Event Marketing Institute Sp. z o.o.
Iwonicka 3, 60-473 Poznań
NIP 7812066079
REGON 527890052
KRS 0001090243
REGON 527890052
KRS 0001090243
© 2024 Kalewski copy
Rok publikowania to około stu pięćdziesięciu postów, kilkadziesiąt godzin pracy i garść rozmów, które z tego wynikły. Dwadzieścia minut na scenie przed dobrze dobraną salą potrafi dać więcej - i zwykle daje.
Nie dlatego, że wystąpienie jest magiczne. Dlatego, że działa na innej mechanice: uwaga jest niepodzielna, kontekst zbudowany przez organizatora, a po zejściu ze sceny ludzie przychodzą do Ciebie sami.
Z tego artykułu dowiesz się:
Post walczy o uwagę z kilkudziesięcioma innymi w tej samej sekundzie. Prelekcja dostaje uwagę w całości, na dwadzieścia minut, od ludzi, którzy specjalnie po to przyjechali.
Do tego dochodzi pożyczona wiarygodność. Organizator, wpuszczając Cię na scenę, ręczy za Ciebie wobec swojej publiczności. Zbudowanie takiego zaufania samodzielnie zajmuje miesiące.
Najważniejsza różnica jest jednak inna: po prelekcji rozmowy zaczynają się same. Nie musisz zaczepiać ludzi przy kawie i tłumaczyć, kim jesteś. Oni podchodzą, bo właśnie usłyszeli, w czym możesz pomóc. Tego mechanizmu nie zastąpi żaden kanał online.
Post daje zasięg. Scena daje kontekst, w którym ktoś jest gotów o Ciebie zapytać. To dwie różne waluty i tylko jedna z nich zamienia się w rozmowę.
Nie zaczynaj od dużych konferencji. Zacznij od miejsc, gdzie organizator szuka prelegentów, a nie odsiewa setki zgłoszeń.
Zgłaszając się, nie pisz, że chcesz wystąpić. Napisz, o czym chcesz mówić, dla kogo to jest i co słuchacz będzie umiał po wyjściu. Organizator nie szuka mówcy, tylko dziury w programie do zapełnienia. Pomóż mu ją zobaczyć.
O jednej rzeczy, którą przerobiłeś w praktyce. Nie o przeglądzie trendów, nie o dziesięciu zasadach, nie o przyszłości branży.
Prelekcje, po których ustawia się kolejka, mają zwykle jedną z trzech konstrukcji: pokazujesz mechanizm, którego sala nie zna; rozbierasz własny projekt razem z liczbami i błędami; albo podważasz przekonanie, które wszyscy w tej branży powtarzają bezrefleksyjnie.
Wspólny mianownik to konkret, za który bierzesz odpowiedzialność. Wystąpienie zbudowane z cudzych badań jest bezpieczne i bezużyteczne. Po nim nikt nie podchodzi, bo nie ma o co dopytać.
Prosta struktura, która działa niezależnie od tematu:
Ostatni punkt jest pomijany najczęściej i kosztuje najwięcej. Ludzie nie podchodzą, kiedy nie wiedzą, czy mają prawo. Zdanie „jeśli mierzycie się z X, złapcie mnie przy kawie" załatwia sprawę.
Slajdy potraktuj jak tło, nie skrypt. Sala czyta albo słucha. Nigdy jedno i drugie naraz.
Po ponad trzystu trzydziestu wydarzeniach prowadzonych ze sceny mam jedną obserwację, która nie zmienia się niezależnie od branży: najwartościowsze rozmowy zaczynają się kilkanaście minut po ostatnim slajdzie, przy kawie, i dotyczą czegoś, czego w prezentacji nie było. Kto wychodzi z sali od razu po oklaskach, ten zbiera połowę wartości swojego wystąpienia.
Największy błąd to zejść ze sceny i pojechać do domu. Prelekcja jest surowcem, nie produktem końcowym.
Zaraz po: zostań w sali, nie chowaj się za telefonem, zapisz nazwiska osób, które podeszły, razem z tym, o co pytały. Kontakt jest ciepły przez dobę, potem stygnie tak samo jak każdy inny.
W kolejnych tygodniach rozłóż wystąpienie na części. Teza jest jednym wpisem, każdy przykład osobnym, sekcja „co z tym zrobić" trzecim. Z dwudziestu minut wychodzi materiał na miesiąc publikacji. I jest to materiał ekspercki, a nie komentarz do cudzych newsów. Więcej o tym, dlaczego to jest istotne, w tekście o tym, dlaczego sama regularność nie wystarcza.
