Event Marketing Institute Sp. z o.o.
Iwonicka 3, 60-473 Poznań
NIP 7812066079
REGON 527890052
KRS 0001090243
REGON 527890052
KRS 0001090243
© 2024 Kalewski copy
Z tego artykułu dowiesz się: czym prelegent różni się od keynote speakera, mówcy motywacyjnego i konferansjera, dlaczego pomylenie tych czterech ról kosztuje więcej niż samo honorarium, skąd biorą się krążące po rynku widełki stawek i czemu nie da się ich niczym podeprzeć, o co toczy się w Polsce spór o płacenie prelegentom, po czym poznać kogoś, kto naprawdę przygotuje się do waszej sali, i co policzyć po wystąpieniu.
W skrócie: Prelegent to osoba, która przekazuje treść merytoryczną, zwykle w bloku od dwudziestu do czterdziestu minut. Nie prowadzi wydarzenia, nie zapowiada punktów programu i nie odpowiada za nastrój sali. Rynek myli te zadania z trzema innymi rolami, a potem dziwi się, że wystąpienie nie zadziałało. Stawki są jawną niewiadomą: żadne polskie badanie ich nie mierzy.
Telefon do organizatora konferencji: „Potrzebujemy prelegenta na otwarcie, kogoś, kto rozrusza salę i poprowadzi cały dzień". W jednym zdaniu trzy różne zlecenia, każde dla innej osoby, każde w innej cenie.
Drugi telefon, ta sama firma, rok później: „Szukamy czterdziestu minut o tym, jak liczyć koszt utrzymania klienta, dla dyrektorów sprzedaży, po lunchu". To jest brief, na który da się odpowiedzieć nazwiskiem i kwotą.
Różnica między tymi rozmowami to nie kwestia doświadczenia organizatora. To kwestia tego, czy ktoś wcześniej rozstrzygnął, jaką pracę kupuje. O tym, jak ułożyć cały program, pisałem w tekście o tym, jak ułożyć program konferencji. Tu chodzi o jedną osobę w tym programie.
Prelegentem nazywamy osobę, która występuje przed publicznością z przygotowanym materiałem merytorycznym. Zadaniem jest treść, nie prowadzenie wydarzenia. Prelegent wchodzi na scenę, mówi swoje, odpowiada na pytania i schodzi.
Skala, na której to się dzieje, jest większa, niż się wydaje. Polska Organizacja Turystyczna w raporcie „Przemysł spotkań i wydarzeń w Polsce 2025" podaje osiem tysięcy siedemset osiemdziesiąt cztery konferencje i kongresy w roku dwa tysiące dwudziestym czwartym, z blisko dwoma i pół milionami uczestników. Polska zajmuje dziewiętnaste miejsce w rankingu ICCA i dwudzieste trzecie w rankingu UIA.
Ważniejsza dla prelegenta jest jednak inna liczba z tego samego raportu: sześćdziesiąt dziewięć procent konferencji zamyka się w jednym dniu. To znaczy, że w programie mieści się sześć, może siedem wystąpień, a slot na jedno z nich rzadko przekracza czterdzieści minut. Cały rynek pracy prelegenta odbywa się w tych czterdziestu minutach.
Większość nieporozumień przy zamawianiu bierze się z tego, że te słowa traktuje się wymiennie. Nie są wymienne, bo odpowiadają za różne rzeczy i wyceniane są inaczej.
Kto za co odpowiada:
Najdroższy błąd to zamówienie prelegenta i oczekiwanie od niego pracy konferansjera. Osoba z dobrą treścią i słabym prowadzeniem wypadnie źle w roli, której nie wzięła, a organizator zapamięta, że „prelegenci są drodzy i nic z tego nie wyszło". Różnicę między dwiema z tych ról rozpisuję osobno, w tekście o tym, czym się różni mistrz ceremonii od konferansjera.
Zacznę od rzeczy, której nie zrobię: nie podam widełek. Sprawdziłem i nie znalazłem żadnego polskiego badania, które mierzyłoby honoraria prelegentów. Liczby krążące po branżowych rozmowach pochodzą od pojedynczych agencji i od samych mówców, czyli od stron transakcji.
