Event Marketing Institute Sp. z o.o.
Iwonicka 3, 60-473 Poznań
NIP 7812066079
REGON 527890052
KRS 0001090243
REGON 527890052
KRS 0001090243
© 2024 Kalewski copy
Najważniejsze tezy: Gra integracyjna przynosi efekt pod czterema warunkami: wymaga aktywnego udziału, toczy się w grupie, wraca w kilku sesjach i uzupełnia inne działania. Sama rozrywkowość nie okazała się w metaanalizach czynnikiem decydującym.
W skrócie: Gry integracyjne działają pod czterema warunkami. Metaanalizy pokazują przewagę wtedy, kiedy gra wymaga aktywnego udziału, toczy się w grupie, powtarza się w kilku sesjach i uzupełnia inne działania. Sama rozrywkowość nie okazała się czynnikiem decydującym.
Sala po lunchu, czterdzieści osiem osób podzielonych na siedem stołów, na każdym zestaw klocków i zadanie z instrukcją. Po dziewięćdziesięciu minutach prowadzący ogłasza wyniki, wręcza dyplom i zapowiada przerwę kawową. Nikt nie pyta, co z tego wynika, bo nie ma na to punktu w agendzie.
Inna firma, ta sama gra, inny układ. Po zakończeniu rozgrywki czterdzieści minut rozmowy przy tych samych stołach: co się działo, kto przejął decyzje, kiedy zespół przestał słuchać osoby, która miała rację. Trzy tygodnie później dwie z tych obserwacji wracają w rozmowie o realnym projekcie.
Różnica nie jest w grze. Jest w tym, czy ktokolwiek zaplanował, co się dzieje po niej. O tym, kiedy w ogóle sięgać po ten format, pisałem w tekście o grze biznesowej zamiast szkolenia. Tu zajmuję się wyborem konkretnej gry i tym, czego od niej realnie oczekiwać.
Dwie metaanalizy warto mieć w głowie, zanim ktoś wystawi fakturę za wynajem gry. Pierwsza to praca Traci Sitzmann „A Meta-Analytic Examination of the Instructional Effectiveness of Computer-Based Simulation Games", opublikowana w Personnel Psychology w dwa tysiące jedenastym roku, obejmująca sześćdziesiąt pięć badań i sześć tysięcy czterysta siedemdziesięciu sześciu uczestników. Druga to metaanaliza Pietera Woutersa, Christofa van Nimwegena, Hermana van Oostendorpa i Erika van der Speka z Journal of Educational Psychology z dwa tysiące trzynastego roku.
Z obu wychodzi zaskakująco zgodny obraz warunków brzegowych.
Cztery warunki, które decydują o efekcie:
Najciekawsze jest to, czego w tej liście nie ma. Sitzmann sprawdzała też hipotezę, że decyduje poziom rozrywki, i ta hipoteza nie znalazła potwierdzenia. To, czy gra była bardziej czy mniej zabawna, nie przekładało się na to, ile z niej zostało.
Najmocniejsze zastrzeżenie pochodzi z tej samej metaanalizy, która gry chwali. Sitzmann odnotowała, że przewaga gier malała, kiedy grupa porównawcza dostawała równie aktywną formę pracy.
To przestawia cały argument sprzedażowy. Skoro gra wygrywa z wykładem, a przegrywa albo remisuje z dobrze poprowadzonym warsztatem, działa aktywność uczestnika, a gra jest jedną z jej form. Gra jest jednym ze sposobów na wywołanie tej aktywności, wygodnym i łatwym do kupienia, ale nie jedynym i nie zawsze najtańszym.
Druga uwaga dotyczy motywacji. Metaanaliza Woutersa i współautorów mierzyła osobno efekty poznawcze i motywacyjne. Gry wypadły lepiej pod względem uczenia się i zapamiętywania, natomiast przewaga motywacyjna okazała się najsłabsza z mierzonych i mniejsza, niż autorzy zakładali. Czyli dokładnie odwrotnie, niż brzmi typowa oferta, w której gra jest sprzedawana przede wszystkim jako zastrzyk energii.
Trzecia rzecz to kontekst badań. Obie metaanalizy dotyczyły głównie gier komputerowych i symulacji w kształceniu oraz szkoleniach, nie gier planszowych granych po lunchu na wyjeździe firmowym. Mechanizm przenoszę, wyników nie. Kiedy ktoś pokazuje wykres wzrostu zaufania w zespole po dwugodzinnej grze, warto zapytać o źródło, bo ja takiego nie znalazłem.
Metaanaliza team buildingu opublikowana przez Camerona Kleina i współautorów w Small Group Research w dwa tysiące dziewiątym roku wyróżnia cztery rodzaje interwencji zespołowych: ustalanie celów, relacje międzyludzkie, rozwiązywanie problemów i doprecyzowanie ról.
Typowa gra integracyjna dotyka dwóch z nich, i to nie tych, które zamawiający ma zwykle na myśli.
Co gra robi, a czego nie:
Praktyczny wniosek jest taki, że gra jest dobrym narzędziem diagnostycznym i średniej jakości narzędziem relacyjnym. Zespołowi, w którym ludzie się nie znają, bardziej pomoże wspólna kolacja bez programu. Brak jasności, kto podejmuje decyzje, gra pokaże w półtorej godziny.
