Event Marketing Institute Sp. z o.o.
Iwonicka 3, 60-473 Poznań
NIP 7812066079
REGON 527890052
KRS 0001090243
REGON 527890052
KRS 0001090243
© 2024 Kalewski copy
Nowe logo. Nowa paleta. Księga znaku na sto stron, prezentacja dla zarządu, post na LinkedInie o „nowym rozdziale”. Sześć miesięcy później sprzedaż wygląda tak samo, rekrutacja idzie tak samo ciężko, a klienci opisują Was dokładnie tymi samymi słowami co przed zmianą.
Zwykle słyszę wtedy, że rebranding był nietrafiony. Z mojego doświadczenia rzadko o to chodzi. Wymieniono warstwę, która była najłatwiejsza do wymiany, a tę, która decyduje o marce, zostawiono w spokoju.
Z tego artykułu dowiesz się:
Bo logo da się skończyć. Ma datę oddania, plik do zatwierdzenia i widoczny efekt, który można pokazać na zarządzie. Zmiana sposobu, w jaki firma odbiera telefon, nie ma żadnej z tych cech.
Do tego dochodzi wygodne przekonanie, że skoro wygląda inaczej, to jest inaczej. Tymczasem klient nie ocenia marki po spójności kolorów w stopce maila. Ocenia ją po tym, ile czekał na odpowiedź, czy dostał to, co obiecano, i czy ktoś przyznał się do błędu, gdy coś poszło nie tak.
Marty Neumeier ujął to w książce „The Brand Gap” (2003) jednym zdaniem: „A brand is not what you say it is. It's what they say it is”. Marka jest tym, co mówią o Was inni, a nie tym, co o sobie mówicie. Rebranding zmienia zwykle tę drugą część. Pierwsza zmienia się dopiero wtedy, gdy ludzie doświadczą czegoś innego niż wcześniej.
Jest jeszcze jeden powód, o którym w projektach rebrandingowych mówi się najrzadziej. Załoga często sama nie wie, co firma obiecuje. Gallup w badaniu opisanym w Gallup Business Journal (2012) sprawdził, ilu pracowników zdecydowanie zgadza się ze zdaniem, że wiedzą, za czym stoi ich firma i czym jej marka różni się od konkurencji. Odpowiedziało tak czterdzieści jeden procent badanych. Wśród członków zarządów było to sześćdziesiąt procent, wśród szeregowych pracowników trzydzieści siedem. Im dalej od gabinetu, tym mniej marki. A klient rozmawia właśnie z tymi najdalej.
Identyfikacja wizualna jest opakowaniem obietnicy. Gdy obietnica się nie zmieniła, zmieniło się opakowanie. I tyle.
Rebranding, po którym pracownicy pracują tak samo, jest kosztem graficznym. Zmianą marki staje się dopiero wtedy, gdy zmienia się to, czego doświadcza druga strona.
Trzy rzeczy, wszystkie trudniejsze niż projekt graficzny.
Dane potwierdzają, że trzeci punkt waży najwięcej. PwC w raporcie „Experience is everything: Here's how to get it right” (2018), opartym na ankiecie wśród piętnastu tysięcy osób z dwunastu krajów, podaje, że siedemdziesiąt trzy procent badanych wskazuje doświadczenie z marką jako ważny czynnik decyzji zakupowej. Jedna trzecia, dokładnie trzydzieści dwa procent, deklaruje, że odejdzie od marki, którą lubi, po jednym złym doświadczeniu. W Stanach Zjednoczonych po kilku złych doświadczeniach odchodzi pięćdziesiąt dziewięć procent.
Przełóż to na rebranding. Klient, który po premierze nowej marki dostał tę samą spóźnioną ofertę co wcześniej, właśnie zaliczył złe doświadczenie z nową marką. Logo nie miało szansy nic zmienić, bo ocena zapadła w miejscu, którego rebranding nie dotknął.
