Event Marketing Institute Sp. z o.o.
Iwonicka 3, 60-473 Poznań
NIP 7812066079
REGON 527890052
KRS 0001090243
REGON 527890052
KRS 0001090243
© 2024 Kalewski copy
Najważniejsze tezy: Rola prowadzącego ujawnia się w trzech minutach po awarii, gdy sala patrzy na scenę i czeka na informację. Konferansjer, który zna agendę, ludzi i plan awaryjny, utrzymuje wydarzenie w ruchu, a materiały dostarczone wieczór wcześniej odbierają mu tę możliwość.
Zasilanie padło w trzeciej minucie panelu. Ekran zgasł, mikrofony zamilkły, na sali zapaliło się światło awaryjne. Na pierwszej z tych konferencji prowadzący odsunął się od pulpitu i spojrzał w stronę realizatorki. Trzydzieści sekund później połowa sali miała telefony w rękach i już z nich nie wyszła. Na drugiej prowadzący powiedział dwa zdania o tym, co się stało i ile to potrwa, po czym zapytał panelistę o rzecz, której ten nie miał na slajdach. Kiedy technika wróciła, rozmowa była w połowie i szkoda było ją przerywać.
Ten tekst jest o tej różnicy. Awaria zdarza się obu, koszt ponosi tylko jeden. Krótka odpowiedź brzmi tak: konferansjer odpowiada za uwagę sali i za realizację scenariusza w czasie, ale płacisz mu za to, co zrobi w sytuacji, której w scenariuszu nie ma. Reszta jego pracy dzieje się przed wydarzeniem i w ogóle nie jest widoczna ze sali.
Skala tłumaczy, dlaczego ta rola bywa traktowana jak dodatek do cateringu.
Raport Polskiej Organizacji Turystycznej „Przemysł spotkań i wydarzeń w Polsce 2025", opisujący rok 2024, podaje osiemnaście tysięcy dziewięćset trzydzieści cztery wydarzenia biznesowe zgłoszone przez convention bureaux. Konferencje i kongresy to czterdzieści sześć procent z nich, czyli osiem tysięcy siedemset osiemdziesiąt cztery wydarzenia i około dwóch i pół miliona uczestników. Wydarzenia korporacyjne i motywacyjne odpowiadają za czterdzieści dziewięć procent.
Dwie liczby z tego raportu mówią o pracy prowadzącego więcej niż cała reszta. Sześćdziesiąt dziewięć procent konferencji trwa jeden dzień: nie ma dnia drugiego, w którym da się odrobić złe otwarcie. I siedemdziesiąt dziewięć procent wydarzeń korporacyjnych firmy organizują samodzielnie, bez agencji.
Z tego drugiego wynika rzecz, o której rzadko się mówi wprost. W większości firmowych wydarzeń w Polsce prowadzący jest jedyną osobą w projekcie, która robi to zawodowo. Wszyscy pozostali robią to przy okazji swojej pracy. Gdy więc ta jedna osoba też przychodzi „przy okazji", z agendą przeczytaną w samochodzie, w projekcie nie ma nikogo, kto widział takie wydarzenie wcześniej.
Najczęstsze wyobrażenie o tej roli sprowadza ją do zapowiadania punktów programu. To jest jej najmniej wymagająca część i jedyna, którą widać ze sali.
Praca zaczyna się wcześniej. Prowadzący czyta scenariusz i wychwytuje miejsca, w których wydarzenie się rozjedzie: dwie prezentacje po czterdzieści minut jedna po drugiej, panel bez moderowanych pytań, wręczenie nagród dla trzydziestu osób bez ustalonej kolejności wejścia. Te punkty widać na papierze i można je naprawić, zanim staną się problemem na żywo.
Trzy rzeczy, których prowadzący pilnuje jednocześnie
Trzeci punkt jest najrzadziej zamawiany i najmocniej odczuwalny. Prowadzący jest jedyną osobą, która mówi do sali kilkanaście razy w ciągu dnia, w krótkich momentach między punktami. Trzydzieści sekund na przejściu, które wiąże następne wystąpienie z powodem, dla którego ludzie tu przyjechali, kosztuje tyle, co przeczytanie materiałów wcześniej.
Po ponad trzystu trzydziestu poprowadzonych konferencjach, galach i panelach powiem to bez ostrożności: najwięcej wartości powstaje w miejscach, których nie ma w agendzie. W pytaniu zadanym prelegentowi zamiast grzecznego podziękowania. W jednym zdaniu domykającym blok, po którym sala wie, co właśnie usłyszała.
Sala nie reaguje na awarię. Sala reaguje na to, jak zachowuje się osoba, która ma mikrofon. Odzyskanie uwagi dwustu osób, które sięgnęły po telefony, zajmuje znacznie więcej niż trzy minuty i często nie udaje się wcale.
Kolejność działań, którą stosuję, jest stała i stanowi część tego, co powinien obejmować plan awaryjny wydarzenia.
Cztery kroki w stałej kolejności
Trzeci krok jest tym, który odróżnia stawki. Wymaga wiedzy o tym, o czym w ogóle jest to wydarzenie, a tej nie da się nadrobić w trzeciej minucie ciemności.
Prelegent nie dojechał. Najgorsze rozwiązanie to skrócić przerwę i przesunąć wszystko do przodu, bo uczestnicy zaplanowali na te minuty rozmowy. Lepsze: rozszerzyć poprzedni punkt o pytania z sali albo przesunąć panel, który i tak miał być później. Prowadzący powinien znać program na tyle, żeby zaproponować to organizatorowi w ciągu minuty.
Panel się rozjeżdża. Jedna osoba mówi cztery razy dłużej niż pozostałe, temat ucieka. Moderator ma wtedy dwa narzędzia: pytanie skierowane imiennie i podsumowanie, które zamyka wątek. Oba wymagają przygotowania merytorycznego, bo pustym pytaniem nie przerwie się nikomu w połowie zdania.
