Event Marketing Institute Sp. z o.o.
Iwonicka 3, 60-473 Poznań
NIP 7812066079
REGON 527890052
KRS 0001090243
REGON 527890052
KRS 0001090243
© 2024 Kalewski copy
Najważniejsze tezy: Pomiar efektywności eventu rozstrzyga się na etapie projektowania, nie w ankiecie rozdanej przy wyjściu z sali. Branża spiera się o to, czy wskaźniki dla wydarzeń da się ujednolicić, a ten spór ma bardzo praktyczne konsekwencje dla twojego budżetu na kolejną edycję.
Na jednym spotkaniu słyszę, że wydarzeń nie da się porównywać, bo każde ma inny cel, więc jedyne sensowne mierniki to ankieta i NPS. Tydzień później dyrektor marketingu pokazuje mi arkusz z sześcioma wskaźnikami, identycznymi dla gali, konferencji i stoiska targowego, i pyta, dlaczego agencja nie chce się pod nimi podpisać. Oba stanowiska mają w branży swoich przedstawicieli i oba da się obronić. Ten tekst jest o tym, które z nich obroni twój budżet, kiedy zarząd zapyta, co z tego wyszło.
Efektywność eventu mierzy się na czterech poziomach: operacyjnym, doświadczenia, zachowania i biznesowym. Zestaw wskaźników ustalasz przed wydarzeniem, razem z osobą odpowiedzialną za zebranie danych i terminem oceny. Frekwencja i satysfakcja opisują przebieg. Wynik widać w zachowaniu uczestników po 30 i po 90 dniach.
Pierwsze stanowisko wychodzi z obserwacji, która jest trudna do podważenia. Wydarzenie wewnętrzne, employerbrandingowe i sprzedażowe realizują zupełnie inne cele, a część z nich dotyczy rzeczy, których nie da się zamknąć w jednej liczbie. Zwolennicy tego podejścia proponują więc mierniki opisujące doświadczenie uczestnika i pytają o cel wydarzenia osobno przy każdym projekcie.
„Z naszego doświadczenia wynika, że ważną rolą agencji jest dziś pomoc klientowi w określeniu, co rzeczywiście warto mierzyć i jakie wskaźniki będą adekwatne do celu wydarzenia. Szczególnie w przypadku wydarzeń wewnętrznych czy employerbrandingowych trudno mówić o prostych, uniwersalnych miernikach sukcesu. Dlatego bardzo często rekomendujemy klientom korzystanie z ankiet posteventowych oraz badania poziomu satysfakcji uczestników czy wskaźnika NPS.”, Aneta Zawiślak, managing director w agencji Imagine Nation, w raporcie Event Insight.
Takie podejście nie udaje precyzji, której nie ma, i ma jedną kosztowną słabość. Ankieta wypełniona przy wyjściu albo po kolacji z winem wychodzi dobrze w niemal każdym projekcie, bo mierzy nastrój, a nie efekt. Z mojego doświadczenia wynika, że ten zestaw danych firmy pokazują zarządowi najchętniej i że najszybciej przestaje on działać jako argument.
Drugie stanowisko mówi, że niedoskonała rama wskaźników kosztuje mniej od braku wspólnego języka. Przy edycjach mierzonych za każdym razem inaczej nie da się porównać dwóch lat ani dwóch formatów, a rozmowa o budżecie wraca co roku do punktu zero. Dlatego część rynku pracuje nad ramą wspólną dla wszystkich projektów, z miejscem na wskaźniki specyficzne dla konkretnego wydarzenia.
„Standaryzacja KPI jest możliwa i potrzebna, ale powinna mieć charakter ramowy, a nie sztywny. Eventy są zbyt różnorodne, by jeden zestaw KPI pasował zarówno do gali dla 50 VIP-ów, jak i do festiwalu dla 50 tys. osób.”, Przemek Witkowski, event creative director w agencji Plej, w raporcie Event Insight.
Słowo „ramowy” robi tu całą pracę. Rama oznacza stałe poziomy pomiaru i stałe pytania, a nie identyczne progi. Gala dla pięćdziesięciu osób i festiwal dla pięćdziesięciu tysięcy mogą mieć ten sam poziom wskaźników biznesowych i zupełnie inne wartości docelowe. Postawiłbym to pytanie inaczej: nie czy standaryzować, ale co dokładnie standaryzujesz.