Zabawa ma reguły i koniec. Gra ma reguły, cel i wynik, który da się porównać między zespołami. To rozróżnienie wygląda na akademickie do momentu, w którym ktoś w firmie pyta, co z tego wyszło.
Praktyczna konsekwencja jest taka: zabawy integracyjne sprawdzają się tam, gdzie chodzi o rozładowanie napięcia, przemieszanie ludzi z różnych działów i danie im pretekstu do rozmowy. Gra wchodzi tam, gdzie zespół ma problem z konkretnym zachowaniem: nie dzieli się informacją, nie podejmuje decyzji, nie mówi, kiedy czegoś nie wie.
Jedna uwaga praktyczna dla osoby, która szuka pomysłów w internecie. Większość list z hasłem „zabawy integracyjne" powstała dla nauczycieli i animatorów pracujących z dziećmi. Przeniesione w całości na grupę dorosłych pracowników dają dokładnie ten efekt, którego wszyscy się obawiają, czyli krępujące dwadzieścia minut, po których połowa sali wychodzi na papierosa.
Głównym kosztem złej zabawy integracyjnej nie jest czas ani pieniądze. Jest nim wstyd. Dorosły człowiek, który poczuł się ośmieszony przed zespołem, zapamięta to znacznie dłużej niż cały pozostały program wyjazdu, a przy kolejnym wydarzeniu znajdzie powód, żeby nie przyjechać.
Cztery warunki, które odróżniają zabawę dla dorosłych od zabawy dla grupy kolonijnej:
Te cztery warunki wyjaśniają, dlaczego zabawy oparte na wspólnym wytworzeniu czegoś działają lepiej niż konkurencje sprawnościowe. W grze terenowej dla producenta narzędzi zespoły budowały budy, które następnego dnia pojechały do schroniska. Nikt nie musiał tańczyć przed salą, a mimo to po dwóch latach ludzie nadal o tym mówili.
Zespół, w którym pracuje dwudziestotrzyletnia osoba po studiach i pięćdziesięcioletni brygadzista z dwudziestoletnim stażem, nie ma wspólnego repertuaru kulturowego. Zabawa oparta na znajomości memów wyklucza jednego, zabawa oparta na wiedzy o firmie sprzed dekady wyklucza drugiego.
Trzy formaty, które znoszą tę różnicę:
Z mojego doświadczenia najczęstszy błąd polega na dobieraniu zabawy pod najbardziej aktywną część zespołu. Ta część poradzi sobie z każdym formatem. Program należy projektować pod tych, którzy w zeszłym roku przez dwie godziny stali pod ścianą.
Przy zabawie wpisanej w większy wyjazd jej miejsce w harmonogramie waży tyle samo co jej treść. Blok wciśnięty po obiedzie trafia w najsłabszy moment dnia, a blok przed kolacją zabiera czas, który ludzie i tak wykorzystaliby na rozmowy. Szerzej opisałem to w tekście o tym, jak zaplanować wyjazd integracyjny.
Wybór zaczyna się od zdania opisującego problem, nie od katalogu dostawcy. Trzy typowe sytuacje i to, co się w nich sprawdza.
Zespół, który się nie zna, bo przybyło ludzi albo firmy się połączyły: format z wymuszoną rotacją składów, krótkie rundy, dużo rozmów, zero rywalizacji między grupami. Rywalizacja na tym etapie utrwala podziały zamiast je znosić.
Zespół, który się zna i źle współpracuje: symulacja procesu zbliżona do ich realnej pracy, z ograniczonym czasem i niepełną informacją po każdej stronie. To jest jedyna sytuacja, w której gra bywa lepsza od warsztatu, bo ludzie zobaczą własne zachowanie, a nie jego opis.
Zespół po trudnym okresie, na przykład po zwolnieniach albo nieudanym projekcie: żadna gra. Format z regułami i punktacją zostanie odebrany jako lekceważenie sytuacji. Tu działa rozmowa, najlepiej prowadzona przez kogoś z zewnątrz.
Tyle, ile na samą grę, i to jest liczba, która najczęściej rozbija się o agendę. Przy dziewięćdziesięciominutowej rozgrywce sensowne omówienie zajmuje od czterdziestu minut do godziny.
Struktura, która działa, jest prosta. Najpierw co się działo, czyli fakty bez ocen. Potem co kto zauważył u siebie i w grupie. Na końcu gdzie to samo dzieje się w pracy i co z tym zrobimy. Ostatni krok jest jedynym, który przekłada się na poniedziałek, i jest też tym, który najczęściej wypada z braku czasu.
Bez miejsca na omówienie w agendzie lepiej nie robić gry. Godzina i pół wolnego czasu na rozmowy da zespołowi więcej niż gra bez zamknięcia.
Ocena gry w ankiecie mierzy prowadzącego i pogodę w sali. Do oceny sensu wydatku potrzeba czegoś innego.
Cztery pomiary po formacie z grami:
Ostatni punkt najlepiej sprawdzić w trakcie, nie po. Wystarczy przejść między stołami i policzyć, przy ilu z nich pracują dwie osoby, a pozostali patrzą. Jak zbudować cały pomiar po wydarzeniu, opisuję w tekście o ewaluacji eventu firmowego.