Poproś organizatora o nagranie i zdjęcia. To dwie rzeczy, które przy zgłoszeniu na kolejne wydarzenie działają lepiej niż najlepszy opis prelekcji. Jeśli chcesz rozumieć drugą stronę stołu, zajrzyj do tekstu o tym, jak organizuje się konferencje. Łatwiej wtedy trafić w to, czego organizator naprawdę potrzebuje.
Pierwsza prelekcja jest najtrudniejsza, druga przychodzi zwykle z sali. Ktoś, kto Cię słyszał, organizuje własne spotkanie, prowadzi podcast albo szuka mówcy do wewnętrznego szkolenia. Warunek jest jeden: musi wiedzieć, na jaki temat Cię zaprosić.
Dlatego trzymaj się jednego tematu dłużej, niż wydaje się to ciekawe. Trzy różne wystąpienia na trzech scenach budują wrażenie, że mówisz o wszystkim. Ten sam temat na trzech scenach buduje pozycję osoby, do której się dzwoni w tej konkretnej sprawie.
Zadbaj też o rzecz banalną: żeby dało się Cię łatwo znaleźć i zaprosić. Aktualny opis w profilu, jedno zdanie o tym, o czym mówisz, i widoczny kontakt. Zaskakująco często łańcuch urywa się właśnie tutaj. Ktoś chciał zaprosić, nie znalazł adresu i zaprosił kogoś innego.
Po każdym wystąpieniu odezwij się do organizatora z podziękowaniem i pytaniem, co zadziałało, a co nie. To jednocześnie feedback, którego nikt inny Ci nie da, i przypomnienie o sobie przed kolejną edycją.
Występowanie u innych ma sufit: mówisz o tym, co pasuje do cudzej agendy, przed publicznością, którą ktoś inny zaprosił. W pewnym momencie opłaca się odwrócić role i samemu zostać gospodarzem. Próg wejścia jest niższy, niż większość osób zakłada: kameralne śniadanie dla dwudziestu osób z konkretnej branży potrafi dać więcej rozmów handlowych niż prelekcja przed salą na trzysta.
Gospodarz kontroluje trzy rzeczy, których prelegent nie kontroluje nigdy: temat, listę gości i to, co dzieje się po części merytorycznej. To ostatnie decyduje o wyniku, bo rozmowy po prelekcji są ważniejsze od samej prelekcji. Zanim zaczniesz, przeczytaj o tym, jak zaprojektować program, w którym uczestnicy mają rolę, bo własne wydarzenie bez tej mechaniki zamienia się w prezentację z cateringiem.
Scena nie jest nagrodą za zbudowaną markę. Jest jednym z najszybszych narzędzi jej budowania. I w przeciwieństwie do publikowania nie wymaga roku, żeby dać pierwszy efekt.
Prowadzę i projektuję doświadczenia biznesowe, a od lat stoję po obu stronach sceny, jako prelegent i jako organizator. Jeśli budujesz widoczność ekspercką i chcesz to poukładać, odezwij się.
Nie. Wystarczy jeden temat przerobiony w praktyce i gotowość do przećwiczenia wystąpienia na głos kilka razy. Meetupy istnieją między innymi po to, żeby ludzie mogli tam debiutować.
Przy pierwszym wystąpieniu realnie kilkanaście godzin, licząc konstrukcję, slajdy i próby. Kolejne wersje tego samego tematu kosztują już ułamek tego czasu, dlatego opłaca się mówić o jednej rzeczy na kilku scenach.
Na początku tak, jeśli publiczność jest właściwa. Honoraria pojawiają się wtedy, gdy organizator wie, że Twoje nazwisko sprzedaje bilety. A to wymaga wcześniejszych wystąpień, o których ktoś opowiedział dalej.
Najlepiej działa nadmiar przygotowania pierwszych dwóch minut i ostatnich trzydziestu sekund. Kiedy wiesz dokładnie, jak zaczynasz i jak kończysz, środek prowadzi się sam. Stres nie znika, ale przestaje decydować.
Jeśli masz coś do pokazania. Dane, kadry z realizacji, schemat. Slajdy pomagają. Jeśli masz tylko wypunktowane tezy, lepiej bez. Sala czytająca ekran nie słucha mówcy.
Policz rozmowy po zejściu ze sceny, zapytania w ciągu następnego miesiąca i zaproszenia na kolejne wydarzenia. Liczba osób na sali jest metryką organizatora, nie Twoją.
Warto, ale osobno pociąć je na krótkie fragmenty. Pełne nagranie obejrzy garstka, natomiast dwuminutowy wycinek z konkretną tezą żyje w kanałach społecznościowych znacznie dłużej.
Dołącz do społeczności świadomych marketerów i otrzymaj pakiet bonusów za darmo! 🎉 Co 2 tygodnie wyślemy Ci też newsletter pełen konkretnych inspiracji z obszaru marketingu doświadczeń.