Dane rynkowe nie rozstrzygają tego sporu, ale pokazują, dlaczego zrobił się pilny. Według raportu „Event marketing 2025/2026. Wielopokoleniowość uczestników wydarzeń”, przygotowanego przez MeetingPlanner.pl razem z instytutem IQS, 81 proc. badanych uznało skuteczność event marketingu za bardzo dobrą i dobrą. Rok wcześniej taką ocenę wskazało 84 proc. badanych, a dwa lata wcześniej 87 proc.
W tym samym badaniu 71 proc. klientów wykorzystuje event marketing do realizacji celów marketingowych, a 70 proc. zadeklarowało, że będzie z niego korzystać w 2026 roku. Narzędzie zostaje w budżetach, zaufanie do jego skuteczności osiada. W takiej sytuacji pomiar przestaje być tematem dla analityka i staje się tematem dla zarządu.
Skala rynku pokazuje, jak wiele projektów przechodzi przez ten test. Polska Organizacja Turystyczna w raporcie „Przemysł spotkań i wydarzeń w Polsce 2025” podaje 9 201 wydarzeń korporacyjnych i motywacyjnych z ponad 2 mln uczestników oraz 8 784 konferencje i kongresy z blisko 2,5 mln uczestników. Do tego 69 proc. konferencji trwało jeden dzień. Jeden dzień to mało czasu na zebranie dowodu zmiany i dużo, żeby ją przegapić.
Spór o standaryzację da się rozwiązać w praktyce, jeśli przestaniesz traktować wskaźniki jak jedną listę. Wskaźniki mają poziomy, a większość nieporozumień z zarządem bierze się z mieszania poziomu drugiego z czwartym.
Cztery poziomy pomiaru:
Dwa pierwsze poziomy zbierzesz w dniu wydarzenia i dlatego trafiają do raportu najczęściej. Kolejne dwa wymagają czasu i czyjejś odpowiedzialności, więc najczęściej z niego wypadają. Osobno zapisuj zasięg i widoczność, czyli wzmianki, udostępnienia i publikacje: pokazują, ilu ludzi mogło się dowiedzieć, a nie co z tego wynikło.
Analiza eventu wymaga danych zbieranych od początku projektu, nie od dnia po demontażu. Narzędzia cyfrowe pozwalają śledzić wskaźniki i rozumieć zachowania uczestników, ale żadne z nich nie zadecyduje za ciebie, co jest wynikiem.
Bezpośrednie opinie uczestników dostarczają informacji o wrażeniach z wydarzenia. Zadbaj o proste pytania, które pozwolą szybko ocenić poziom satysfakcji, wykorzystaj skalę Net Promoter Score do mierzenia ogólnego wrażenia i postaw na pytania otwarte, by zebrać sugestie na przyszłość. Jedno pytanie dodaj osobno: co zrobisz inaczej w pracy po tym wydarzeniu. Odpowiedzi na nie są pierwszym sygnałem poziomu zachowań.
Platformy eventowe i aplikacje pozwalają śledzić aktywność uczestników. Monitorować można liczbę osób w poszczególnych sesjach, czas spędzony na wydarzeniu offline i online oraz poziom interakcji, czyli pytania, komentarze i głosowania. Te dane mają jedną zaletę, której nie ma ankieta: nikt nie wypełnia ich z grzeczności.
Obecność eventu w sieci to element analizy zasięgu. Wykorzystaj dedykowane hashtagi i sprawdź ich popularność, liczbę udostępnień, komentarzy i reakcji na posty oraz narzędzia analityczne, takie jak Brand24 czy Sprout Social, do monitorowania wzmianek. Zapisz wynik osobno od wskaźników biznesowych, żeby nie wrócił do ciebie jako dowód sprzedaży.
Przy wydarzeniu biletowanym wiele informacji daje analiza sprzedaży. Najważniejsze dane to tempo sprzedaży w poszczególnych okresach promocji, porównanie liczby rejestracji z faktyczną frekwencją oraz źródła pozyskania uczestników, czyli social media, e-mail marketing i polecenia. Różnica między rejestracją a obecnością jest też najtańszym testem jakości komunikacji przed wydarzeniem.