Kolejność ma znaczenie. Nowa identyfikacja nałożona na stare zachowania powiększa lukę między tym, co mówicie, a tym, czego ludzie doświadczają. Ta luka jest bardziej szkodliwa niż przestarzałe logo, bo stare logo nikogo nie okłamuje.
Robiłem kiedyś premierę produktu bez ani jednego slajdu. Zamiast prezentacji uczestnicy dostali role, budżet i zadanie rozwoju własnego produktu, więc przez kilka godzin sami sprawdzali, gdzie nowa obietnica marki trzyma, a gdzie pęka. Wyszli z tego z argumentami, których żadna prezentacja by im nie dała, bo doszli do nich sami. Przy rebrandingu działa to identycznie: załoga, która przełożyła nową markę na własne sytuacje, broni jej później przed klientem.
Pracownicy dowiadujący się o nowej marce z posta na LinkedInie to najczęstszy błąd wdrożeniowy. Są największym kanałem komunikacji marki i jednocześnie jedynym, którego nikt nie pyta o zdanie. Zacznij od nich, na kilka tygodni przed premierą. Zamiast prezentacji z nowym logo pokaż im odpowiedź na pytanie, co zmienia się w ich pracy: co teraz obiecujemy klientom, czego przestajemy robić, jak rozmawiamy o cenie, co robimy, gdy klient jest niezadowolony.
Kolejność, którą rekomenduję, ma pięć ruchów. Liczba tygodni zależy od wielkości firmy, kolejność nie.
Sprawdź po drodze, czy da się tę obietnicę wypowiedzieć własnymi słowami. Gdy pięć osób z różnych działów opisze markę pięcioma różnymi zdaniami, komunikacja zewnętrzna i tak tego nie posklei. Ten sam mechanizm opisałem przy okazji tekstu o wdrażaniu wartości w firmie. Wartości i marka rozbijają się dokładnie w tym samym miejscu.
Osobny wątek to obietnica składana kandydatom. Gdy rebranding zmienia sposób mówienia o firmie na rynku pracy, musi za tym pójść realne doświadczenie kandydata i pracownika, o czym więcej w tekście o tym, jak zamienić EVP w doświadczenie.
Badanie rozpoznawalności logo powie Wam, czy ludzie widzieli nowy znak. O tym, czy marka się zmieniła, mówią cztery pytania, które można zadać w każdej firmie bez budżetu na badania:
Gdy odpowiedzi są takie same jak rok wcześniej, rebranding nie dotarł dalej niż do materiałów firmowych.
Uczciwa nota o danych. Chętnie napisałbym, jaki odsetek rebrandingów w Polsce nie przynosi zmiany w wynikach. Nie znam badania, które mierzyłoby to rzetelnie, a liczby krążące po prezentacjach agencji zwykle nie mają podanego źródła. Dlatego w tym tekście opieram się na danych o doświadczeniu klienta i o wiedzy pracowników o marce, a to, co piszę o samych rebrandingach, jest obserwacją z projektów, przy których pracowałem po stronie agencji i po stronie klienta.
Wtedy, gdy zmieniła się rzeczywistość, a marka za nią nie nadążyła. Zmieniliście grupę klientów, weszliście w nowy segment, połączyliście się z inną firmą, wyszliście poza pierwotną kategorię albo nazwa zaczęła Was ograniczać.
Nie jest potrzebny wtedy, gdy spadła sprzedaż, a nikt nie wie dlaczego. To najdroższy sposób odwlekania rozmowy o produkcie, cenie i procesie sprzedaży.
Prosty test przed decyzją: wypisz trzy problemy, które rebranding ma rozwiązać. Gdy którykolwiek z nich da się rozwiązać zmianą oferty, procesu albo obsługi, zacznij od tego. Nowa identyfikacja będzie wtedy podsumowaniem zmiany, a nie jej substytutem.
