianach regulacyjnych w branży klienta, częściej.
Przy spotkaniu dla dwudziestu osób pełna analiza bywa przerostem formy. Wystarczą dwa pytania: co mamy, czego inni nie mają, i co może sprawić, że to nie zadziała. To ten sam mechanizm w wersji minimalnej.
Ogólniki. „Dobry zespół", „konkurencja", „rosnący rynek" nie prowadzą do żadnej decyzji. Drugi błąd to mieszanie czynników wewnętrznych z zewnętrznymi, które rozmywa cały sens podziału.
Masz decyzję o wydarzeniu do podjęcia i chcesz przejść przez nią z kimś z zewnątrz, kto nie ma interesu w żadnym z wariantów? Umów konsultację: wypełnimy cztery pola konkretami i wyprowadzimy z nich decyzję. Więcej o projektowaniu doświadczeń biznesowych.
Dołącz do społeczności świadomych marketerów i otrzymaj pakiet bonusów za darmo! 🎉 Co 2 tygodnie wyślemy Ci też newsletter pełen konkretnych inspiracji z obszaru marketingu doświadczeń.