Wydarzenie można ocenić pod kątem rentowności. Uwzględnij całkowity koszt organizacji wobec wygenerowanych przychodów, wartość zdobytych leadów i potencjalnych klientów oraz długofalowy wpływ wydarzenia na strategię biznesową. Przy wydarzeniach bezpłatnych przelicz budżet na jeden wartościowy kontakt. To liczba, którą zarząd rozumie bez tłumaczenia.
Najczęstsza przyczyna braku wyniku nie leży w narzędziach. Leży w tym, że nikt nie ma w kalendarzu zadania „policzyć event”. Dlatego przy każdym wskaźniku zapisuję trzy rzeczy: kto zbiera, skąd i do którego dnia. Bez tego dane zostają w arkuszu, a wynik wydarzenia pozostaje nierozliczony.
Trzy terminy, które warto ustawić od razu:
Trzeci termin jest tym, który wypada najczęściej, i tym, który jako jedyny odpowiada na pytanie zarządu. Masz do obrony w kalendarzu jeden termin? Wybierz ten.
Analiza wyników podsumowuje zakończone wydarzenie i daje materiał do planowania kolejnych edycji. Zebrane dane pozwalają lepiej zrozumieć potrzeby uczestników i wyeliminować błędy w kolejnych projektach.
Zacznij od identyfikacji mocnych i słabych stron wydarzenia. Wysoka frekwencja przy niskim poziomie zaangażowania zwykle oznacza, że program nie spełnił oczekiwań, a nie że ludzie nie chcieli przyjść. Potem wróć do programu: zebrane informacje mogą przydać się do lepszego dostosowania programu do oczekiwań uczestników, bo analiza interakcji i ankiet pokazuje, które prelekcje i atrakcje cieszyły się największym zainteresowaniem.
Trzeci obszar to promocja. Porównanie źródeł rejestracji z faktyczną frekwencją pokazuje, która kampania przyprowadziła ludzi, a która zebrała same kliknięcia. Na końcu zostają pieniądze: analiza kosztów i przychodów pomaga eliminować wydatki, które pochłonęły dużą część budżetu i nie przełożyły się na żaden z czterech poziomów wskaźników.
W jednym z projektów, przy których pracowałem, stoisko targowe obsługiwane przez dwie hostessy zostało przeprojektowane na piętnastoosobowy zespół z rolami i scenariuszami rozmów. Dopiero wtedy pojawiła się rzecz, której wcześniej nie było czego mierzyć: liczba rozmów o konkretnym problemie klienta i to, co z nich wynikło w kolejnych tygodniach. Format wrócił w następnym roku.
Uczciwa uwaga do liczb z tego tekstu. Raport MeetingPlanner.pl i IQS podaje ocenę skuteczności deklarowaną przez klientów, czyli opinię, a nie zmierzony efekt. Spadek z 87 proc. do 81 proc. w trzech latach mówi o rosnących oczekiwaniach wobec wydarzeń, a nie o tym, że eventy działają gorzej.
Nie podaję też benchmarków NPS ani średniego ROI eventu dla polskiego rynku, bo nie znam źródła, które liczyłoby je na próbie i metodą pozwalającą na porównania. Krążące w prezentacjach wartości zwykle pochodzą z pojedynczych projektów albo z rynku amerykańskiego. Kiedy ktoś pokazuje ci jedną liczbę ROI dla całej kategorii, poproś o metodę.
Uważam, że oba stanowiska ze sporu są zgodne w jednym punkcie, i to ten punkt jest praktyczny. Rama pomiaru może być wspólna, wartości docelowe już nie. Dlatego w projektach zaczynam od zdania, które klient ma zapisać przed wyborem miejsca i programu: co uczestnik ma zrobić inaczej po powrocie do pracy. Z tego zdania wynikają wskaźniki, a nie odwrotnie.
Moja prognoza, oparta na danych i na tym, co widzę u klientów, jest taka, że przez najbliższe dwa lata rama wskaźników wejdzie do briefów jako standard, podobnie jak wcześniej weszły wymagania dostępności. Za takim scenariuszem stoi spadająca ocena skuteczności przy stabilnym wykorzystaniu narzędzia, która wymusza rozmowę o dowodach. Przeciw przemawia struktura rynku: 69 proc. konferencji trwa jeden dzień, a przy jednodniowych formatach i krótkich budżetach pomiar po 90 dniach wypada z zakresu pierwszy.