Gdy zmiana marki ma zostać ogłoszona wydarzeniem, zaprojektuj je tak, żeby uczestnik przeżył nową obietnicę, a nie obejrzał slajd z logo. O tym jest tekst o event brandingu.
Widać to wcześnie, zwykle jeszcze przed premierą. Cztery objawy powtarzają się w projektach, które kończą się rozczarowaniem.
Każdy z tych objawów da się jeszcze cofnąć, dopóki logo nie wisi na budynku. Po premierze koszt poprawki rośnie, bo poprawiacie już markę, którą rynek zdążył ocenić.
Rebranding ogłoszony mailem i prezentacją na spotkaniu kwartalnym zostaje w kategorii komunikatu. Pracownik dowiaduje się, że firma ma nowe logo, i wraca do pracy. Marka zmienia się w jego głowie dopiero wtedy, gdy czegoś doświadczy: zobaczy, jak nowa obietnica działa w praktyce, albo weźmie udział w czymś, co bez tej zmiany by się nie wydarzyło.
Dlatego dzień premiery nowej marki wewnątrz firmy zaprojektuj jak wydarzenie, w którym załoga ma rolę, a nie miejsce na widowni. Zespół, który sam przełożył nową obietnicę na swoje codzienne sytuacje, wychodzi z takiego dnia z gotowymi odpowiedziami dla klientów. Ten, który obejrzał czterdzieści slajdów, wychodzi z ulotką.
Wróć do liczby Gallupa: sześćdziesiąt procent zarządu i trzydzieści siedem procent szeregowych pracowników wie, za czym stoi firma. Wydarzenie wewnętrzne jest jedynym formatem, w którym te dwie grupy pracują nad tą samą obietnicą w tym samym czasie i w tym samym pomieszczeniu. Prezentacja tej luki nie zamknie, bo w prezentacji mówi ta grupa, która i tak wiedziała.
Moja prognoza, oparta na danych i na tym, co widzę u klientów: warstwa wizualna będzie taniała i przyspieszała, a warstwa doświadczenia stanie się jedyną, na której da się zbudować różnicę.
Argument za: narzędzia do projektowania identyfikacji są dziś tańsze i szybsze niż jeszcze kilka lat temu, więc „ładne logo” przestaje być przewagą. Zostaje to, czego nie da się wygenerować w tydzień, czyli zachowanie ludzi w punktach styku. Dane PwC o jednej trzeciej klientów odchodzących po jednym złym doświadczeniu pokazują, gdzie ta różnica jest najbardziej odczuwalna.
Argument przeciw: rebranding wizualny nadal daje zarządowi coś, co da się pokazać w raporcie rocznym, a wdrożenie w zachowaniach nie ma tak ładnego zdjęcia. Dopóki firmy będą rozliczać marketing z premiery, a nie z tego, co dzieje się kwartał po niej, logo będzie wygrywać z procesem. Nie zakładam, że ta praktyka zniknie. Zakładam, że firmy, które ją utrzymają, będą coraz łatwiej rozpoznawalne po tym, że nic się u nich nie zmienia.
Rebranding zmienia markę tylko wtedy, gdy zmienia obietnicę i zachowania, które za nią stoją. Reszta jest projektem graficznym. Czasem potrzebnym, rzadko wystarczającym.
Warstwa wizualna to zwykle kilka miesięcy. Wdrożenie w zachowaniach i punktach styku trwa od kilku kwartałów w górę, bo dotyczy sposobu pracy ludzi. Firmy, które ogłaszają koniec rebrandingu w dniu premiery logo, mylą start z metą.
Rzadko. Nazwę zmienia się, gdy ogranicza (mówi o kategorii, z której wyszliście), gdy jest obciążona reputacyjnie albo gdy wymusza to fuzja. W pozostałych przypadkach koszt utraty rozpoznawalności zwykle przewyższa korzyść.
Zacznij od obietnicy i od dwóch, trzech punktów styku, które klient przechodzi najczęściej. Poprawiony proces ofertowy zmienia markę mocniej niż nowa paleta kolorów, a kosztuje wyłącznie czas.