Spodziewam się, że rynek gier integracyjnych rozłoży się na dwie części: tanie formaty rozrywkowe kupowane świadomie jako rozrywka oraz droższe symulacje kupowane jako narzędzie diagnostyczne, z omówieniem w cenie. Środek, czyli gra sprzedawana jako rozwój, ale bez omówienia, będzie się kurczyć. Dwa argumenty za. Pierwszy: dział HR, który broni wydatku przed zarządem, potrzebuje mocniejszego dowodu od galerii zdjęć. Drugi: dostęp do samych mechanik potaniał na tyle, że przewagę daje prowadzący, nie plansza.
Argument przeciw jest prosty i wcale nie słaby. Gra bez omówienia jest łatwiejsza w sprzedaży, tańsza w realizacji i lepiej wygląda w relacji z wyjazdu. Dopóki wydarzenia rozlicza się nastrojem na zdjęciach, ten środek będzie się sprzedawał.
Napiszcie jedno zdanie o tym, co w tym zespole nie działa. Przy zdaniu „ludzie się nie znają" gra jest słabszym wyborem niż wspólna kolacja. Przy zdaniu „nie wiadomo, kto decyduje" gra pokaże to szybciej niż pół roku obserwacji.
Wybieracie format na spotkanie zespołu i nie wiecie, czy gra się sprawdzi? Napiszcie, ilu jest ludzi i co konkretnie chcecie poprawić, a powiem, czy warto i ile czasu zostawić na omówienie. Jeśli szukacie szerszego przeglądu formatów, zacznijcie od tekstu o atrakcjach na imprezę integracyjną, a jeśli interesuje was mechanika punktów i rankingu, od materiału o grywalizacji w firmie.
Sama rozgrywka od sześćdziesięciu do dziewięćdziesięciu minut, plus drugie tyle na omówienie. Krótsze formaty nie zdążą pokazać zachowań zespołu, dłuższe męczą i część uczestników wypada z gry. Przy półtorej godziny łącznie w agendzie lepiej wybrać krótszy format i zachować czas na rozmowę.
Słabiej, niż sugerują oferty. Metaanaliza team buildingu pokazuje, że działania nastawione na relacje międzyludzkie to jeden z czterech typów interwencji, a gra realizuje go dość powierzchownie. Dwie godziny rywalizacji dają wspólne wspomnienie, co pomaga w rozmowie, ale nie jest tym samym co zaufanie.
Decyduje problem, nie forma. Przy zespole, który się nie zna, sprawdza się format z rotacją składów i bez rywalizacji między grupami. Przy zespole, który źle współpracuje, symulacja procesu zbliżona do ich realnej pracy. Przy zespole rozproszonym format online ma sens, o ile gra się w małych grupach, a nie indywidualnie.
Ostrożnie i raczej nie jako pierwszy ruch. Gra z punktacją w skonfliktowanym zespole zwykle utrwala podziały, bo daje im nową scenę. Przy realnym konflikcie zaczyna się od rozmowy prowadzonej przez osobę z zewnątrz, a gra może przyjść później, kiedy jest co utrwalać.
Do samej rozgrywki nie zawsze, do omówienia prawie zawsze. Omówienie prowadzone przez przełożonego uczestników rzadko wychodzi, bo nikt nie powie przy nim, że decyzje są podejmowane za wolno. Osoba z zewnątrz może zadać pytanie, którego nikt wewnątrz nie zada.
Od kilkuset złotych za gotowy zestaw do kilkudziesięciu tysięcy za symulację przygotowaną pod konkretną firmę. Różnica w cenie rzadko odpowiada różnicy w efekcie, bo o efekcie decyduje omówienie, a nie mechanika. Przy pierwszym podejściu rozsądniej wydać mniej na grę i więcej na prowadzącego.


Najważniejsze tezy: konferencja z kilkoma tysiącami uczestników potrzebuje strefy networkingu z własnym miejscem i godzinami w programie, bo przerwa kawowa nagradza głównie tych, którzy i tak zaczepiają obcych. Strefa z czytelnymi zasadami daje pretekst do rozmowy ludziom o różnych temperamentach: ekstrawertykom, introwertykom, osobom neuroatypowym i tym, którzy networkingu po prostu nie lubią.
Pierwszą sytuację zna każdy, kto bywa na dużych konferencjach:
Przerwa kawowa trwa 25 minut. Przy stolikach koktajlowych stoją grupki, które przyjechały razem z jednej firmy, a pod ścianą osoby z telefonem w ręce. Ktoś chciałby dopytać prelegenta z porannej sesji, ale prelegent stoi w kręgu pięciu osób i nie widać, kiedy skończy. Po dzwonku wszyscy wracają na salę z tymi samymi kontaktami, z którymi przyszli.
Druga sytuacja to scenariusz, który 28 i 29 października sprawdzamy w praktyce na festiwalu I Love Marketing & Technology w Poznaniu. Ta sama przerwa i ten sam tłum, ale w jednym miejscu hali stoi tablica z godzinami: o pełnej godzinie startuje Speed Match, przy pięciu stołach czekają tematy z programu, a w punkcie obsługi leżą kolorowe naklejki. Osoba z telefonem ma dokąd pójść i wie, co tam robić. Pierwsze zdanie dostaje od formatu.
Ludzie w obu sytuacjach są tacy sami. Różni się decyzja organizatora: czy dał rozmowom miejsce i czas, czy zostawił je przypadkowi.