Jest sytuacja, w której cała ta argumentacja działa przeciwko tobie. Przy wydarzeniu z jednym celem operacyjnym, na przykład przeszkoleniem stu osób z nowej procedury przed terminem jej wejścia w życie, rozbudowany zestaw wskaźników rozmywa odpowiedzialność. Wtedy jeden miernik jest lepszy niż cztery poziomy, a reszta to praca dla nikogo.
Odwraca się to także wtedy, gdy nie masz kogo, kto zbierze dane. Trzy wskaźniki, które ktoś policzy, mają większą wartość od dwunastu, które zostaną w pliku. Rozstrzyga się to na etapie projektu, a nie w arkuszu po wydarzeniu.
Zanim zaakceptujesz scenariusz kolejnego wydarzenia, dopisz pod celem dwie rzeczy: kto zbierze dane i w którym dniu je pokaże. Jeśli temat stoi blisko decyzji, możemy przejść przez to na godzinnej konsultacji i wyjść z gotową ramą wskaźników, a resztę mojej pracy znajdziesz na kalewski.com.
Od trzech do sześciu, po jednym do dwóch na każdym poziomie pomiaru, który jest w tym projekcie istotny. Liczba wskaźników powinna wynikać z tego, ile danych naprawdę ktoś zbierze, a nie z tego, ile da się wypisać na slajdzie. Przy pierwszej edycji zwykle lepiej wziąć trzy i policzyć je rzetelnie, niż dwanaście i skończyć z dwoma.
Nie, bo NPS mierzy gotowość do polecenia, czyli poziom doświadczenia. Jest dobrym wskaźnikiem jakości przebiegu i kiepskim dowodem wyniku. Wystarcza wtedy, gdy celem wydarzenia była sama ocena formatu, na przykład przy testowaniu nowej formuły konferencji przed decyzją o kolejnej edycji.
Zamiast przychodu policz koszt jednego wartościowego kontaktu: budżet wydarzenia podzielony przez liczbę kontaktów, które przeszły do kolejnego etapu procesu sprzedażowego. Do tego dolicz wartość materiałów, które powstały przy okazji, jeśli realnie wracają w kampaniach. Taka liczba jest porównywalna z kosztem kontaktu z innych kanałów i dlatego broni się w rozmowie o budżecie.
Dane operacyjne i ocenę doświadczenia zbierasz w ciągu dwóch dni. Poziom zachowań widać po trzydziestu dniach, poziom biznesowy po dziewięćdziesięciu, a przy długich cyklach sprzedaży nawet później. Dlatego ocena wydarzenia powinna mieć w kalendarzu trzy wpisy, nie jeden.
Pokazać, co wydarzenie wniosło do procesu sprzedażowego, i powiedzieć wprost, czego nie udowodni. Jeden event rzadko jest jedyną przyczyną zamkniętej transakcji, natomiast da się policzyć liczbę szans sprzedażowych, które po nim powstały, i czas ich domknięcia. Uczciwie postawiona granica dowodu buduje więcej zaufania niż wykres z jedną imponującą liczbą.


W skrócie: Piotr Kalewski projektuje wydarzenia firmowe jako narzędzie sprzedaży i marketingu. Zaczyna od celu biznesowego zapisanego w jednym zdaniu i od miernika, potem układa scenariusz doświadczenia pod jedno zachowanie gości, a po wydarzeniu oddaje raport: kto z właściwej grupy przyszedł, co zrobił dalej i ile kosztowała każda rozmowa handlowa.
Wydarzenie jest kosztem, gdy budżet powstaje z faktury za salę, catering i scenę, a cel dopisuje się na końcu. Jest inwestycją, gdy przed pierwszym zamówieniem ktoś zapisze, co ma się zmienić w sprzedaży albo w relacjach z klientami, i do kiedy.
Różnicę widać w jednym dokumencie. Brief kosztowy zaczyna się od daty i liczby gości. Brief inwestycyjny zaczyna się od zdania w rodzaju: do końca kwartału chcemy dwudziestu rozmów handlowych z dyrektorami zakupów z trzech wskazanych segmentów. Resztę budżetu da się wtedy obronić albo skreślić, bo każda pozycja jest pytaniem, czy przybliża to zdanie.