Pokaż lukę: zestaw to, co firma o sobie mówi, z tym, co mówią klienci w ankietach, opiniach i rozmowach handlowych. Dołóż dane PwC z 2018 roku o 32% klientów odchodzących po jednym złym doświadczeniu. Ta różnica jest argumentem, którego nie da się podważyć slajdem.
Pomoże przyciągnąć uwagę, ale nie zatrzyma ludzi. Gdy doświadczenie pracownika nie zmienia się razem z komunikacją, nowa marka pracodawcy skróci tylko czas do rozczarowania.
Osoba z realnym mandatem decyzyjnym, a nie zespół projektowy bez sprawczości. Rebranding dotyka oferty, sprzedaży i obsługi, więc bez kogoś, kto może zmieniać procesy, kończy się na tym, na czym może. Na grafice.
Powiedz, co się zmienia dla odbiorcy, a nie co się zmienia u Was. Komunikat „mamy nowe logo” nie interesuje nikogo poza firmą, a „od teraz robimy X inaczej, oto co to dla Ciebie znaczy” już tak.


W skrócie: Piotr Kalewski projektuje wydarzenia firmowe jako narzędzie sprzedaży i marketingu. Zaczyna od celu biznesowego zapisanego w jednym zdaniu i od miernika, potem układa scenariusz doświadczenia pod jedno zachowanie gości, a po wydarzeniu oddaje raport: kto z właściwej grupy przyszedł, co zrobił dalej i ile kosztowała każda rozmowa handlowa.
Wydarzenie jest kosztem, gdy budżet powstaje z faktury za salę, catering i scenę, a cel dopisuje się na końcu. Jest inwestycją, gdy przed pierwszym zamówieniem ktoś zapisze, co ma się zmienić w sprzedaży albo w relacjach z klientami, i do kiedy.
Różnicę widać w jednym dokumencie. Brief kosztowy zaczyna się od daty i liczby gości. Brief inwestycyjny zaczyna się od zdania w rodzaju: do końca kwartału chcemy dwudziestu rozmów handlowych z dyrektorami zakupów z trzech wskazanych segmentów. Resztę budżetu da się wtedy obronić albo skreślić, bo każda pozycja jest pytaniem, czy przybliża to zdanie.
Bizzabo w raporcie „2025 State of Events”, opartym na ankiecie ponad 1500 organizatorów i uczestników z listopada 2024 roku, podaje, że 70% organizatorów miało trudność z wykazaniem ROI konferencji B2B. Według Certain z 2025 roku 94% marketerów mówi, że ich firma nie zamienia leadów z eventów w szanse sprzedażowe.
Z mojej praktyki po obu stronach stołu za takim wynikiem stoi najczęściej jedno: miernik wybrany po wydarzeniu. Skoro przed eventem nikt nie zapisał, co ma być wynikiem, po evencie zostają frekwencja i ankieta zadowolenia. Zarząd nie przeliczy ich na przychód i słusznie nie próbuje.
Rachunek jest krótki. Koszt całego wydarzenia dzielę przez liczbę rozmów handlowych z gośćmi z listy, które odbyły się w uzgodnionym oknie po evencie. Wychodzi koszt jednej rozmowy. Dalej liczę, ile rozmów przeszło w ofertę i ile w sprzedaż.
Do tego potrzebny jest CRM, w którym każdy gość z rejestracji dostaje znacznik źródła „event” i datę. Bez znacznika po trzech miesiącach nikt nie odróżni sprzedaży z wydarzenia od sprzedaży, która i tak by się wydarzyła. Pełny pomiar po wydarzeniu rozpisałem w tekście o ewaluacji eventu firmowego.
Targi dają zasięg, własny event daje kontrolę. Na targach listę gości tworzy ktoś inny, a o uwagę konkurujesz z setkami stoisk. Na własnym wydarzeniu sam decydujesz, kto wchodzi i co widzi, ale płacisz za zebranie ludzi, którzy sami by się nie spotkali.