To, co da się pokazać, to spór o sam fakt płacenia. Wirtualne Media opisały go w maju dwa tysiące dwudziestego szóstego roku w materiale o kulisach rynku konferencji. Dagmara Pakulska, Kamil Bolek i Jakub Biel mówią w nim o braku przejrzystości i o tym, że przygotowanie wartościowej prezentacji zajmuje tygodnie pracy. Pada zdanie, które dobrze oddaje istotę sprawy: jeśli konferencja bierze duże pieniądze za bilety i nie oferuje prelegentowi wynagrodzenia, coś jest nie tak. Po drugiej stronie agencja sprawny.marketing przyznaje, że to jest realna praca, i wprowadza wynagrodzenie zależne od ocen publiczności.
Z tego sporu wynikają trzy praktyczne wnioski dla organizatora.
Pierwszy: cena zależy od roli, nie od rozpoznawalności. Czterdzieści minut treści przygotowanej pod waszą branżę kosztuje inaczej niż ta sama osoba mówiąca swój standardowy zestaw. Drugi: jeśli wydarzenie jest biletowane, brak honorarium jest decyzją biznesową, którą trzeba umieć obronić przed zapraszanym. Trzeci: model wynagrodzenia zależnego od ocen brzmi sprawiedliwie i przenosi ryzyko na osobę, która nie ma wpływu na miejsce w programie, salę ani na to, co mówił poprzednik.
Uczciwa uwaga do mojej własnej pozycji w tej sprawie: sam występuję na konferencjach, więc nie jestem tu bezstronnym obserwatorem. Dlatego nie podaję stawek, tylko mechanizm.
Rozpoznawalność nie jest tu dobrym filtrem, bo mówi o zasięgu w internecie, nie o tym, co się wydarzy na scenie. Filtry, które działają, są nudniejsze i skuteczniejsze.
Pięć pytań przed zaproszeniem:
Pytanie drugie odsiewa najwięcej i jest najrzadziej zadawane, bo wydaje się nieuprzejme. Nie jest. Kandydat, który występuje regularnie, ma nagrania i chętnie je podaje. Szerzej o samym procesie doboru pisałem w tekście o tym, jak dobrać prelegentów na konferencję.
Znacznie mniej, niż się zakłada, ale konkretnie. Trzy rzeczy rozstrzygają o jakości wystąpienia i wszystkie trzy leżą po stronie organizatora.
Pierwsza to teza wydarzenia w jednym zdaniu. Nie hasło z plakatu, tylko zdanie mówiące, co uczestnik ma wynieść z całego dnia. Bez tego każde wystąpienie ciągnie w swoją stronę.
Druga to opis publiczności, który wykracza poza nazwy stanowisk. Kto podejmuje decyzje, z czym się mierzą w tym kwartale, co już wiedzą. Prelegent, który to dostanie, wytnie trzydzieści procent slajdów, bo przestaną być potrzebne.
Trzecia to warunki techniczne podane wcześniej: rozmiar sali, odległość pierwszego rzędu, czy jest podgląd slajdów, czy mikrofon jest nagłowny, czy do ręki. Brzmi drobiazgowo i decyduje o tym, czy ktoś patrzy na salę, czy na ekran za plecami.
Ocena wystąpienia w ankiecie zbiorczej mierzy cały dzień. Żeby wiedzieć, czy ten konkretny zakup się zwrócił, trzeba pytać inaczej.
Cztery pomiary:
Drugi wskaźnik jest jedynym, który odróżnia dobre wystąpienie od przyjemnego. Jak zbudować cały pomiar po wydarzeniu, opisuję w materiale o ewaluacji eventu firmowego.
Spodziewam się, że honoraria przestaną być tematem tabu i zaczną pojawiać się w zaproszeniach razem z warunkami, tak jak dziś pojawia się czas wystąpienia. Dwa argumenty za. Pierwszy: spór wszedł do mediów branżowych i osoby występujące zaczęły mówić o tym publicznie, a to zwykle kończy się jawnością. Drugi: rynek konferencji w Polsce jest duży i konkurencyjny, więc organizatorzy walczący o te same nazwiska prędzej czy później zaczną konkurować warunkami.