Krótka odpowiedź: duża konferencja potrzebuje strefy networkingu, czyli wydzielonej przestrzeni z harmonogramem i prowadzącym, bo uczestnicy przyjeżdżają po kontakty, a w tłumie trudno zacząć rozmowę. W raporcie Freemana z 2025 roku 51 procent uczestników uznaje dobry networking za wystarczający powód, żeby wrócić na wydarzenie. Kilka formatów w jednej strefie daje każdemu temperamentowi inną drogę do pierwszego zdania. Tak zaprojektowaliśmy Networking Zone na I Love Marketing & Technology 2026, opisaną niżej jako case study.
Przerwa w programie ma wiele zadań naraz: kawa, toaleta, telefon do biura, zaległy mail. Rozmowa z nieznajomym konkuruje ze wszystkimi tymi czynnościami i przegrywa u każdego, kto nie ma naturalnej łatwości zagadywania. Z mojej obserwacji z ponad 330 wydarzeń poprowadzonych ze sceny wynika prosta prawidłowość: w przerwie kontakty zbierają ci, którzy zebraliby je w każdych warunkach.
Freeman, amerykańska firma produkująca wydarzenia, opublikował w lipcu 2025 roku raport o networkingu na eventach. 51 procent uczestników mówi w nim, że dobry networking wystarcza jako powód do powrotu na wydarzenie. W grupie, którą raport nazywa NowGen, czyli osób w wieku od 23 do 46 lat, 40 procent uważa networking za niezręczny, a 30 procent przyznaje, że ma problem z rozpoczęciem rozmowy. Prawie połowa tej grupy chciałaby przed wydarzeniem dostać rekomendacje, z kim warto się spotkać.
Te liczby opisują napięcie, które organizator ma rozwiązać. Ludzie płacą za bilet także po to, żeby kogoś poznać, i jednocześnie nie wiedzą, jak to zrobić. Janet Dell, prezeska Freemana, skomentowała raport słowami: „Organizatorzy mają obowiązek projektować intencjonalne doświadczenia networkingowe”. Zgadzam się z nią i dodałbym jedno: przy kilku tysiącach osób intencja musi mieć adres w hali i godzinę w agendzie.
„Przypadek to najgorszy organizator relacji biznesowych. Przy czterech tysiącach uczestników wygrywają w nim ci, którzy poradziliby sobie bez żadnej pomocy. Strefa networkingu jest dla całej reszty.” Piotr Kalewski, Event Marketing Institute
Osoba, która wchodzi do oznaczonej strefy networkingu, wysyła innym czytelny sygnał: przyszłam tu rozmawiać. Ten sam człowiek przy stoliku z kawą może równie dobrze czekać na kolegę, odpoczywać albo udawać, że czyta wiadomości. W strefie koszt zagadania spada, bo nikt nikomu nie przeszkadza. Wszyscy przyszli w tym samym celu.
Miejsce ma też znaczenie poznawcze. Festiwal I Love Marketing & Technology 2026 to według organizatora ponad 4000 uczestników, 12 konferencji tematycznych i ponad 100 wystawców, a wystąpienia w głównych ścieżkach trwają po 18 minut. Po kilku takich blokach głowa jest pełna. Jak ten stan wpływa na zachowanie uczestników, opisałem w tekście o przeciążeniu poznawczym na konferencji. Strefa rozmów działa w innym trybie niż sala: zamiast słuchać, uczestnik mówi o własnym problemie i słucha cudzych rozwiązań.
Od strony fizycznej wystarczy niewiele: wyraźna granica przestrzeni, oznakowanie widoczne z korytarza, punkt obsługi z osobą, która wyjaśni zasady, oraz meble dopasowane do formatów. Stoliki koktajlowe służą krótkim rozmowom na stojąco, a duże stoły pracy w grupie. Projektując strefę, zaczynam od pytania, jakie rozmowy mają się w niej odbyć, a dopiero potem liczę metry i krzesła.
Drugi warunek to czas.
Strefa otwarta „przez cały dzień” bez żadnych godzin startu działa jak większa kawiarnia. Sesja zapisana w agendzie, z godziną rozpoczęcia i końca, pozwala uczestnikowi zaplanować dzień: po porannym bloku idę na Speed Match, po obiedzie siadam przy stole o AI. Networking staje się wtedy wyborem, który można wpisać do kalendarza, tak samo jak wykład.
Czas ma jeszcze jedną funkcję, często pomijaną.
Każda rozmowa w formacie ma z góry znany koniec, ogłaszany sygnałem prowadzącego. Nikt nie musi szukać wymówki, żeby odejść od rozmówcy, i nikt nie zostaje z poczuciem, że został porzucony w połowie zdania. Dla wielu osób właśnie strach przed niezręcznym zakończeniem jest powodem, żeby rozmowy w ogóle nie zaczynać.
Struktura czasu dotyczy też tempa całej strefy. Krótkie rundy pozwalają poznać więcej osób, dłuższe pozwalają pogłębić temat. Dlatego obok siebie działają formaty o różnym rytmie: osiem trzyminutowych wypowiedzi w godzinę i dwudziestominutowa rozmowa przy stole. O tym, jak zaprojektować sam moment pierwszego kontaktu, pisałem w tekście o projektowaniu networkingu na wydarzeniu.
