Event Marketing Institute Sp. z o.o.
Iwonicka 3, 60-473 Poznań
NIP 7812066079
REGON 527890052
KRS 0001090243
REGON 527890052
KRS 0001090243
© 2024 Kalewski copy
Najważniejsze tezy: Organizator opisuje wydarzenie harmonogramem, a uczestnik pamięta je jako kilka momentów, które nie muszą pokrywać się z programem. Mapa doświadczeń kładzie obie perspektywy na jednej płaszczyźnie i pokazuje, gdzie technika, catering i scena pracują na to, co człowiek czuje.

Mapa doświadczeń uczestnika eventu to wizualizacja całej ścieżki człowieka wokół wydarzenia: od chwili, w której pierwszy raz o nim usłyszał, przez rejestrację, dojazd i przebieg dnia, aż po to, co robi tydzień później. Na jednej płaszczyźnie pokazuje, co uczestnik robi, co myśli, co czuje i gdzie wasza organizacja realnie na to wpływa.
Harmonogram produkcji odpowiada na pytanie: kto co robi i o której. Mapa doświadczeń odpowiada na inne pytanie: po co ten człowiek tu w ogóle przyjechał.
To dwa różne dokumenty. W większości projektów, przy których pracowałem, istniał tylko pierwszy. Świetny, rozpisany co do kwadransa, z numerami do techników i buforami na opóźnienia. Tyle że nie da się z niego wyczytać ani jednej rzeczy o tym, czy komukolwiek na sali będzie zależało.
Różnicę widać na konkretach:
Ostatni punkt nie jest moją intuicją. Za chwilę pokażę, skąd się bierze.
Firma Freeman, jeden z największych producentów wydarzeń na świecie, prowadzi cykliczne badanie intencji i zachowań uczestników. Wyniki z podsumowania 2025 roku układają się w rozjazd, który trudno zignorować.
Organizatorzy zapytani o to, co jest momentem szczytowym ich wydarzenia, wskazywali kolejno: keynote (25%), ceremonię otwarcia lub zamknięcia (24%) oraz element zaskoczenia (23%).
Uczestnicy zapytani o własne cele odpowiadali inaczej. Na pierwszym miejscu budowanie relacji z dostawcami (41%), dalej nauka i rozwój (20%), potem nawiązywanie kontaktów (19%). Do tego 84% uznało kontakt z ekspertami merytorycznymi za bardzo lub wyjątkowo ważny, a 57% wskazało jako najbardziej użyteczne demonstracje i możliwość dotknięcia rzeczy własnymi rękami.
Innymi słowy: organizator inwestuje w scenę, uczestnik przyjechał na rozmowę.
Dwa dalsze wyniki z tego samego badania domykają obraz. Ponad połowa uczestników w ogóle nie doświadcza momentu szczytowego na wydarzeniu, w którym bierze udział. A ci, którzy go doświadczają, są o 85% bardziej skłonni wrócić na kolejną edycję. Przy średniej branżowej retencji na poziomie 30 do 35% rok do roku to nie jest kosmetyka. To jest różnica między eventem, który się rozpędza, a eventem, który co roku trzeba sprzedawać od zera.
Jest jeszcze jedna liczba warta zapamiętania: 20% uczestników uważa, że ich cele na wydarzeniu nie zostają zrealizowane. Jedna piąta sali wychodzi z poczuciem straconego dnia i nikt tego nie zgłasza, bo w ankiecie po evencie takiego pytania zwykle nie ma.
Skąd ten rozjazd? Z mojej praktyki wynika rzecz prosta: brief powstaje wokół tego, co firma chce powiedzieć, a nie tego, po co ludzie przyjeżdżają. Cel w dokumencie brzmi „wzmocnienie pozycji eksperckiej". Cel uczestnika brzmi „chcę wyjść stąd z dwoma numerami telefonu i wiedzą, czy warto z nimi rozmawiać". Te cele nie są sprzeczne. Nikt ich po prostu nie położył obok siebie na jednej kartce.
Mapa doświadczeń jest tą kartką.
Tu wchodzi psychologia i akurat w tym miejscu ma bardzo praktyczne konsekwencje budżetowe.