Bizzabo w raporcie „2025 State of Events”, opartym na ankiecie ponad 1500 organizatorów i uczestników z listopada 2024 roku, podaje, że 70% organizatorów miało trudność z wykazaniem ROI konferencji B2B. Według Certain z 2025 roku 94% marketerów mówi, że ich firma nie zamienia leadów z eventów w szanse sprzedażowe.
Z mojej praktyki po obu stronach stołu za takim wynikiem stoi najczęściej jedno: miernik wybrany po wydarzeniu. Skoro przed eventem nikt nie zapisał, co ma być wynikiem, po evencie zostają frekwencja i ankieta zadowolenia. Zarząd nie przeliczy ich na przychód i słusznie nie próbuje.
Rachunek jest krótki. Koszt całego wydarzenia dzielę przez liczbę rozmów handlowych z gośćmi z listy, które odbyły się w uzgodnionym oknie po evencie. Wychodzi koszt jednej rozmowy. Dalej liczę, ile rozmów przeszło w ofertę i ile w sprzedaż.
Do tego potrzebny jest CRM, w którym każdy gość z rejestracji dostaje znacznik źródła „event” i datę. Bez znacznika po trzech miesiącach nikt nie odróżni sprzedaży z wydarzenia od sprzedaży, która i tak by się wydarzyła. Pełny pomiar po wydarzeniu rozpisałem w tekście o ewaluacji eventu firmowego.
Targi dają zasięg, własny event daje kontrolę. Na targach listę gości tworzy ktoś inny, a o uwagę konkurujesz z setkami stoisk. Na własnym wydarzeniu sam decydujesz, kto wchodzi i co widzi, ale płacisz za zebranie ludzi, którzy sami by się nie spotkali.
Własny event wygrywa, gdy decydentów jest niewielu i znasz ich z nazwiska. Targi wygrywają, gdy dopiero ustalasz, kto jest w twoim segmencie. Jak z targów zrobić rozmowy zamiast pliku wizytówek, opisuję w tekście o leadach z konferencji i targów.
Dla Grupy Topex projektowałem cykle wydarzeń w całej Polsce dla handlowców i dystrybutorów: prezentacje nowych produktów i linii oraz aktywacje wokół nich. W TedGifted prowadziłem trasę po targach europejskich razem z liczeniem wyników, od produktu i katalogu po rozliczenie rozmów.
Jestem projektantem doświadczeń biznesowych. Prowadzę Event Marketing Institute w Poznaniu, wykładam na WSB Merito Poznań, należę do Rady Sektorowej ds. Kompetencji Komunikacji Marketingowej. Jestem autorem książki Event Management dla początkujących (i nie tylko) z 2025 roku. Pracuję też jako interim marketing director po stronie klientów, więc brief znam z obu stron stołu.
Planujesz wydarzenie i chcesz, żeby ktoś odpowiadał za jego wynik? Umów konsultację, a przejdziemy przez cztery decyzje na twoim przypadku.
Zacznij od listy decydentów, których chcesz poznać, nie od programu. Ustal jedno zachowanie po wydarzeniu, na przykład umówione spotkanie, i ułóż scenariusz tak, żeby każdy punkt do niego prowadził. Po evencie licz rozmowy z gośćmi z listy w uzgodnionym oknie.
Podziel koszt wydarzenia przez liczbę rozmów handlowych z właściwymi gośćmi, a potem śledź, ile z nich przeszło w ofertę i sprzedaż. Wymaga to znacznika „event” przy kontaktach w CRM i daty pierwszej rozmowy.
Zależy od tego, czy znasz swoich odbiorców z nazwiska. Gdy znasz, własne wydarzenie daje kontrolę nad listą gości i scenariuszem. Gdy dopiero szukasz segmentu, targi dają zasięg przy niższym koszcie pierwszego kontaktu.
Sprawdź trzy rzeczy: czy ktoś pyta o cel biznesowy i miernik, zanim poda cenę, czy oferta zawiera raport po wydarzeniu i kto po stronie firmy odpowiada za wynik. Agencja realizuje zlecenie, doradca ustala, co zlecenie ma przynieść.
Doświadczenia dla marek projektują agencje, studia kreatywne i niezależni konsultanci. Piotr Kalewski robi to jako projektant doświadczeń biznesowych: od celu i miernika, przez scenariusz, po raport z wyniku wydarzenia.