Teorię najłatwiej sprawdzić na konkretnym wydarzeniu. 28 i 29 października 2026 roku w Poznań Congress Center odbywa się dwudziesta druga edycja festiwalu I Love Marketing & Technology, organizowanego przez sprawny.marketing. Event Marketing Institute jest partnerem merytorycznym festiwalu i gospodarzem nowej strefy, Networking Zone. Strefę zaprojektowaliśmy od zera i prowadzimy ją przez oba dni pięcioosobowym zespołem, a ja koordynuję całość na miejscu. Opisuję ją jako case w toku: wyzwanie, decyzje projektowe i plan pomiaru, a wyniki dopiszę po festiwalu.
Organizator zapowiada ponad 4000 uczestników, 12 konferencji tematycznych, ponad 100 wystawców i ścieżki PRO poświęcone AI. Na sali uczestnicy słuchają osiemnastominutowych wystąpień, więc program jest gęsty, a przerwy krótkie. Do tego publiczność jest mieszana: marketing, social media, e-commerce, PR, HR, sprzedaż i AI to osobne ścieżki, które w ciągu dnia prawie się nie przecinają.
Na #ILOVEMKT nie było dotąd wydzielonej strefy rozmów. Przy takiej skali osoba z HR i osoba z e-commerce mogą spędzić dwa dni w tym samym budynku i nie zamienić ze sobą słowa, choć obie szukają odpowiedzi na podobne pytanie o AI w swoim dziale.
W ofercie dla organizatora zapisaliśmy cel jednym zdaniem: miarą strefy będą spotkania, które uczestnicy zechcą kontynuować po festiwalu. Pod nim są cztery cele pomocnicze. Strefa ma sadzać przy jednym stole ludzi z różnych ścieżek programu, dać kontakt z praktykami poza sceną, ułatwić start osobom, które nie czują się dobrze w klasycznym networkingu, i przedłużyć wartość wystąpień o wymianę doświadczeń przy stole.
„Jedni podchodzą do nieznajomych bez namysłu. Inni potrzebują tematu, zadania albo wyraźnego zaproszenia. Zaprojektowaliśmy strefę tak, żeby każdy znalazł w niej swój sposób na pierwszą rozmowę.” Piotr Kalewski
Blind Date z ekspertem. Wybierasz temat, a nie nazwisko. W punkcie obsługi rezerwujesz dziesięciominutowy termin, siadasz po jednej stronie przegrody, a po drugiej czeka praktyk z wybranej dziedziny. Rozmawiacie o twoim problemie, bez prezentacji firmy i bez sprzedaży. Kim jest rozmówca, dowiadujesz się na koniec. Format ma najniższy próg dla osób, które nie chcą rozmawiać o sobie, i odcina kolejkę do najbardziej znanych nazwisk.
Speed Match. Dwadzieścia osób, dziesięć stolików i osiem rozmów jeden na jeden w 60 minut. Każda osoba ma trzy minuty na przedstawienie siebie i tego, czego szuka, po czym głos przejmuje rozmówca, a po sygnale prowadzącego zmieniasz stolik. Na sesje obowiązują zapisy, a przy pełnym obłożeniu w Speed Match weźmie udział do 100 osób dziennie. Ten format jest dla tych, którzy chcą w godzinę zebrać tyle kontaktów, ile w przerwach zbieraliby przez cały festiwal.
Hot Tables. Pięć stołów, pięć tematów z programu festiwalu, bez zapisów. Na każdym stole leżą przygotowane przez nas Karty Rozmów z problemami i tezami, więc nikt nie musi wymyślać pierwszego pytania. Runda trwa około 20 minut, po niej możesz zostać przy temacie albo przesiąść się do innego stołu. Stoły łączą ścieżki programu: temat wspólny dla marketingu i sprzedaży sadza obok siebie ludzi, którzy na sali siedzieli w innych salach.
Color Code. Format samoobsługowy, działający przez cały czas otwarcia strefy. W punkcie obsługi odbierasz dwie naklejki na identyfikator: kolor oznacza obszar tematyczny, który cię interesuje, a symbol etap zawodowy, od „zaczynam” po „rozwijam własną firmę”. Szukasz osoby z tym samym kolorem albo z ciekawym połączeniem oznaczeń, a karta gry podpowiada pierwsze pytanie. Na dwa dni przygotowaliśmy do 1000 zestawów.
Strefa zajmuje ok. 100 m² na pierwszym poziomie Poznań Congress Center. Projekt zabudowy przewiduje przestrzeń wygrodzoną od korytarza, dziesięć stolików barowych do Speed Match, stoły do pracy w grupie, dwie budki z czarną kotarą do Blind Date i zieleń, która oddziela strefę od ruchu w hali. Ekspertów do Blind Date zapewnia organizator, a nasz pięcioosobowy zespół prowadzi zapisy, listy rezerwowe, rotację przy stolikach, Karty Rozmów i punkt obsługi.
Pięć decyzji z tego projektu da się zastosować na konferencji dowolnej wielkości. Nazwy formatów są uniwersalne i nie odwołują się do marki festiwalu, więc działają też na innym wydarzeniu. Temat przed nazwiskiem w Blind Date zdejmuje presję rozmowy ze znaną osobą. Zapisy obowiązują tylko tam, gdzie liczba miejsc jest ograniczona, a reszta działa z marszu. Rozmowy nie są nagrywane, a zdjęcie po spotkaniu robimy wyłącznie za zgodą obu osób. Każda rozmowa ma z góry znany czas i sygnał końca.
Wspólny mianownik tych decyzji to obniżenie kosztu pierwszego kroku. Uczestnik nie musi wiedzieć, kogo szuka, nie musi się przedstawiać przed grupą i nie musi wymyślać, jak skończyć rozmowę.