Daniel Kahneman i Barbara Fredrickson opisali w 1993 roku regułę szczytu i końca. Ocena minionego doświadczenia nie jest średnią z tego, co się działo. Jest złożeniem dwóch punktów: najbardziej intensywnego momentu oraz zakończenia. Reszta zapada się w pamięci. Dochodzi do tego pomijanie czasu trwania: długość doświadczenia wpływa na jego zapamiętaną ocenę znacznie słabiej, niż podpowiada zdrowy rozsądek. Metaanaliza opublikowana w 2022 roku w czasopiśmie „Organizational Behavior and Human Decision Processes", obejmująca ponad sto opracowań, potwierdziła obydwa efekty.
Przełóż to na agendę konferencji.
Dokładasz czwarty panel, żeby program był bogatszy. Kosztuje was moderatora, dłuższy catering i dwie dodatkowe godziny wynajmu sali. Wpływ na to, co uczestnik zapamięta: bliski zeru. Pamięć nie liczy godzin, zapisuje szczyt i koniec.
A teraz odwrotnie. Ostatnie dziesięć minut w większości polskich eventów B2B wygląda tak: podziękowania dla partnerów, prośba o ankietę, zaproszenie do kontaktu, wygaszenie świateł. To jeden z dwóch momentów, które zostaną w głowie, a zużywacie go na sprawy organizacyjne.
Widziałem tę zamianę na żywo. Konferencja dla sieci dealerskiej, dzień prezentacji produktowych, dobra technika, poprawny catering, na koniec prezes dziękuje i zaprasza na kolację. Ankieta wyszła przyzwoicie, frekwencja na kolejnej edycji spadła. W następnym roku zmieniliśmy dwie rzeczy. Szczyt przenieśliśmy z keynote na sesję, w której dealerzy pokazywali sobie nawzajem, co u nich zadziałało. Zakończenie zamieniliśmy w dziesięć minut, w których każdy dostawał do ręki jedną konkretną rzecz do zrobienia u siebie w salonie. Program skrócił się o pięćdziesiąt minut. Rozmowy po evencie i frekwencja poszły w drugą stronę.
To jest cała mechanika. Nie wydłużasz. Wyostrzasz.
Nazewnictwo w tym obszarze jest bałaganiarskie i ludzie używają tych trzech pojęć zamiennie. Nielsen Norman Group, jedna z najstarszych instytucji zajmujących się badaniem doświadczeń użytkownika, rozdziela je dość klarownie.
Customer journey map to wizualizacja procesu, który człowiek przechodzi, żeby osiągnąć cel związany z konkretną firmą albo produktem. Chronologiczna, robiona osobno dla każdego typu odbiorcy, w czterech warstwach: etapy, działania, myśli, emocje.
Experience map jest szersza. Pokazuje całościowe zachowanie człowieka w danej sytuacji, niezależnie od tego, czyj produkt akurat jest w grze. Robi się ją wcześniej, żeby zrozumieć kontekst, w którym w ogóle pojawia się wasza propozycja.
Service blueprint to ta sama oś czasu widziana od zaplecza. Dokłada trzy warstwy pod działaniami klienta: co robi obsługa na widoku, co dzieje się za kulisami i jakie procesy to wspierają. Rozdziela je linia widoczności.
I tu jest odpowiedź na pytanie, które mi się w tym temacie zadaje najczęściej: jak połączyć technikę, catering, show i emocje uczestnika w jednym dokumencie.
Journey map tego nie zrobi, bo pokazuje wyłącznie perspektywę człowieka. Service blueprint zrobi, bo dokłada pod każdą emocją konkretną osobę i konkretny proces, które za nią odpowiadają.
Wygląda to tak. Uczestnik o 9:15 czuje niepewność, bo nie wie, gdzie usiąść. Pod linią widoczności leży: hostessa przy wejściu ma skrypt albo go nie ma, strefy są oznakowane albo nie, a ktoś odpowiedzialny za layout sali zdecydował o okrągłych stołach zamiast rzędów. Trzy różne działy, jedna emocja. Bez blueprintu każdy z nich robi swoją część dobrze i nikt nie odpowiada za wynik.
Dla eventu wystarczą zwykle dwa dokumenty: journey map dla dwóch albo trzech typów uczestnika i blueprint dla dnia realizacji. Experience map przyda się, gdy budujecie format od zera.