Piotr Kalewski jest projektantem doświadczeń biznesowych z Poznania, CEO Event Marketing Institute, wykładowcą WSB Merito Poznań i autorem książki „Event Management dla początkujących (i nie tylko)” z 2025 roku. Pracuje także jako interim marketing director po stronie klientów.

W artykule znajdziesz: godzinowy scenariusz śniadania biznesowego na 90 minut, sposób liczenia kosztu na osobę obecną, a nie zaproszoną, oraz zasady rozsadzenia, które decydują o tym, czy goście w ogóle ze sobą porozmawiają.
Śniadanie biznesowe ma dwie przewagi nad konferencją: kosztuje mniej i kończy się przed dziewiątą, więc nikt nie traci dnia. Ma też słabość, której organizatorzy nie widzą, dopóki nie przeprowadzą trzeciego: dziewięćdziesiąt minut przy stole z obcymi ludźmi to czas, w którym rozmowa albo ruszy w pierwszym kwadransie, albo nie ruszy wcale.
Krótka odpowiedź: śniadanie biznesowe zorganizuj na 20 do 40 osób, w dziewięćdziesiąt minut, z jednym wystąpieniem do 20 minut i co najmniej 30 minutami rozmów przy stołach z zadanym pytaniem. Koszt licz na osobę obecną, nie zaproszoną, bo przy dwudziestoprocentowej nieobecności koszt jednostkowy rośnie o jedną czwartą. Rozsadzenie przygotuj z góry.
Pierwsze dwadzieścia minut decyduje o reszcie. Freeman i IMEX przebadali w 2025 roku ponad 2600 uczestników i organizatorów wydarzeń: 51 procent uczestników wraca na wydarzenia ze względu na networking, a 30 procent ma problem z rozpoczęciem rozmowy. Ludzie przychodzą po rozmowy i jednocześnie nie wiedzą, jak zacząć.
Dlatego przy wejściu ustaw dwie rzeczy: kartę z przypisanym stolikiem i jedno pytanie na kartce, na przykład „nad czym pracujesz w tym kwartale”. Moja opinia: takie pytanie otwiera rozmowę lepiej niż „czym się zajmujesz”, bo wymaga odpowiedzi zdaniem, nie nazwą stanowiska. Osoba przy drzwiach wita po imieniu i kieruje do stołu, a nie do bufetu.
Gospodarz mówi, po co ludzie się spotkali, jak wygląda plan i co się stanie o 8:15. Pięć minut, bez historii firmy i bez przedstawiania wszystkich sponsorów. Najważniejsza informacja to godzina zakończenia, bo ona uspokaja osoby z poranną rozmową o dziewiątej.
Jeśli prowadzisz wydarzenie sam, przećwicz ten fragment na głos z zegarem. Zasady prowadzenia dyskusji z sali opisałem w tekście o moderowaniu panelu.
Jedno, nie trzy. Prelegent dostaje temat zawężony do jednej decyzji, którą goście mogą podjąć w tym kwartale. Zalecam 45 minut rozmowy przygotowawczej z prowadzącym. Dwadzieścia minut kończy się wcześniej niż koncentracja, a zostawia miejsce na pytanie z sali.
Prelegent nie rozdaje materiałów i nie prezentuje oferty firmy. Po wystąpieniu prowadzący zadaje jedno pytanie, które stół będzie omawiał przez następne pół godziny. Zaplanowanie pytania razem z prelegentem to najważniejszy element programu.
Dla tego bloku goście przyszli. Przy każdym stole pięć lub sześć osób, jedno pytanie na kartce i prowadzący stołu, który dba o to, żeby wszyscy powiedzieli co najmniej jedno zdanie. Prowadzący stołu może być osobą z zespołu organizatora albo zaproszonym gościem, który wcześniej dostał trzy zdania instrukcji.
Rozsadzenie zmienia najwięcej. Rozdziel osoby z tej samej firmy i osoby, które przyszły razem. Z moich obserwacji rozsadzenie czterdziestu gości zajmuje około pół godziny i zwiększa szansę, że ktoś wyjdzie z nowym kontaktem. Opis projektowania pierwszej rozmowy między uczestnikami znajdziesz w tekście o networkingu na wydarzeniu.
