Event Marketing Institute Sp. z o.o.
Iwonicka 3, 60-473 Poznań
NIP 7812066079
REGON 527890052
KRS 0001090243
REGON 527890052
KRS 0001090243
© 2024 Kalewski copy
Z tego artykułu dowiesz się: co metaanaliza badań nad team buildingiem mówi o tym, na co wyjazd działa naprawdę, a na co prawie wcale, dlaczego popularne obietnice o wzroście wydajności po integracji rozmijają się z danymi, jak rozłożyć dwa dni, żeby drugi nie był dochodzeniem do siebie po pierwszym, co zrobić z ludźmi, którzy nie chcą jechać, i co policzyć po powrocie do biura.
W skrócie: Wyjazd integracyjny działa, tylko nie na to, co najczęściej obiecuje się zarządowi. Metaanaliza badań nad team buildingiem pokazała umiarkowany efekt, najsilniejszy w obszarze nastawienia i współpracy, najsłabszy w twardych wynikach. Wartość wyjazdu rozstrzyga się w drugim dniu i w pierwszym tygodniu po powrocie, nie w atrakcji z programu.
Piątek, czterdzieści osób w autokarze, agenda na kartce: przyjazd, obiad, integracja, kolacja. W sobotę śniadanie do jedenastej i wyjazd po lunchu. W poniedziałek nikt nie pamięta, o czym rozmawiał, a dział HR dostaje trzy maile z podziękowaniami i jeden ze skargą.
Ten sam obiekt, ten sam budżet, inny plan. W piątek po obiedzie dwie godziny na jedną rzecz: zespoły, które na co dzień się mijają, rozpisują na ścianie miejsca, w których przekazywanie pracy się zacina. Wieczorem kolacja bez agendy. W sobotę rano półtorej godziny na wybór trzech rzeczy do zmiany i przypisanie im nazwisk. W poniedziałek te trzy rzeczy mają właścicieli.
Różnica nie polega na tym, że drugi wyjazd był poważniejszy. Polega na tym, że ktoś zdecydował, po co ludzie tam jadą, zanim wybrał ośrodek. O tym, dlaczego samo bycie razem nie wystarcza, pisałem w tekście o tym, dlaczego eventy firmowe nie budują relacji.
Najlepszym punktem odniesienia jest metaanaliza „Does Team Building Work?", opublikowana przez Camerona Kleina, Deborah DiazGranados, Eduardo Salasa i współautorów w Small Group Research w dwa tysiące dziewiątym roku. Autorzy zebrali sześćdziesiąt korelacji z badań nad różnymi formami team buildingu i sprawdzili, na co te działania faktycznie wpływają.
Wynik jest ciekawszy, niż sugeruje sam tytuł.
Trzy ustalenia z metaanalizy:
Autorzy wyróżnili też cztery rodzaje interwencji: ustalanie celów, relacje międzyludzkie, rozwiązywanie problemów i doprecyzowanie ról. Większość polskich wyjazdów integracyjnych realizuje wyłącznie drugi z tych obszarów, i to w wersji rozrywkowej. Trzy pozostałe wymagają dwugodzinnej pracy przy stole, której nikt nie chce wpisać do programu, bo brzmi jak szkolenie.
Kontekst, w którym to wszystko się dzieje, opisuje Gallup w raporcie „State of the Global Workplace" z dwa tysiące dwudziestego piątego roku. Zaangażowanie pracowników w Polsce wynosiło osiem procent, w Europie trzynaście, na świecie dwadzieścia jeden. To są liczby, których jeden wyjazd nie zmieni, ale które tłumaczą, dlaczego zarządy w ogóle pytają o integrację.
W ofertach ośrodków i agencji regularnie pojawia się obietnica, że integracja podnosi wydajność zespołu o kilkanaście albo kilkadziesiąt procent. Nie znalazłem badania, które by tę liczbę potwierdzało, a metaanaliza, którą cytuję wyżej, sugeruje coś innego: efekt jest najsłabszy dokładnie tam, gdzie te oferty obiecują najwięcej, czyli w twardych wynikach.
To nie znaczy, że wyjazd nie ma sensu. Znaczy, że obiecuje się za niego złą rzecz. Uczciwa obietnica brzmi: poprawimy komunikację między działami i nastawienie ludzi do siebie, a to z czasem przełoży się na pracę. Nieuczciwa brzmi: wrócimy i sprzedaż wzrośnie.
Druga uwaga dotyczy samej metaanalizy. Obejmowała różne formy team buildingu w organizacjach, w tym warsztaty prowadzone w miejscu pracy, nie wyłącznie dwudniowe wyjazdy. Traktuję ją jako mocną wskazówkę co do mechanizmu, nie jako dowód dotyczący wprost autokaru i ośrodka nad jeziorem.