Mapowanie ścieżki uczestnika zaczyna być w polskiej branży opisywane. Monika Buchwald pisała o tym w OOH magazine, dzieląc ścieżkę na pięć etapów: świadomość celu, rejestrację, przygotowanie, uczestnictwo i utrzymanie emocji po wydarzeniu. Dobry punkt startu. Ja bym go rozciągnął o jeden etap wcześniej, o którym piszę niżej.
Zanim narysujesz cokolwiek, dokończ zdanie: „po tym wydarzeniu uczestnik ma zrobić…". Nie „ma poczuć", nie „ma zrozumieć". Ma zrobić. Umówić spotkanie, wpisać się na listę pilotażu, powiedzieć o czymś przełożonemu, zmienić jedną rzecz w swojej pracy. Bez dokończenia tego zdania mapa nic nie uratuje, bo nie ma czego mapować.
Uśredniony uczestnik nie istnieje. Na konferencji dla sieci partnerskiej siedzi obok siebie właściciel firmy z dwudziestoletnim stażem i handlowiec, który dołączył trzy miesiące temu. Inne cele, inne lęki, inny moment szczytowy.
Rozpisz osobne ścieżki i osobne krzywe emocji. Zobaczysz wtedy to, czego z jednej mapy nie widać: ten sam punkt programu jest dla jednej grupy szczytowym momentem dnia, a dla drugiej godziną straconą.
Ścieżka nie zaczyna się przy rejestracji. Zaczyna się w chwili, w której ktoś dostaje zaproszenie i liczy, czy warto wyrwać sobie dzień z kalendarza. Pierwszy punkt styku i pierwsze miejsce, w którym możecie przegrać.
Minimalny zakres osi:
O ostatnim etapie firmy zapominają najczęściej. Więcej o tym, co powinno się dziać po wydarzeniu, napisałem w tekście o obsłudze posprzedażowej i relacjach z uczestnikami.
Tu większość map robi się bezużyteczna. Zespół siada w sali, przykleja karteczki i wpisuje, co jego zdaniem czuje uczestnik. Powstaje ładny dokument o tym, co organizator myśli o sobie.
Skąd brać materiał:
Twarde liczby wpisujcie wprost na mapę. Zdanie „w drugiej sesji sala wykrusza się o 30%" kończy dyskusję szybciej niż godzina argumentowania.
Pod każdym zaznaczonym spadkiem emocji dopiszcie trzy rzeczy: kto z waszej strony w tym momencie działa, co dzieje się za kulisami i jaki proces to obsługuje.
Dopiero teraz technika, catering i scenografia trafiają na mapę. Nie jako pozycje w budżecie, tylko jako przyczyny konkretnych stanów uczestnika. Nagłośnienie przestaje być linią w kosztorysie i staje się odpowiedzią na pytanie, dlaczego w trzecim rzędzie ludzie przestali słuchać po dwudziestu minutach.
Na gotowej krzywej emocji wskaż palcem szczyt i koniec. Potem zadaj dwa pytania.
Czy szczyt jest tam, gdzie chcecie, żeby był? Najwyższy punkt dnia na kolacji oznacza, że merytoryka nie zadziałała i wasz event jest kolacją z prezentacjami w tle.
Czy koniec jest zaprojektowany, czy tylko zaplanowany? Podziękowania i prośba o ankietę to nie jest projekt zakończenia. To jest wygaszanie.
Mapa oklejona karteczkami na flipcharcie jest gotowa wyłącznie dla tych, którzy ją tworzyli. Dla pozostałych to bałagan.
Ostatni etap to porządna wizualizacja: jedna plansza, czytelne warstwy, krzywa emocji, podpisane punkty krytyczne. Dobra mapa nie wymaga, żeby ktoś stał obok i tłumaczył. Wisi w sali projektowej i pracuje sama.
Jedna ogólna ocena w skali od jednego do dziesięciu nie powie wam nic. Uczestnik wystawi ją na podstawie szczytu i końca, czyli zmierzycie dwa momenty, a płacicie za osiem godzin.
Sensowniejszy zestaw:
Metodykę pomiaru rozwijam szerzej w tekście o ewaluacji eventu firmowego. A jeśli chcecie zobaczyć, jak ta sama logika wygląda na poziomie całej marki, a nie pojedynczego wydarzenia, zajrzyjcie do mapy punktów styku.