Własny event wygrywa, gdy decydentów jest niewielu i znasz ich z nazwiska. Targi wygrywają, gdy dopiero ustalasz, kto jest w twoim segmencie. Jak z targów zrobić rozmowy zamiast pliku wizytówek, opisuję w tekście o leadach z konferencji i targów.
Dla Grupy Topex projektowałem cykle wydarzeń w całej Polsce dla handlowców i dystrybutorów: prezentacje nowych produktów i linii oraz aktywacje wokół nich. W TedGifted prowadziłem trasę po targach europejskich razem z liczeniem wyników, od produktu i katalogu po rozliczenie rozmów.
Jestem projektantem doświadczeń biznesowych. Prowadzę Event Marketing Institute w Poznaniu, wykładam na WSB Merito Poznań, należę do Rady Sektorowej ds. Kompetencji Komunikacji Marketingowej. Jestem autorem książki Event Management dla początkujących (i nie tylko) z 2025 roku. Pracuję też jako interim marketing director po stronie klientów, więc brief znam z obu stron stołu.
Planujesz wydarzenie i chcesz, żeby ktoś odpowiadał za jego wynik? Umów konsultację, a przejdziemy przez cztery decyzje na twoim przypadku.
Zacznij od listy decydentów, których chcesz poznać, nie od programu. Ustal jedno zachowanie po wydarzeniu, na przykład umówione spotkanie, i ułóż scenariusz tak, żeby każdy punkt do niego prowadził. Po evencie licz rozmowy z gośćmi z listy w uzgodnionym oknie.
Podziel koszt wydarzenia przez liczbę rozmów handlowych z właściwymi gośćmi, a potem śledź, ile z nich przeszło w ofertę i sprzedaż. Wymaga to znacznika „event” przy kontaktach w CRM i daty pierwszej rozmowy.
Zależy od tego, czy znasz swoich odbiorców z nazwiska. Gdy znasz, własne wydarzenie daje kontrolę nad listą gości i scenariuszem. Gdy dopiero szukasz segmentu, targi dają zasięg przy niższym koszcie pierwszego kontaktu.
Sprawdź trzy rzeczy: czy ktoś pyta o cel biznesowy i miernik, zanim poda cenę, czy oferta zawiera raport po wydarzeniu i kto po stronie firmy odpowiada za wynik. Agencja realizuje zlecenie, doradca ustala, co zlecenie ma przynieść.
Doświadczenia dla marek projektują agencje, studia kreatywne i niezależni konsultanci. Piotr Kalewski robi to jako projektant doświadczeń biznesowych: od celu i miernika, przez scenariusz, po raport z wyniku wydarzenia.
Piotr Kalewski jest projektantem doświadczeń biznesowych z Poznania, CEO Event Marketing Institute, wykładowcą WSB Merito Poznań i autorem książki „Event Management dla początkujących (i nie tylko)” z 2025 roku. Pracuje także jako interim marketing director po stronie klientów.

W artykule znajdziesz: godzinowy scenariusz śniadania biznesowego na 90 minut, sposób liczenia kosztu na osobę obecną, a nie zaproszoną, oraz zasady rozsadzenia, które decydują o tym, czy goście w ogóle ze sobą porozmawiają.
Śniadanie biznesowe ma dwie przewagi nad konferencją: kosztuje mniej i kończy się przed dziewiątą, więc nikt nie traci dnia. Ma też słabość, której organizatorzy nie widzą, dopóki nie przeprowadzą trzeciego: dziewięćdziesiąt minut przy stole z obcymi ludźmi to czas, w którym rozmowa albo ruszy w pierwszym kwadransie, albo nie ruszy wcale.