Argument przeciw jest ekonomiczny. Duża część polskich konferencji utrzymuje się z pakietów partnerskich, w których wystąpienie jest elementem pakietu, czyli partner płaci za to, żeby mówić. Dopóki ten model finansuje wydarzenia, będzie istniał równoległy rynek, w którym pytanie o honorarium nie ma sensu, bo przepływ idzie w drugą stronę.
Zakresem odpowiedzialności. Prelegent odpowiada za treść swojego bloku i nie musi znać reszty programu. Keynote ustawia ramę całego dnia, więc wymaga rozmowy o programie, zanim napisze prezentację. W praktyce oznacza to inny nakład pracy przed wydarzeniem i inną cenę.
Zależy od modelu wydarzenia, ale przy konferencji biletowanej brak honorarium jest decyzją, którą trzeba umieć uzasadnić przed zapraszanym. Spór o to toczy się w polskiej branży otwarcie od dwa tysiące dwudziestego szóstego roku. Alternatywą bywa pakiet partnerski, w którym to mówca albo jego firma płaci za miejsce w programie, i wtedy pytanie o honorarium nie ma zastosowania.
Od dwudziestu pięciu do czterdziestu minut, zależnie od miejsca w programie. Krótsze bloki wystarczają na tezę albo na dowód, ale nie na jedno i drugie naraz. Przy jednodniowej konferencji, a takich jest w Polsce zdecydowana większość, dłuższe wystąpienia zabierają czas potrzebny uczestnikom na rozmowy.
Przez konferencje sąsiednie, publikacje branżowe i przez pytanie własnych klientów, kogo ostatnio słuchali z pożytkiem. Katalogi mówców działają dobrze przy tematach ogólnych i słabo przy specjalistycznych, bo zawierają osoby, które zapłaciły za obecność w katalogu, a nie te, które mają najwięcej do powiedzenia w waszej niszy.
Tak, i powinien być krótki. Teza wydarzenia w jednym zdaniu, opis publiczności wykraczający poza stanowiska, miejsce w programie z informacją o sąsiadach, warunki techniczne i jedno zdanie o tym, co ma się zmienić po wystąpieniu. Pięć punktów na jedną stronę wystarczy.
Ustalić sygnały przed wydarzeniem i mieć osobę odpowiedzialną za ich dawanie. Kartka z liczbą minut widoczna ze sceny działa lepiej niż zegar, bo wymaga kontaktu wzrokowego. Konferansjer wchodzący na scenę po upływie czasu jest ostatecznością, ale musi być ustalony wcześniej, inaczej wygląda jak konflikt.
Buduje, pod warunkiem że po wystąpieniu coś się dzieje. Samo wejście na scenę daje dwadzieścia minut uwagi i kończy się w momencie zejścia. O tym, co trzeba zrobić wokół wystąpienia, żeby zostało po nim coś więcej, pisałem w tekście o wystąpieniu publicznym a marce osobistej.
Świadomie nie podaję widełek honorariów prelegentów. Szukałem polskiego badania, które by je mierzyło, i takiego nie ma, a liczby krążące w branży pochodzą od stron transakcji.
Napiszcie jedno zdanie o tym, jaką pracę kupujecie: treść, ramę dnia, stan sali czy prowadzenie. Jeśli w tym zdaniu są dwie z tych rzeczy naraz, potrzebujecie dwóch osób, nie jednej.
Układacie program i nie wiecie, kogo zaprosić do którego bloku? Napiszcie, ilu spodziewacie się uczestników i kim oni są, a powiem, które sloty wymagają nazwiska, a które treści. Jeśli szukacie osoby do prowadzenia całego dnia, zacznijcie od tekstu o konferansjerze na wydarzeniu firmowym.
Dołącz do społeczności świadomych marketerów i otrzymaj pakiet bonusów za darmo! 🎉 Co 2 tygodnie wyślemy Ci też newsletter pełen konkretnych inspiracji z obszaru marketingu doświadczeń.