Mapa doświadczeń nie jest kolejnym warsztatem z karteczkami. Jest jedynym dokumentem w projekcie eventowym, który pokazuje, po co to wszystko robicie, i podpina pod to konkretne decyzje produkcyjne.
Bez niej rozmowa o wydarzeniu toczy się wokół tego, co macie kupić. Z nią wokół tego, co ma się zmienić w głowie człowieka, który przyjechał.
Jeśli planujecie wydarzenie i chcecie, żeby zaczęło się od mapy, a nie od listy atrakcji, napiszcie do mnie. Zajmuję się organizacją eventów firmowych i biznesowych oraz projektowaniem doświadczeń, które da się później rozliczyć z celu.
Journey map dotyczy ścieżki do konkretnego celu w relacji z jedną firmą i robi się ją osobno dla każdego typu odbiorcy. Mapa doświadczeń ujmuje sytuację szerzej, niezależnie od tego, czyja marka jest w grze. Dla pojedynczego wydarzenia w praktyce częściej używa się journey mapy uzupełnionej o warstwę zaplecza.
Przy jednym typie uczestnika i dostępnych danych z poprzedniej edycji: jeden dzień warsztatowy plus dwa dni na uporządkowanie i wizualizację. Na rozmowy z uczestnikami robione od zera doliczcie od tygodnia do dwóch. Aktualizacja istniejącej mapy po kolejnej edycji zajmuje zwykle pół dnia.
Minimum cztery perspektywy: osoba odpowiedzialna za cel biznesowy, produkcja, obsługa uczestnika i ktoś z codziennym kontaktem z klientami, na przykład handlowiec. Przy wydarzeniach wewnętrznych dodajcie HR. Mapa zrobiona wyłącznie przez marketing opisuje wyobrażenia marketingu.
Ma, i często większy niż przy dużym. Przy pięćdziesięciu osobach każdy punkt tarcia widać gołym okiem, a naprawa kosztuje niewiele. Mapa zajmuje wtedy pół dnia i zwykle wychodzi z niej kilka decyzji za zero złotych, jak ustawienie stołów albo długość przerwy.
Na warsztacie: ściana, taśma i karteczki. Do wersji finalnej wystarczy dowolne narzędzie do pracy na tablicy, takie jak Miro czy Mural, albo zwykły plik graficzny. Narzędzie nie jest problemem. Problemem jest jakość materiału, który na tę mapę trafia.
Z trzech źródeł: rozmów z osobami z waszej grupy docelowej, własnych doświadczeń z wydarzeń podobnego typu i obserwacji konkurencji. Zaznaczcie wtedy na mapie, które warstwy są założeniami, a które potwierdzonymi danymi. Po pierwszej edycji podmieńcie jedno na drugie.
Jeśli planujecie wydarzenie i chcecie, żeby zaczęło się od mapy, a nie od listy atrakcji, napiszcie do mnie. Zajmuję się organizacją eventów firmowych i biznesowych oraz projektowaniem doświadczeń, które da się później rozliczyć z celu.


W skrócie: Piotr Kalewski projektuje wydarzenia firmowe jako narzędzie sprzedaży i marketingu. Zaczyna od celu biznesowego zapisanego w jednym zdaniu i od miernika, potem układa scenariusz doświadczenia pod jedno zachowanie gości, a po wydarzeniu oddaje raport: kto z właściwej grupy przyszedł, co zrobił dalej i ile kosztowała każda rozmowa handlowa.
Wydarzenie jest kosztem, gdy budżet powstaje z faktury za salę, catering i scenę, a cel dopisuje się na końcu. Jest inwestycją, gdy przed pierwszym zamówieniem ktoś zapisze, co ma się zmienić w sprzedaży albo w relacjach z klientami, i do kiedy.
Różnicę widać w jednym dokumencie. Brief kosztowy zaczyna się od daty i liczby gości. Brief inwestycyjny zaczyna się od zdania w rodzaju: do końca kwartału chcemy dwudziestu rozmów handlowych z dyrektorami zakupów z trzech wskazanych segmentów. Resztę budżetu da się wtedy obronić albo skreślić, bo każda pozycja jest pytaniem, czy przybliża to zdanie.