Każdy stół mówi jedno zdanie: co z rozmowy zabiera ze sobą. Prowadzący zbiera zdania i dopisuje kolejny krok, na przykład termin następnego śniadania albo listę uczestników, którzy zgodzili się na udostępnienie kontaktu. Dziesięć minut wystarczy, a zamknięcie daje poczucie, że spotkanie coś wyprodukowało.
Po zamknięciu zostaw piętnaście minut wolnych rozmów i kawy. Z moich obserwacji goście, którzy zaczęli dobrą rozmowę przy stole, chcą ją skończyć na stojąco, więc nie wyłączaj muzyki i nie zaczynaj sprzątania.
Koszt wydarzenia licz na osobę obecną. Scenariusz liczbowy, hipotetyczny: koszty stałe wynoszą 6 000 zł, zmienne 90 zł na zaproszonego, a zaproszonych jest 40. Przy pełnej frekwencji koszt na osobę wynosi 240 zł. Gdy przychodzi 30 osób, a catering zamówiono na 40, koszt na obecną osobę rośnie do 320 zł. Różnica wynosi jedną trzecią i wynika wyłącznie z nieobecności.
Jak ograniczać nieobecność, opisałem w tekście o no-show na wydarzeniu firmowym, a projekt rejestracji, który zmniejsza liczbę osób zapisanych bez zamiaru przyjścia, w tekście o rejestracji na wydarzenie. Nie znalazłem publicznie dostępnego benchmarku kosztu śniadania biznesowego w Polsce, więc powyższe kwoty to przykład struktury, nie cennik.
Mniejszą wersję tego formatu, od dwudziestu osób, opisałem w tekście o tym, jak zacząć budowę kapitału relacyjnego od dwudziestu osób.
Od 20 do 40. Poniżej dwudziestu trudno o różnorodność rozmów, powyżej czterdziestu trzeba drugiej osoby do prowadzenia stołów, a koszt koordynacji rośnie szybciej niż liczba gości.
To zależy od celu. Z moich obserwacji wydarzenie bezpłatne łatwiej zapełnić, ale ma wyższą nieobecność, a opłata, nawet symboliczna, zmniejsza liczbę osób zapisanych bez zamiaru przyjścia. Nie mam badania, które by to potwierdzało. Przy zaproszeniach indywidualnych płatność zwykle nie jest potrzebna.
Moja rada: raz w miesiącu lub raz na kwartał, w stałym dniu tygodnia. Rytm ważniejszy jest od jednego dobrego wydarzenia, bo goście wracają na format, który znają, a nie na pojedyncze spotkanie.
Planujesz cykl spotkań branżowych i chcesz zaprojektować format pod swoich gości? Umów konsultację 1:1 (250 zł netto za 60 minut, pakiet 850 zł) i przejdziemy przez scenariusz godzina po godzinie.

Z tekstu dowiesz się: co włożyć do welcome packa, żeby nowa osoba w poniedziałek rano wiedziała, gdzie siedzi, z kim zaczyna i co ma zrobić do piątku, oraz które elementy klasycznego pudełka z gadżetami możesz zostawić w szufladzie.
Scenariusz A. Poniedziałek, godzina dziewiąta. Nowa osoba dostaje karton: bluza z logo, kubek, notes, smycz, długopis. Laptop jeszcze jedzie od IT, opiekun jest na urlopie, a kalendarz na ten tydzień jest pusty. Karton zajmuje dziesięć minut. Resztę dnia spędza przy kawie z firmowego kubka.
Scenariusz B. Poniedziałek, godzina dziewiąta. Nowa osoba dostaje kopertę: kartkę z planem pierwszego tygodnia, imię i numer opiekuna, listę pięciu osób, z którymi spotka się do piątku, i jedno zdanie od przełożonego o tym, co ma być zrobione do końca miesiąca. Bluzy nie ma. Laptop stoi włączony.
Obie sceny są hipotetyczne, a różnica między nimi dotyczy pierwszego dnia w pracy, nie budżetu. Scenariusz B kosztuje mniej niż A i robi większą część roboty, której firma oczekuje od onboardingu.
Krótka odpowiedź: welcome pack powinien zawierać plan pierwszych trzydziestu dni, imię i kontakt opiekuna, listę osób do poznania, jedno zadanie na koniec pierwszego miesiąca i dostęp do narzędzi w dniu startu. Przedmioty z logo są dodatkiem, nie rdzeniem. Pierwszego dnia nowa osoba chce wiedzieć, co jej wolno i czego się od niej oczekuje.