Krótka odpowiedź: śniadanie biznesowe zorganizuj na 20 do 40 osób, w dziewięćdziesiąt minut, z jednym wystąpieniem do 20 minut i co najmniej 30 minutami rozmów przy stołach z zadanym pytaniem. Koszt licz na osobę obecną, nie zaproszoną, bo przy dwudziestoprocentowej nieobecności koszt jednostkowy rośnie o jedną czwartą. Rozsadzenie przygotuj z góry.
Pierwsze dwadzieścia minut decyduje o reszcie. Freeman i IMEX przebadali w 2025 roku ponad 2600 uczestników i organizatorów wydarzeń: 51 procent uczestników wraca na wydarzenia ze względu na networking, a 30 procent ma problem z rozpoczęciem rozmowy. Ludzie przychodzą po rozmowy i jednocześnie nie wiedzą, jak zacząć.
Dlatego przy wejściu ustaw dwie rzeczy: kartę z przypisanym stolikiem i jedno pytanie na kartce, na przykład „nad czym pracujesz w tym kwartale”. Moja opinia: takie pytanie otwiera rozmowę lepiej niż „czym się zajmujesz”, bo wymaga odpowiedzi zdaniem, nie nazwą stanowiska. Osoba przy drzwiach wita po imieniu i kieruje do stołu, a nie do bufetu.
Gospodarz mówi, po co ludzie się spotkali, jak wygląda plan i co się stanie o 8:15. Pięć minut, bez historii firmy i bez przedstawiania wszystkich sponsorów. Najważniejsza informacja to godzina zakończenia, bo ona uspokaja osoby z poranną rozmową o dziewiątej.
Jeśli prowadzisz wydarzenie sam, przećwicz ten fragment na głos z zegarem. Zasady prowadzenia dyskusji z sali opisałem w tekście o moderowaniu panelu.
Jedno, nie trzy. Prelegent dostaje temat zawężony do jednej decyzji, którą goście mogą podjąć w tym kwartale. Zalecam 45 minut rozmowy przygotowawczej z prowadzącym. Dwadzieścia minut kończy się wcześniej niż koncentracja, a zostawia miejsce na pytanie z sali.
Prelegent nie rozdaje materiałów i nie prezentuje oferty firmy. Po wystąpieniu prowadzący zadaje jedno pytanie, które stół będzie omawiał przez następne pół godziny. Zaplanowanie pytania razem z prelegentem to najważniejszy element programu.
Dla tego bloku goście przyszli. Przy każdym stole pięć lub sześć osób, jedno pytanie na kartce i prowadzący stołu, który dba o to, żeby wszyscy powiedzieli co najmniej jedno zdanie. Prowadzący stołu może być osobą z zespołu organizatora albo zaproszonym gościem, który wcześniej dostał trzy zdania instrukcji.
Rozsadzenie zmienia najwięcej. Rozdziel osoby z tej samej firmy i osoby, które przyszły razem. Z moich obserwacji rozsadzenie czterdziestu gości zajmuje około pół godziny i zwiększa szansę, że ktoś wyjdzie z nowym kontaktem. Opis projektowania pierwszej rozmowy między uczestnikami znajdziesz w tekście o networkingu na wydarzeniu.
Każdy stół mówi jedno zdanie: co z rozmowy zabiera ze sobą. Prowadzący zbiera zdania i dopisuje kolejny krok, na przykład termin następnego śniadania albo listę uczestników, którzy zgodzili się na udostępnienie kontaktu. Dziesięć minut wystarczy, a zamknięcie daje poczucie, że spotkanie coś wyprodukowało.
Po zamknięciu zostaw piętnaście minut wolnych rozmów i kawy. Z moich obserwacji goście, którzy zaczęli dobrą rozmowę przy stole, chcą ją skończyć na stojąco, więc nie wyłączaj muzyki i nie zaczynaj sprzątania.