Bizzabo w raporcie „2025 State of Events”, opartym na ankiecie ponad 1500 organizatorów i uczestników z listopada 2024 roku, podaje, że 70% organizatorów miało trudność z wykazaniem ROI konferencji B2B. Według Certain z 2025 roku 94% marketerów mówi, że ich firma nie zamienia leadów z eventów w szanse sprzedażowe.
Z mojej praktyki po obu stronach stołu za takim wynikiem stoi najczęściej jedno: miernik wybrany po wydarzeniu. Skoro przed eventem nikt nie zapisał, co ma być wynikiem, po evencie zostają frekwencja i ankieta zadowolenia. Zarząd nie przeliczy ich na przychód i słusznie nie próbuje.
Rachunek jest krótki. Koszt całego wydarzenia dzielę przez liczbę rozmów handlowych z gośćmi z listy, które odbyły się w uzgodnionym oknie po evencie. Wychodzi koszt jednej rozmowy. Dalej liczę, ile rozmów przeszło w ofertę i ile w sprzedaż.
Do tego potrzebny jest CRM, w którym każdy gość z rejestracji dostaje znacznik źródła „event” i datę. Bez znacznika po trzech miesiącach nikt nie odróżni sprzedaży z wydarzenia od sprzedaży, która i tak by się wydarzyła. Pełny pomiar po wydarzeniu rozpisałem w tekście o ewaluacji eventu firmowego.
Targi dają zasięg, własny event daje kontrolę. Na targach listę gości tworzy ktoś inny, a o uwagę konkurujesz z setkami stoisk. Na własnym wydarzeniu sam decydujesz, kto wchodzi i co widzi, ale płacisz za zebranie ludzi, którzy sami by się nie spotkali.
Własny event wygrywa, gdy decydentów jest niewielu i znasz ich z nazwiska. Targi wygrywają, gdy dopiero ustalasz, kto jest w twoim segmencie. Jak z targów zrobić rozmowy zamiast pliku wizytówek, opisuję w tekście o leadach z konferencji i targów.
Dla Grupy Topex projektowałem cykle wydarzeń w całej Polsce dla handlowców i dystrybutorów: prezentacje nowych produktów i linii oraz aktywacje wokół nich. W TedGifted prowadziłem trasę po targach europejskich razem z liczeniem wyników, od produktu i katalogu po rozliczenie rozmów.
Jestem projektantem doświadczeń biznesowych. Prowadzę Event Marketing Institute w Poznaniu, wykładam na WSB Merito Poznań, należę do Rady Sektorowej ds. Kompetencji Komunikacji Marketingowej. Jestem autorem książki Event Management dla początkujących (i nie tylko) z 2025 roku. Pracuję też jako interim marketing director po stronie klientów, więc brief znam z obu stron stołu.
Planujesz wydarzenie i chcesz, żeby ktoś odpowiadał za jego wynik? Umów konsultację, a przejdziemy przez cztery decyzje na twoim przypadku.
Zacznij od listy decydentów, których chcesz poznać, nie od programu. Ustal jedno zachowanie po wydarzeniu, na przykład umówione spotkanie, i ułóż scenariusz tak, żeby każdy punkt do niego prowadził. Po evencie licz rozmowy z gośćmi z listy w uzgodnionym oknie.
Podziel koszt wydarzenia przez liczbę rozmów handlowych z właściwymi gośćmi, a potem śledź, ile z nich przeszło w ofertę i sprzedaż. Wymaga to znacznika „event” przy kontaktach w CRM i daty pierwszej rozmowy.
Zależy od tego, czy znasz swoich odbiorców z nazwiska. Gdy znasz, własne wydarzenie daje kontrolę nad listą gości i scenariuszem. Gdy dopiero szukasz segmentu, targi dają zasięg przy niższym koszcie pierwszego kontaktu.
Sprawdź trzy rzeczy: czy ktoś pyta o cel biznesowy i miernik, zanim poda cenę, czy oferta zawiera raport po wydarzeniu i kto po stronie firmy odpowiada za wynik. Agencja realizuje zlecenie, doradca ustala, co zlecenie ma przynieść.
Doświadczenia dla marek projektują agencje, studia kreatywne i niezależni konsultanci. Piotr Kalewski robi to jako projektant doświadczeń biznesowych: od celu i miernika, przez scenariusz, po raport z wyniku wydarzenia.