Zapisy, dostęp i lokalizację strefy zebrałem w zapowiedzi Networking Zone na I Love Marketing & Technology 2026.
Klasyczny networking projektuje się pod jeden temperament: pod osobę, która lubi tłum, łatwo zagaduje i dobrze czuje się w krótkich rozmowach. Kilka formatów obok siebie pozwala ten błąd odwrócić. Zapraszamy do strefy wszystkich, a każdy wybiera wejście, które mu odpowiada.
Speed Match daje ci osiem nowych kontaktów w godzinę, co w zwykłej przerwie wymagałoby całego dnia krążenia po hali. Przy Hot Tables możesz wziąć na siebie rolę osoby, która rozkręca rozmowę i wciąga do niej resztę stołu. Prośba ode mnie: zostaw przestrzeń tym, którzy odezwą się dopiero w dziesiątej minucie. Często mają najciekawsze przykłady.
Susan Cain w książce „Ciszej, proszę” z 2012 roku szacuje, że introwertykami jest od jednej trzeciej do połowy ludzi. Osobom z tej grupy polecam start od Blind Date z ekspertem: jedna osoba, jeden temat, dziesięć minut i rozmowa o sprawie, która cię zajmuje, zamiast rozmowy o sobie. Przy Hot Tables możesz przez pierwszą rundę tylko słuchać. Nikt nie odpytuje uczestników po kolei.
Nancy Doyle w przeglądzie opublikowanym w 2020 roku w British Medical Bulletin szacuje, że osoby neuroatypowe stanowią od 15 do 20 procent populacji. Projektując strefę, przyjęliśmy kilka decyzji, które mają obniżyć niepewność: każdy format ma spisane zasady, znany czas trwania i jasny sygnał końca. W Blind Date rozmowa toczy się przez przegrodę, bez kontaktu wzrokowego. Color Code działa bez przedstawiania się przez mikrofon i bez wystąpień przed grupą. Zasady każdego formatu możesz spokojnie przejść z naszym zespołem w punkcie obsługi, zanim zdecydujesz, czy chcesz wziąć udział. Szerzej o dopasowaniu wydarzenia do różnych potrzeb uczestników piszę w tekście o dopasowaniu wydarzenia do różnych uczestników.
Jest na to dobry powód. Networking w wersji „podejdź i opowiedz o sobie” przypomina sprzedaż, a mało kto lubi sprzedawać siebie obcym. W strefie zaczynasz od tematu, karty z pytaniem albo koloru na identyfikatorze, a znajomość przychodzi przy okazji rozmowy o konkretnej sprawie. Możesz też przyjść, popatrzeć z boku i wyjść. Takie wejście też się liczy.
„Nikogo nie wyciągamy na środek i nikogo nie zmuszamy do autoprezentacji. Każdy format ma wyjście: z rozmowy, ze stołu, ze strefy. Rozmowa, do której nikt nie został zmuszony, ma większą szansę na ciąg dalszy.” Piotr Kalewski
Raport Freemana podaje, że ponad jedna trzecia uczestników uważa, że networking musi być kuratorowany, żeby działał. Odwrotna strona tej liczby jest równie ważna: niemal dwie trzecie tego nie deklaruje. Część ludzi woli spontaniczne rozmowy przy kawie i dobrze się w nich czuje. Dlatego strefa networkingu działa obok przerw w programie i ich nie zastępuje.
Druga rozbieżność dotyczy kontekstu. Dane Freemana pochodzą z rynku, na którym ustrukturyzowany networking jest standardem dużych wydarzeń od lat. Wiarygodnych polskich badań o networkingu na konferencjach w ostatnich latach nie znalazłem. Nie wiem więc, czy polski uczestnik reaguje na zapisy i sygnały prowadzącego tak samo jak amerykański. Część odpowiedzi przyniosą te dwa dni w Poznaniu.
Ustaliliśmy mierniki przed startem, a nie po fakcie. Policzymy zapisy i obecności na sesjach Speed Match, obłożenie stołów Hot Tables w kolejnych rundach, liczbę wydanych zestawów Color Code i rozmów Blind Date. Najważniejszy pomiar przyjdzie później: zapytamy uczestników po dwóch tygodniach, z iloma osobami poznanymi w strefie mieli kontakt po festiwalu.
„Frekwencję przy stolikach policzę, ale strefę ocenię po jednym: ile rozmów ktoś zechciał kontynuować po powrocie do pracy.” Piotr Kalewski
Wyniki opiszę w recenzji po festiwalu, razem z tym, które formaty zadziałały i co zmienimy przy kolejnej edycji.
Osoba z telefonem pod ścianą z pierwszej sceny nie potrzebowała odwagi ani szkolenia z small talku. Potrzebowała miejsca, w którym wolno zagadać, godziny, o której coś się zaczyna, i pretekstu do pierwszego zdania. Te trzy rzeczy organizator może zaprojektować przy każdej konferencji powyżej kilkuset osób.
Przy planowaniu najbliższego wydarzenia odpowiedz sobie na jedno pytanie: gdzie i o której godzinie uczestnik, który nikogo nie zna, ma rozpocząć pierwszą rozmowę? Brak odpowiedzi oznacza, że networking w waszym programie zależy od przypadku.