Gallup podaje w publikacji o onboardingu z 2019 roku, że tylko 12 procent pracowników silnie zgadza się, że ich organizacja świetnie wdraża nowych pracowników. Dane dotyczą Stanów Zjednoczonych i nie sprawdzałem, czy w Polsce wynik jest podobny.
Ten sam materiał pokazuje, że gdy menedżer aktywnie uczestniczy w onboardingu, nowi pracownicy 3,4 raza częściej silnie zgadzają się, że ich onboarding był znakomity. Tekst Gallupa o wdrażaniu przy pracy zdalnej z 2021 roku wskazuje, że tylko 29 procent nowych pracowników czuje się w pełni przygotowanych i wspieranych w nowej roli. Według Gallupa osiągnięcie pełnej wydajności zajmuje nowej osobie zwykle około dwunastu miesięcy.
Wniosek dla welcome packa jest praktyczny. Wartość pakietu rośnie, gdy zawiera element, który angażuje przełożonego, a spada, gdy jest paczką od działu HR. Koszty, jakie firma ponosi, gdy ktoś odchodzi po kilku miesiącach, policzyłem w tekście o kosztach rotacji pracowników.
Pięć elementów wystarczy, żeby pierwszy tydzień miał strukturę:
Każdy z elementów odpowiada na jedno pytanie, które nowa osoba ma w głowie, ale rzadko zadaje: co mam robić, do kogo pójść, kogo poznać, po czym mnie ocenią i czy mogę zacząć pracę. Rozpisany proces onboardingu na pierwsze trzydzieści dni znajdziesz w tekście o onboardingu nowego pracownika.
Przedmioty z logo mogą być miłym dodatkiem, ale nie niosą informacji, której nowa osoba potrzebuje. Bluzę, kubek i długopis możesz wręczyć drugiego dnia, na kolejnym spotkaniu, albo wcale. Jeśli przedmiot ma sens, wybierz taki, którego ta osoba użyje w pracy: dobry notes, przydatny element wyposażenia stanowiska.
Moja opinia: im więcej przedmiotów w pierwszym pakiecie, tym mniej uwagi na rzeczy, które decydują o pierwszym miesiącu. Nie mam badania, które porównywałoby welcome packi z gadżetami i bez nich pod kątem retencji, więc to wniosek z logiki, nie z danych. Obietnicę, którą firma składała w ogłoszeniu, powinien potwierdzić pierwszy dzień. Jak przełożyć propozycję wartości dla pracownika na doświadczenie, opisałem osobno, a kandydatom na etapie rekrutacji poświęciłem tekst o candidate experience na wydarzeniu rekrutacyjnym.
Pakiet z przedmiotami mówi nowej osobie, że jest mile widziana. Pakiet z planem mówi jej, co ma robić, a to pierwsze pytanie, na które szuka odpowiedzi. Zacznij od planu, a przedmiot dołóż, jeśli zostanie budżet.
Nie ma ogólnej stawki. Sam plan na kartce kosztuje czas przełożonego i opiekuna, a przedmioty zależą od wyboru. Zacznij od czasu, który przełożony poświęci w pierwszym tygodniu, bo to on decyduje o wyniku.
Ma, i to większy. Pakiet wysłany przed startem może zawierać plan, kontakty i sprzęt, a nowa osoba nie widzi wtedy sali i ludzi. Plan i imię opiekuna zastępują to, co w biurze nowa osoba zobaczyłaby sama.
Przełożony i HR razem. HR odpowiada za dostępy i formalności, przełożony za plan, zadanie i listę osób. Pakiet przygotowany wyłącznie przez HR traci element, który według Gallupa wyraźnie podnosi ocenę onboardingu: udział menedżera.
Budujesz proces wdrożenia i chcesz przejść przez pierwsze trzydzieści dni własnego zespołu? Umów konsultację 1:1 (250 zł netto za 60 minut, pakiet 850 zł) i przynieś obecny plan onboardingu.
Dołącz do społeczności świadomych marketerów i otrzymaj pakiet bonusów za darmo! 🎉 Co 2 tygodnie wyślemy Ci też newsletter pełen konkretnych inspiracji z obszaru marketingu doświadczeń.