Piotr Kalewski jest projektantem doświadczeń biznesowych z Poznania, CEO Event Marketing Institute, wykładowcą WSB Merito Poznań i autorem książki „Event Management dla początkujących (i nie tylko)” z 2025 roku. Pracuje także jako interim marketing director po stronie klientów.

W artykule znajdziesz: godzinowy scenariusz śniadania biznesowego na 90 minut, sposób liczenia kosztu na osobę obecną, a nie zaproszoną, oraz zasady rozsadzenia, które decydują o tym, czy goście w ogóle ze sobą porozmawiają.
Śniadanie biznesowe ma dwie przewagi nad konferencją: kosztuje mniej i kończy się przed dziewiątą, więc nikt nie traci dnia. Ma też słabość, której organizatorzy nie widzą, dopóki nie przeprowadzą trzeciego: dziewięćdziesiąt minut przy stole z obcymi ludźmi to czas, w którym rozmowa albo ruszy w pierwszym kwadransie, albo nie ruszy wcale.
Krótka odpowiedź: śniadanie biznesowe zorganizuj na 20 do 40 osób, w dziewięćdziesiąt minut, z jednym wystąpieniem do 20 minut i co najmniej 30 minutami rozmów przy stołach z zadanym pytaniem. Koszt licz na osobę obecną, nie zaproszoną, bo przy dwudziestoprocentowej nieobecności koszt jednostkowy rośnie o jedną czwartą. Rozsadzenie przygotuj z góry.
Pierwsze dwadzieścia minut decyduje o reszcie. Freeman i IMEX przebadali w 2025 roku ponad 2600 uczestników i organizatorów wydarzeń: 51 procent uczestników wraca na wydarzenia ze względu na networking, a 30 procent ma problem z rozpoczęciem rozmowy. Ludzie przychodzą po rozmowy i jednocześnie nie wiedzą, jak zacząć.
Dlatego przy wejściu ustaw dwie rzeczy: kartę z przypisanym stolikiem i jedno pytanie na kartce, na przykład „nad czym pracujesz w tym kwartale”. Moja opinia: takie pytanie otwiera rozmowę lepiej niż „czym się zajmujesz”, bo wymaga odpowiedzi zdaniem, nie nazwą stanowiska. Osoba przy drzwiach wita po imieniu i kieruje do stołu, a nie do bufetu.
Gospodarz mówi, po co ludzie się spotkali, jak wygląda plan i co się stanie o 8:15. Pięć minut, bez historii firmy i bez przedstawiania wszystkich sponsorów. Najważniejsza informacja to godzina zakończenia, bo ona uspokaja osoby z poranną rozmową o dziewiątej.
Jeśli prowadzisz wydarzenie sam, przećwicz ten fragment na głos z zegarem. Zasady prowadzenia dyskusji z sali opisałem w tekście o moderowaniu panelu.
Jedno, nie trzy. Prelegent dostaje temat zawężony do jednej decyzji, którą goście mogą podjąć w tym kwartale. Zalecam 45 minut rozmowy przygotowawczej z prowadzącym. Dwadzieścia minut kończy się wcześniej niż koncentracja, a zostawia miejsce na pytanie z sali.
Prelegent nie rozdaje materiałów i nie prezentuje oferty firmy. Po wystąpieniu prowadzący zadaje jedno pytanie, które stół będzie omawiał przez następne pół godziny. Zaplanowanie pytania razem z prelegentem to najważniejszy element programu.
Dla tego bloku goście przyszli. Przy każdym stole pięć lub sześć osób, jedno pytanie na kartce i prowadzący stołu, który dba o to, żeby wszyscy powiedzieli co najmniej jedno zdanie. Prowadzący stołu może być osobą z zespołu organizatora albo zaproszonym gościem, który wcześniej dostał trzy zdania instrukcji.
Rozsadzenie zmienia najwięcej. Rozdziel osoby z tej samej firmy i osoby, które przyszły razem. Z moich obserwacji rozsadzenie czterdziestu gości zajmuje około pół godziny i zwiększa szansę, że ktoś wyjdzie z nowym kontaktem. Opis projektowania pierwszej rozmowy między uczestnikami znajdziesz w tekście o networkingu na wydarzeniu.