Trzecia rzecz to skala rynku, która tłumaczy, dlaczego wyjazdy wyglądają tak, jak wyglądają. Polska Organizacja Turystyczna w raporcie „Przemysł spotkań i wydarzeń w Polsce 2025" podaje dziewięć tysięcy dwieście jeden wydarzeń korporacyjnych i motywacyjnych w roku dwa tysiące dwudziestym czwartym, z ponad dwoma milionami uczestników. Średnia długość to jeden i siedem dziesiątych dnia, sześćdziesiąt cztery procent trwało jeden dzień, a siedemdziesiąt dwa procent odbyło się w hotelach.
Ostatnia liczba warta jest chwili zastanowienia. Hotel narzuca format, bo ma salę konferencyjną, restaurację i pokoje, i bardzo trudno w nim zrobić cokolwiek, co nie jest salą, restauracją albo pokojem.
Pierwszy dzień jest łatwy. Ludzie są wypoczęci, ciekawi, gotowi na nowe. Dowolna atrakcja zadziała, bo działa sama zmiana otoczenia.
Drugi dzień jest testem, czy ktokolwiek pomyślał, po co ten wyjazd. W większości programów jest to śniadanie, wykwaterowanie i droga powrotna, czyli cztery godziny wypełnione logistyką. W tym samym czasie mogłaby się zmieścić jedyna rozmowa, która ma szansę przetrwać poniedziałek.
Mechanizm jest prosty. W piątek ludzie zauważają problemy i nazywają je głośno, często przy kolacji. W sobotę rano te same osoby są w stanie zdecydować, co z tym zrobić, bo mają świeżo w pamięci wczorajsze rozmowy i jeszcze nie wróciły do swoich skrzynek. Po powrocie ta zdolność znika w ciągu doby.
Punktem wyjścia nie jest lista atrakcji, tylko jedno zdanie: co ma być inaczej w pracy tych ludzi za miesiąc. Jeśli odpowiedź brzmi „żeby się lepiej znali", to też jest cel, tylko trzeba go potraktować poważnie i zaprojektować sytuacje, w których ludzie faktycznie rozmawiają z kimś spoza własnego działu.
Pięć decyzji o strukturze wyjazdu:
Najtrudniejszy jest punkt czwarty, bo wygląda na brak pomysłu i pierwszy pada w rozmowie o programie. Tymczasem to właśnie te trzy godziny wracają potem w ankietach jako najlepsza część wyjazdu. Co działa, a co tylko wypełnia czas, rozpisuję w tekście o atrakcjach na imprezę integracyjną.
Zacząć od przyjęcia do wiadomości, że część zespołu nie chce spędzać weekendu z pracą, i że to nie jest problem postawy. Powody bywają twarde: małe dzieci, opieka nad kimś w domu, dojazd z drugiego końca kraju, zwykłe zmęczenie.
Trzy rozwiązania działają lepiej niż presja. Pierwsze: wyjazd w dni robocze, nie w weekend, co przenosi koszt z prywatnego czasu pracownika na firmę, gdzie należy. Drugie: jasna informacja, które punkty są obowiązkowe, a które nie, podana wcześniej i bez komentarza. Trzecie: możliwość dołączenia na jeden dzień dla osób, które nie mogą nocować.
Czego nie robić: nie robić z obecności testu lojalności i nie opowiadać na forum, kto się wypisał. Jedna taka uwaga kosztuje więcej niż cała integracja przyniosła.
Koszt osoby na dwudniowym wyjeździe składa się z noclegu, wyżywienia, transportu, sali, prowadzącego i atrakcji. Pierwsze trzy pozycje są sztywne i policzalne, ostatnie trzy podlegają negocjacji i to na nich zwykle się oszczędza.
Oszczędzać można na atrakcjach, bo ich wpływ na rezultat jest najmniejszy z całej listy. Nie opłaca się oszczędzać na trzech rzeczach: na osobie prowadzącej część roboczą, bo od niej zależy, czy z rozmowy coś wyniknie, na jedzeniu, bo zły catering psuje cały dzień skuteczniej niż cokolwiek innego, i na transporcie, bo trzy godziny w zimnym autokarze ustawiają nastrój na start. Jak policzyć całość uczciwie, opisuję w tekście o planowaniu budżetu imprezy firmowej.
Ankieta z pytaniem „jak się podobało" mierzy pogodę i jakość obiadu. Żeby wiedzieć, czy wyjazd coś dał, trzeba zapytać o coś innego i w innym momencie.
Cztery pomiary po wyjeździe:
Ostatni wskaźnik bywa bolesny i jest najtrudniejszy do podważenia. Jak zbudować cały pomiar, rozpisuję w materiale o ewaluacji eventu firmowego.