Główne źródła:
Pozostałe: Poradnik Przedsiębiorcy, materiał o festiwalu I Love Marketing & Technology, 2026; Event Marketing Institute, koncepcja i parametry formatów Networking Zone, 2026; Międzynarodowe Targi Poznańskie, projekt zabudowy strefy networkingowej, 2026.
Organizujesz konferencję albo spotkanie branżowe i chcesz, żeby rozmowy między uczestnikami miały miejsce, czas i pretekst? Zobacz, jak projektujemy strefę networkingową na konferencji, i napisz, ilu uczestników się spodziewasz.
Przeczytaj też:

W skrócie: Piotr Kalewski projektuje wydarzenia firmowe jako narzędzie sprzedaży i marketingu. Zaczyna od celu biznesowego zapisanego w jednym zdaniu i od miernika, potem układa scenariusz doświadczenia pod jedno zachowanie gości, a po wydarzeniu oddaje raport: kto z właściwej grupy przyszedł, co zrobił dalej i ile kosztowała każda rozmowa handlowa.
Wydarzenie jest kosztem, gdy budżet powstaje z faktury za salę, catering i scenę, a cel dopisuje się na końcu. Jest inwestycją, gdy przed pierwszym zamówieniem ktoś zapisze, co ma się zmienić w sprzedaży albo w relacjach z klientami, i do kiedy.
Różnicę widać w jednym dokumencie. Brief kosztowy zaczyna się od daty i liczby gości. Brief inwestycyjny zaczyna się od zdania w rodzaju: do końca kwartału chcemy dwudziestu rozmów handlowych z dyrektorami zakupów z trzech wskazanych segmentów. Resztę budżetu da się wtedy obronić albo skreślić, bo każda pozycja jest pytaniem, czy przybliża to zdanie.
Bizzabo w raporcie „2025 State of Events”, opartym na ankiecie ponad 1500 organizatorów i uczestników z listopada 2024 roku, podaje, że 70% organizatorów miało trudność z wykazaniem ROI konferencji B2B. Według Certain z 2025 roku 94% marketerów mówi, że ich firma nie zamienia leadów z eventów w szanse sprzedażowe.
Z mojej praktyki po obu stronach stołu za takim wynikiem stoi najczęściej jedno: miernik wybrany po wydarzeniu. Skoro przed eventem nikt nie zapisał, co ma być wynikiem, po evencie zostają frekwencja i ankieta zadowolenia. Zarząd nie przeliczy ich na przychód i słusznie nie próbuje.
Rachunek jest krótki. Koszt całego wydarzenia dzielę przez liczbę rozmów handlowych z gośćmi z listy, które odbyły się w uzgodnionym oknie po evencie. Wychodzi koszt jednej rozmowy. Dalej liczę, ile rozmów przeszło w ofertę i ile w sprzedaż.
Do tego potrzebny jest CRM, w którym każdy gość z rejestracji dostaje znacznik źródła „event” i datę. Bez znacznika po trzech miesiącach nikt nie odróżni sprzedaży z wydarzenia od sprzedaży, która i tak by się wydarzyła. Pełny pomiar po wydarzeniu rozpisałem w tekście o ewaluacji eventu firmowego.
Targi dają zasięg, własny event daje kontrolę. Na targach listę gości tworzy ktoś inny, a o uwagę konkurujesz z setkami stoisk. Na własnym wydarzeniu sam decydujesz, kto wchodzi i co widzi, ale płacisz za zebranie ludzi, którzy sami by się nie spotkali.
Własny event wygrywa, gdy decydentów jest niewielu i znasz ich z nazwiska. Targi wygrywają, gdy dopiero ustalasz, kto jest w twoim segmencie. Jak z targów zrobić rozmowy zamiast pliku wizytówek, opisuję w tekście o leadach z konferencji i targów.
Dla Grupy Topex projektowałem cykle wydarzeń w całej Polsce dla handlowców i dystrybutorów: prezentacje nowych produktów i linii oraz aktywacje wokół nich. W TedGifted prowadziłem trasę po targach europejskich razem z liczeniem wyników, od produktu i katalogu po rozliczenie rozmów.
Jestem projektantem doświadczeń biznesowych. Prowadzę Event Marketing Institute w Poznaniu, wykładam na WSB Merito Poznań, należę do Rady Sektorowej ds. Kompetencji Komunikacji Marketingowej. Jestem autorem książki Event Management dla początkujących (i nie tylko) z 2025 roku. Pracuję też jako interim marketing director po stronie klientów, więc brief znam z obu stron stołu.
Planujesz wydarzenie i chcesz, żeby ktoś odpowiadał za jego wynik? Umów konsultację, a przejdziemy przez cztery decyzje na twoim przypadku.

W artykule znajdziesz: godzinowy scenariusz śniadania biznesowego na 90 minut, sposób liczenia kosztu na osobę obecną, a nie zaproszoną, oraz zasady rozsadzenia, które decydują o tym, czy goście w ogóle ze sobą porozmawiają.
Śniadanie biznesowe ma dwie przewagi nad konferencją: kosztuje mniej i kończy się przed dziewiątą, więc nikt nie traci dnia. Ma też słabość, której organizatorzy nie widzą, dopóki nie przeprowadzą trzeciego: dziewięćdziesiąt minut przy stole z obcymi ludźmi to czas, w którym rozmowa albo ruszy w pierwszym kwadransie, albo nie ruszy wcale.