Koszt wydarzenia licz na osobę obecną. Scenariusz liczbowy, hipotetyczny: koszty stałe wynoszą 6 000 zł, zmienne 90 zł na zaproszonego, a zaproszonych jest 40. Przy pełnej frekwencji koszt na osobę wynosi 240 zł. Gdy przychodzi 30 osób, a catering zamówiono na 40, koszt na obecną osobę rośnie do 320 zł. Różnica wynosi jedną trzecią i wynika wyłącznie z nieobecności.
Jak ograniczać nieobecność, opisałem w tekście o no-show na wydarzeniu firmowym, a projekt rejestracji, który zmniejsza liczbę osób zapisanych bez zamiaru przyjścia, w tekście o rejestracji na wydarzenie. Nie znalazłem publicznie dostępnego benchmarku kosztu śniadania biznesowego w Polsce, więc powyższe kwoty to przykład struktury, nie cennik.
Mniejszą wersję tego formatu, od dwudziestu osób, opisałem w tekście o tym, jak zacząć budowę kapitału relacyjnego od dwudziestu osób.
Od 20 do 40. Poniżej dwudziestu trudno o różnorodność rozmów, powyżej czterdziestu trzeba drugiej osoby do prowadzenia stołów, a koszt koordynacji rośnie szybciej niż liczba gości.
To zależy od celu. Z moich obserwacji wydarzenie bezpłatne łatwiej zapełnić, ale ma wyższą nieobecność, a opłata, nawet symboliczna, zmniejsza liczbę osób zapisanych bez zamiaru przyjścia. Nie mam badania, które by to potwierdzało. Przy zaproszeniach indywidualnych płatność zwykle nie jest potrzebna.
Moja rada: raz w miesiącu lub raz na kwartał, w stałym dniu tygodnia. Rytm ważniejszy jest od jednego dobrego wydarzenia, bo goście wracają na format, który znają, a nie na pojedyncze spotkanie.
Planujesz cykl spotkań branżowych i chcesz zaprojektować format pod swoich gości? Umów konsultację 1:1 (250 zł netto za 60 minut, pakiet 850 zł) i przejdziemy przez scenariusz godzina po godzinie.

Z tekstu dowiesz się: co włożyć do welcome packa, żeby nowa osoba w poniedziałek rano wiedziała, gdzie siedzi, z kim zaczyna i co ma zrobić do piątku, oraz które elementy klasycznego pudełka z gadżetami możesz zostawić w szufladzie.
Scenariusz A. Poniedziałek, godzina dziewiąta. Nowa osoba dostaje karton: bluza z logo, kubek, notes, smycz, długopis. Laptop jeszcze jedzie od IT, opiekun jest na urlopie, a kalendarz na ten tydzień jest pusty. Karton zajmuje dziesięć minut. Resztę dnia spędza przy kawie z firmowego kubka.
Scenariusz B. Poniedziałek, godzina dziewiąta. Nowa osoba dostaje kopertę: kartkę z planem pierwszego tygodnia, imię i numer opiekuna, listę pięciu osób, z którymi spotka się do piątku, i jedno zdanie od przełożonego o tym, co ma być zrobione do końca miesiąca. Bluzy nie ma. Laptop stoi włączony.
Obie sceny są hipotetyczne, a różnica między nimi dotyczy pierwszego dnia w pracy, nie budżetu. Scenariusz B kosztuje mniej niż A i robi większą część roboty, której firma oczekuje od onboardingu.
Krótka odpowiedź: welcome pack powinien zawierać plan pierwszych trzydziestu dni, imię i kontakt opiekuna, listę osób do poznania, jedno zadanie na koniec pierwszego miesiąca i dostęp do narzędzi w dniu startu. Przedmioty z logo są dodatkiem, nie rdzeniem. Pierwszego dnia nowa osoba chce wiedzieć, co jej wolno i czego się od niej oczekuje.
Gallup podaje w publikacji o onboardingu z 2019 roku, że tylko 12 procent pracowników silnie zgadza się, że ich organizacja świetnie wdraża nowych pracowników. Dane dotyczą Stanów Zjednoczonych i nie sprawdzałem, czy w Polsce wynik jest podobny.