Spodziewam się, że dwudniowe wyjazdy będą się rozdzielać na dwa osobne produkty: krótkie spotkania robocze poza biurem, bez noclegu, oraz rzadsze duże wyjazdy raz na rok albo dwa. Dwa argumenty za. Pierwszy: dane o rynku pokazują, że średnia długość wydarzenia korporacyjnego to niespełna dwa dni i większość mieści się w jednym, więc rynek już się w tę stronę przesunął. Drugi: praca hybrydowa sprawiła, że sam fakt spotkania w jednym miejscu ma wartość, której wcześniej nie miał, i nie wymaga dwóch dni, żeby zadziałać.
Argument przeciw jest kulturowy. W części firm wyjazd jest świadczeniem i sygnałem, że firma ma się dobrze, a skrócenie go czyta się jako cięcie kosztem ludzi. Tam, gdzie tak jest, format przetrwa niezależnie od tego, co pokazują metaanalizy.
Dwa dni z jednym noclegiem wystarczą, jeśli drugi dzień jest zaplanowany na decyzje, a nie na wykwaterowanie. Trzy dni mają sens wyłącznie przy zespołach rozproszonych geograficznie, które spotykają się raz albo dwa razy w roku. Dane o polskim rynku pokazują, że średnia to niespełna dwa dni, a większość wydarzeń korporacyjnych mieści się w jednym.
Dni robocze, jeśli firma chce potraktować wyjazd jako pracę, a nie jako świadczenie. Weekend przenosi koszt na prywatny czas pracownika i generuje opór, który potem myli się z brakiem zaangażowania. Jeśli wyjazd musi wypaść w weekend, warto przynajmniej oddać dzień wolny i powiedzieć o tym przy zaproszeniu.
Metaanaliza badań nad team buildingiem pokazuje umiarkowany efekt we wszystkich kategoriach rezultatów, ale najsłabszy właśnie w wynikach twardych. Najmocniej działa na nastawienie ludzi do siebie i na sposób, w jaki ze sobą współpracują. Obietnica wzrostu wydajności o konkretny procent nie ma oparcia w żadnym badaniu, do którego udało mi się dotrzeć.
Powyżej sześćdziesięciu osób część robocza przestaje działać bez podziału na mniejsze grupy z osobnymi prowadzącymi. Metaanaliza potwierdza, że wielkość zespołu wpływa na siłę efektu. Przy dużych firmach lepiej zrobić trzy mniejsze wyjazdy działowe niż jeden wspólny, chyba że celem jest właśnie przemieszanie działów.
Przy części roboczej zwykle tak, bo osoba z zewnątrz może zadać pytanie, którego nikt wewnątrz nie zada przy przełożonym. Przy części towarzyskiej zwykle nie, bo prowadzenie zabiera czas na rozmowy. Najgorszy układ to prowadzący wynajęty do animacji wieczoru i nikt odpowiedzialny za rozmowę merytoryczną.
Liczbami z dwóch momentów: stanem współpracy między zespołami przed wyjazdem i sześć tygodni po nim, oraz listą konkretnych ustaleń z ich statusem po trzydziestu dniach. Argument „ludzie się zintegrują" nie broni się przy cięciu budżetów, bo nie ma jak go sprawdzić. Sposoby pomiaru rozpisuję w osobnym tekście.
Jednodniowe spotkanie robocze poza biurem z tym samym układem: rano praca nad jednym tematem, po południu decyzje, wieczorem kolacja bez agendy dla chętnych. Traci się efekt wspólnego nocowania, który ma realną wartość dla relacji, ale zachowuje całą część, która przekłada się na pracę. Sprawdza się też gra biznesowa zamiast szkolenia, jeśli tematem jest współpraca między działami.
Świadomie nie podaję procentowego wzrostu wydajności po integracji, mimo że liczba tego typu pojawia się w większości ofert. Nie znalazłem badania, które by ją potwierdzało, a przytoczona metaanaliza wskazuje, że efekt jest tam najsłabszy.
Napiszcie jedno zdanie: co ma być inaczej w pracy tych ludzi za miesiąc. Jeśli tego zdania nie da się sformułować, wyjazd będzie oceniany pogodą i jakością kolacji, bo nic innego nie zostanie do oceny.
Planujecie wyjazd i nie wiecie, ile z niego przeznaczyć na część roboczą? Napiszcie, ile osób jedzie i z ilu działów, a powiem, jak rozłożyć dwa dni i co zostawić na sobotę rano. Jeśli szukacie argumentów przeciw klasycznemu scenariuszowi z atrakcjami, zacznijcie od felietonu o tym, co zostaje po trzech dniach quadów i open baru.
Dołącz do społeczności świadomych marketerów i otrzymaj pakiet bonusów za darmo! 🎉 Co 2 tygodnie wyślemy Ci też newsletter pełen konkretnych inspiracji z obszaru marketingu doświadczeń.