Krótka odpowiedź: śniadanie biznesowe zorganizuj na 20 do 40 osób, w dziewięćdziesiąt minut, z jednym wystąpieniem do 20 minut i co najmniej 30 minutami rozmów przy stołach z zadanym pytaniem. Koszt licz na osobę obecną, nie zaproszoną, bo przy dwudziestoprocentowej nieobecności koszt jednostkowy rośnie o jedną czwartą. Rozsadzenie przygotuj z góry.
Pierwsze dwadzieścia minut decyduje o reszcie. Freeman i IMEX przebadali w 2025 roku ponad 2600 uczestników i organizatorów wydarzeń: 51 procent uczestników wraca na wydarzenia ze względu na networking, a 30 procent ma problem z rozpoczęciem rozmowy. Ludzie przychodzą po rozmowy i jednocześnie nie wiedzą, jak zacząć.
Dlatego przy wejściu ustaw dwie rzeczy: kartę z przypisanym stolikiem i jedno pytanie na kartce, na przykład „nad czym pracujesz w tym kwartale”. Moja opinia: takie pytanie otwiera rozmowę lepiej niż „czym się zajmujesz”, bo wymaga odpowiedzi zdaniem, nie nazwą stanowiska. Osoba przy drzwiach wita po imieniu i kieruje do stołu, a nie do bufetu.
Gospodarz mówi, po co ludzie się spotkali, jak wygląda plan i co się stanie o 8:15. Pięć minut, bez historii firmy i bez przedstawiania wszystkich sponsorów. Najważniejsza informacja to godzina zakończenia, bo ona uspokaja osoby z poranną rozmową o dziewiątej.
Jeśli prowadzisz wydarzenie sam, przećwicz ten fragment na głos z zegarem. Zasady prowadzenia dyskusji z sali opisałem w tekście o moderowaniu panelu.
Jedno, nie trzy. Prelegent dostaje temat zawężony do jednej decyzji, którą goście mogą podjąć w tym kwartale. Zalecam 45 minut rozmowy przygotowawczej z prowadzącym. Dwadzieścia minut kończy się wcześniej niż koncentracja, a zostawia miejsce na pytanie z sali.
Prelegent nie rozdaje materiałów i nie prezentuje oferty firmy. Po wystąpieniu prowadzący zadaje jedno pytanie, które stół będzie omawiał przez następne pół godziny. Zaplanowanie pytania razem z prelegentem to najważniejszy element programu.
Dla tego bloku goście przyszli. Przy każdym stole pięć lub sześć osób, jedno pytanie na kartce i prowadzący stołu, który dba o to, żeby wszyscy powiedzieli co najmniej jedno zdanie. Prowadzący stołu może być osobą z zespołu organizatora albo zaproszonym gościem, który wcześniej dostał trzy zdania instrukcji.
Rozsadzenie zmienia najwięcej. Rozdziel osoby z tej samej firmy i osoby, które przyszły razem. Z moich obserwacji rozsadzenie czterdziestu gości zajmuje około pół godziny i zwiększa szansę, że ktoś wyjdzie z nowym kontaktem. Opis projektowania pierwszej rozmowy między uczestnikami znajdziesz w tekście o networkingu na wydarzeniu.
Każdy stół mówi jedno zdanie: co z rozmowy zabiera ze sobą. Prowadzący zbiera zdania i dopisuje kolejny krok, na przykład termin następnego śniadania albo listę uczestników, którzy zgodzili się na udostępnienie kontaktu. Dziesięć minut wystarczy, a zamknięcie daje poczucie, że spotkanie coś wyprodukowało.
Po zamknięciu zostaw piętnaście minut wolnych rozmów i kawy. Z moich obserwacji goście, którzy zaczęli dobrą rozmowę przy stole, chcą ją skończyć na stojąco, więc nie wyłączaj muzyki i nie zaczynaj sprzątania.
Koszt wydarzenia licz na osobę obecną. Scenariusz liczbowy, hipotetyczny: koszty stałe wynoszą 6 000 zł, zmienne 90 zł na zaproszonego, a zaproszonych jest 40. Przy pełnej frekwencji koszt na osobę wynosi 240 zł. Gdy przychodzi 30 osób, a catering zamówiono na 40, koszt na obecną osobę rośnie do 320 zł. Różnica wynosi jedną trzecią i wynika wyłącznie z nieobecności.
Jak ograniczać nieobecność, opisałem w tekście o no-show na wydarzeniu firmowym, a projekt rejestracji, który zmniejsza liczbę osób zapisanych bez zamiaru przyjścia, w tekście o rejestracji na wydarzenie. Nie znalazłem publicznie dostępnego benchmarku kosztu śniadania biznesowego w Polsce, więc powyższe kwoty to przykład struktury, nie cennik.
Mniejszą wersję tego formatu, od dwudziestu osób, opisałem w tekście o tym, jak zacząć budowę kapitału relacyjnego od dwudziestu osób.
Planujesz cykl spotkań branżowych i chcesz zaprojektować format pod swoich gości? Umów konsultację 1:1 (250 zł netto za 60 minut, pakiet 850 zł) i przejdziemy przez scenariusz godzina po godzinie.
Dołącz do społeczności świadomych marketerów i otrzymaj pakiet bonusów za darmo! 🎉 Co 2 tygodnie wyślemy Ci też newsletter pełen konkretnych inspiracji z obszaru marketingu doświadczeń.