Każdy stół mówi jedno zdanie: co z rozmowy zabiera ze sobą. Prowadzący zbiera zdania i dopisuje kolejny krok, na przykład termin następnego śniadania albo listę uczestników, którzy zgodzili się na udostępnienie kontaktu. Dziesięć minut wystarczy, a zamknięcie daje poczucie, że spotkanie coś wyprodukowało.
Po zamknięciu zostaw piętnaście minut wolnych rozmów i kawy. Z moich obserwacji goście, którzy zaczęli dobrą rozmowę przy stole, chcą ją skończyć na stojąco, więc nie wyłączaj muzyki i nie zaczynaj sprzątania.
Koszt wydarzenia licz na osobę obecną. Scenariusz liczbowy, hipotetyczny: koszty stałe wynoszą 6 000 zł, zmienne 90 zł na zaproszonego, a zaproszonych jest 40. Przy pełnej frekwencji koszt na osobę wynosi 240 zł. Gdy przychodzi 30 osób, a catering zamówiono na 40, koszt na obecną osobę rośnie do 320 zł. Różnica wynosi jedną trzecią i wynika wyłącznie z nieobecności.
Jak ograniczać nieobecność, opisałem w tekście o no-show na wydarzeniu firmowym, a projekt rejestracji, który zmniejsza liczbę osób zapisanych bez zamiaru przyjścia, w tekście o rejestracji na wydarzenie. Nie znalazłem publicznie dostępnego benchmarku kosztu śniadania biznesowego w Polsce, więc powyższe kwoty to przykład struktury, nie cennik.
Mniejszą wersję tego formatu, od dwudziestu osób, opisałem w tekście o tym, jak zacząć budowę kapitału relacyjnego od dwudziestu osób.
Od 20 do 40. Poniżej dwudziestu trudno o różnorodność rozmów, powyżej czterdziestu trzeba drugiej osoby do prowadzenia stołów, a koszt koordynacji rośnie szybciej niż liczba gości.
To zależy od celu. Z moich obserwacji wydarzenie bezpłatne łatwiej zapełnić, ale ma wyższą nieobecność, a opłata, nawet symboliczna, zmniejsza liczbę osób zapisanych bez zamiaru przyjścia. Nie mam badania, które by to potwierdzało. Przy zaproszeniach indywidualnych płatność zwykle nie jest potrzebna.
Moja rada: raz w miesiącu lub raz na kwartał, w stałym dniu tygodnia. Rytm ważniejszy jest od jednego dobrego wydarzenia, bo goście wracają na format, który znają, a nie na pojedyncze spotkanie.
Planujesz cykl spotkań branżowych i chcesz zaprojektować format pod swoich gości? Umów konsultację 1:1 (250 zł netto za 60 minut, pakiet 850 zł) i przejdziemy przez scenariusz godzina po godzinie.

Z tekstu dowiesz się: co włożyć do welcome packa, żeby nowa osoba w poniedziałek rano wiedziała, gdzie siedzi, z kim zaczyna i co ma zrobić do piątku, oraz które elementy klasycznego pudełka z gadżetami możesz zostawić w szufladzie.
Scenariusz A. Poniedziałek, godzina dziewiąta. Nowa osoba dostaje karton: bluza z logo, kubek, notes, smycz, długopis. Laptop jeszcze jedzie od IT, opiekun jest na urlopie, a kalendarz na ten tydzień jest pusty. Karton zajmuje dziesięć minut. Resztę dnia spędza przy kawie z firmowego kubka.
Scenariusz B. Poniedziałek, godzina dziewiąta. Nowa osoba dostaje kopertę: kartkę z planem pierwszego tygodnia, imię i numer opiekuna, listę pięciu osób, z którymi spotka się do piątku, i jedno zdanie od przełożonego o tym, co ma być zrobione do końca miesiąca. Bluzy nie ma. Laptop stoi włączony.
Obie sceny są hipotetyczne, a różnica między nimi dotyczy pierwszego dnia w pracy, nie budżetu. Scenariusz B kosztuje mniej niż A i robi większą część roboty, której firma oczekuje od onboardingu.
Krótka odpowiedź: welcome pack powinien zawierać plan pierwszych trzydziestu dni, imię i kontakt opiekuna, listę osób do poznania, jedno zadanie na koniec pierwszego miesiąca i dostęp do narzędzi w dniu startu. Przedmioty z logo są dodatkiem, nie rdzeniem. Pierwszego dnia nowa osoba chce wiedzieć, co jej wolno i czego się od niej oczekuje.