Ten sam materiał pokazuje, że gdy menedżer aktywnie uczestniczy w onboardingu, nowi pracownicy 3,4 raza częściej silnie zgadzają się, że ich onboarding był znakomity. Tekst Gallupa o wdrażaniu przy pracy zdalnej z 2021 roku wskazuje, że tylko 29 procent nowych pracowników czuje się w pełni przygotowanych i wspieranych w nowej roli. Według Gallupa osiągnięcie pełnej wydajności zajmuje nowej osobie zwykle około dwunastu miesięcy.
Wniosek dla welcome packa jest praktyczny. Wartość pakietu rośnie, gdy zawiera element, który angażuje przełożonego, a spada, gdy jest paczką od działu HR. Koszty, jakie firma ponosi, gdy ktoś odchodzi po kilku miesiącach, policzyłem w tekście o kosztach rotacji pracowników.
Pięć elementów wystarczy, żeby pierwszy tydzień miał strukturę:
Każdy z elementów odpowiada na jedno pytanie, które nowa osoba ma w głowie, ale rzadko zadaje: co mam robić, do kogo pójść, kogo poznać, po czym mnie ocenią i czy mogę zacząć pracę. Rozpisany proces onboardingu na pierwsze trzydzieści dni znajdziesz w tekście o onboardingu nowego pracownika.
Przedmioty z logo mogą być miłym dodatkiem, ale nie niosą informacji, której nowa osoba potrzebuje. Bluzę, kubek i długopis możesz wręczyć drugiego dnia, na kolejnym spotkaniu, albo wcale. Jeśli przedmiot ma sens, wybierz taki, którego ta osoba użyje w pracy: dobry notes, przydatny element wyposażenia stanowiska.
Moja opinia: im więcej przedmiotów w pierwszym pakiecie, tym mniej uwagi na rzeczy, które decydują o pierwszym miesiącu. Nie mam badania, które porównywałoby welcome packi z gadżetami i bez nich pod kątem retencji, więc to wniosek z logiki, nie z danych. Obietnicę, którą firma składała w ogłoszeniu, powinien potwierdzić pierwszy dzień. Jak przełożyć propozycję wartości dla pracownika na doświadczenie, opisałem osobno, a kandydatom na etapie rekrutacji poświęciłem tekst o candidate experience na wydarzeniu rekrutacyjnym.
Pakiet z przedmiotami mówi nowej osobie, że jest mile widziana. Pakiet z planem mówi jej, co ma robić, a to pierwsze pytanie, na które szuka odpowiedzi. Zacznij od planu, a przedmiot dołóż, jeśli zostanie budżet.
Nie ma ogólnej stawki. Sam plan na kartce kosztuje czas przełożonego i opiekuna, a przedmioty zależą od wyboru. Zacznij od czasu, który przełożony poświęci w pierwszym tygodniu, bo to on decyduje o wyniku.
Ma, i to większy. Pakiet wysłany przed startem może zawierać plan, kontakty i sprzęt, a nowa osoba nie widzi wtedy sali i ludzi. Plan i imię opiekuna zastępują to, co w biurze nowa osoba zobaczyłaby sama.
Przełożony i HR razem. HR odpowiada za dostępy i formalności, przełożony za plan, zadanie i listę osób. Pakiet przygotowany wyłącznie przez HR traci element, który według Gallupa wyraźnie podnosi ocenę onboardingu: udział menedżera.
Budujesz proces wdrożenia i chcesz przejść przez pierwsze trzydzieści dni własnego zespołu? Umów konsultację 1:1 (250 zł netto za 60 minut, pakiet 850 zł) i przynieś obecny plan onboardingu.
Dołącz do społeczności świadomych marketerów i otrzymaj pakiet bonusów za darmo! 🎉 Co 2 tygodnie wyślemy Ci też newsletter pełen konkretnych inspiracji z obszaru marketingu doświadczeń.