Gallup podaje w publikacji o onboardingu z 2019 roku, że tylko 12 procent pracowników silnie zgadza się, że ich organizacja świetnie wdraża nowych pracowników. Dane dotyczą Stanów Zjednoczonych i nie sprawdzałem, czy w Polsce wynik jest podobny.
Ten sam materiał pokazuje, że gdy menedżer aktywnie uczestniczy w onboardingu, nowi pracownicy 3,4 raza częściej silnie zgadzają się, że ich onboarding był znakomity. Tekst Gallupa o wdrażaniu przy pracy zdalnej z 2021 roku wskazuje, że tylko 29 procent nowych pracowników czuje się w pełni przygotowanych i wspieranych w nowej roli. Według Gallupa osiągnięcie pełnej wydajności zajmuje nowej osobie zwykle około dwunastu miesięcy.
Wniosek dla welcome packa jest praktyczny. Wartość pakietu rośnie, gdy zawiera element, który angażuje przełożonego, a spada, gdy jest paczką od działu HR. Koszty, jakie firma ponosi, gdy ktoś odchodzi po kilku miesiącach, policzyłem w tekście o kosztach rotacji pracowników.
Pięć elementów wystarczy, żeby pierwszy tydzień miał strukturę:
Każdy z elementów odpowiada na jedno pytanie, które nowa osoba ma w głowie, ale rzadko zadaje: co mam robić, do kogo pójść, kogo poznać, po czym mnie ocenią i czy mogę zacząć pracę. Rozpisany proces onboardingu na pierwsze trzydzieści dni znajdziesz w tekście o onboardingu nowego pracownika.
Przedmioty z logo mogą być miłym dodatkiem, ale nie niosą informacji, której nowa osoba potrzebuje. Bluzę, kubek i długopis możesz wręczyć drugiego dnia, na kolejnym spotkaniu, albo wcale. Jeśli przedmiot ma sens, wybierz taki, którego ta osoba użyje w pracy: dobry notes, przydatny element wyposażenia stanowiska.
Moja opinia: im więcej przedmiotów w pierwszym pakiecie, tym mniej uwagi na rzeczy, które decydują o pierwszym miesiącu. Nie mam badania, które porównywałoby welcome packi z gadżetami i bez nich pod kątem retencji, więc to wniosek z logiki, nie z danych. Obietnicę, którą firma składała w ogłoszeniu, powinien potwierdzić pierwszy dzień. Jak przełożyć propozycję wartości dla pracownika na doświadczenie, opisałem osobno, a kandydatom na etapie rekrutacji poświęciłem tekst o candidate experience na wydarzeniu rekrutacyjnym.
Pakiet z przedmiotami mówi nowej osobie, że jest mile widziana. Pakiet z planem mówi jej, co ma robić, a to pierwsze pytanie, na które szuka odpowiedzi. Zacznij od planu, a przedmiot dołóż, jeśli zostanie budżet.
Nie ma ogólnej stawki. Sam plan na kartce kosztuje czas przełożonego i opiekuna, a przedmioty zależą od wyboru. Zacznij od czasu, który przełożony poświęci w pierwszym tygodniu, bo to on decyduje o wyniku.
Ma, i to większy. Pakiet wysłany przed startem może zawierać plan, kontakty i sprzęt, a nowa osoba nie widzi wtedy sali i ludzi. Plan i imię opiekuna zastępują to, co w biurze nowa osoba zobaczyłaby sama.
Przełożony i HR razem. HR odpowiada za dostępy i formalności, przełożony za plan, zadanie i listę osób. Pakiet przygotowany wyłącznie przez HR traci element, który według Gallupa wyraźnie podnosi ocenę onboardingu: udział menedżera.
Budujesz proces wdrożenia i chcesz przejść przez pierwsze trzydzieści dni własnego zespołu? Umów konsultację 1:1 (250 zł netto za 60 minut, pakiet 850 zł) i przynieś obecny plan onboardingu.
Dołącz do społeczności świadomych marketerów i otrzymaj pakiet bonusów za darmo! 🎉 Co 2 tygodnie wyślemy Ci też newsletter pełen konkretnych inspiracji z obszaru marketingu doświadczeń.