Sala nie zadaje pytań. Cisza po zaproszeniu do dyskusji jest normalna i przewidywalna. Prowadzący, który przychodzi z dwoma własnymi pytaniami w zanadrzu, rozpędza rozmowę. Prowadzący, który czeka, zamyka blok pytań po czterdziestu sekundach.
W rozmowach o prowadzeniu wydarzeń prędzej czy później pada liczba: uwaga współczesnego człowieka trwa osiem sekund, mniej niż u złotej rybki. Bywa używana jako argument za skracaniem wystąpień do piętnastu minut.
Uczciwa odpowiedź brzmi tak: ta liczba nie ma źródła. Krąży od dwa tysiące piętnastego roku, bywa przypisywana Microsoftowi, a prowadzi do serwisu Statistic Brain, który nigdy nie ujawnił metodologii ani próby. Porównanie do złotej rybki nie ma umocowania w żadnym badaniu nad uwagą. Powtarzam to, bo sam używałem tej liczby ze sceny, zanim sprawdziłem, skąd pochodzi.
Co wiadomo bez niej: uwaga sali spada w trakcie dnia, spada szybciej po posiłku i spada szybciej przy wystąpieniach bez zmiany rytmu. Tego nie da się wyrazić jedną liczbą i nie trzeba. Program ułożony pod ludzi, którzy siedzą na sali szóstą godzinę, wygląda inaczej niż program ułożony pod listę tematów do wyczerpania.
Pięć rzeczy, które psują wydarzenie szybciej niż awaria techniki
Wspólny mianownik jest jeden: prowadzący pracuje na wiarygodność organizatora, nie na własną widoczność. Każde zdanie, które przenosi uwagę na niego albo obnaża kulisy produkcji, działa przeciwko wydarzeniu.
Te trzy określenia bywają używane zamiennie, a opisują różne kompetencje i różne stawki.
Miejsce na planszę: konferansjer, moderator i mistrz ceremonii, zakres i wymagania
W praktyce jedna osoba obsługuje wszystkie trzy tryby, ale różnica w przygotowaniu jest duża. Moderator panelu o transformacji energetycznej musi rozumieć temat na tyle, żeby wychwycić, że jeden z panelistów właśnie ominął pytanie. Konferansjer gali jubileuszowej musi umieć poprowadzić wręczenie nagród dla czterdziestu osób tak, żeby nie trwało godziny.
Przy zamawianiu warto powiedzieć wprost, którego trybu potrzebujesz. Zamawiając jako Head of Marketing po stronie klienta popełniałem ten błąd: prosiłem o prowadzącego, dostawałem świetnego konferansjera galowego i sadzałem go do moderowania panelu eksperckiego, którego tematu nie znał. Wyszło grzecznie i bezużytecznie, a wina była po mojej stronie.
Nie podam widełek, bo rozpiętość między studentem szkoły aktorskiej prowadzącym firmową wigilię a rozpoznawalnym dziennikarzem prowadzącym kongres branżowy jest kilkunastokrotna, a między tymi biegunami mieści się kilka różnych zawodów. Każda liczba wprowadzałaby w błąd.
Pięć rzeczy, które realnie podnoszą stawkę
Najczęstszy błąd zakupowy wygląda tak: organizator negocjuje stawkę w dół, a potem oszczędza na czasie przygotowania, bo to jedyna pozycja, której nie widać w umowie. Efekt jest przewidywalny. Osoba na scenie czyta agendę, bo nic więcej o wydarzeniu nie wie, i wszyscy uznają, że konferansjerzy są przereklamowani.
Pięć pytań, które w kilkanaście minut pokazują, z kim rozmawiasz
Interpretacja jest prosta: szukasz kogoś, kto pyta o cel wydarzenia, zanim zapyta o stawkę. Prowadzący, który na pierwszym spotkaniu chce wiedzieć, co ma się zmienić po twoim evencie, będzie na scenie pracował na ten cel.
Umowa z dobrym prowadzącym nie wystarczy, jeżeli dostanie on materiały w wieczór przed wydarzeniem. To jest część kontraktu, która leży po twojej stronie.
Minimalny pakiet, tydzień przed
Ostatni punkt ratuje wieczory. Prowadzący widzi problem pierwszy, ale nie może samodzielnie zmienić programu, za który firma zapłaciła. Ustalona ścieżka decyzyjna skraca reakcję z kilkunastu minut do jednej i to jest różnica między przesunięciem punktu a wydłużoną przerwą, z której połowa sali nie wraca.
Moja prognoza, oparta na danych z rynku i na tym, co widzę u klientów: tak, ale nie ta sama rola dla wszystkich.
Argument za jest w liczbach. Osiem tysięcy siedemset osiemdziesiąt cztery konferencje i kongresy rocznie, w większości jednodniowe, oznaczają gęste programy z dużą liczbą przejść między punktami. Każde przejście jest miejscem, w którym wydarzenie może dostać sens albo go stracić. Formaty hybrydowe to zwielokrotniły, bo prowadzący obsługuje jednocześnie dwie publiczności o różnym progu cierpliwości.
Argument za rozwarstwieniem jest równie mocny. Część tej roli, która polega na odczytaniu nazwiska i tytułu wystąpienia, jest dziś najtańsza i będzie tania nadal, bo poradzi sobie z nią gospodarz z firmy z kartką w ręku. Część merytoryczna, czyli moderowanie sporu, dopytywanie i wiązanie treści w całość, robi się droższa, bo wymaga wejścia w temat, a nie w scenariusz.
Przewiduję, że te dwie rzeczy przestaną być kupowane pod jedną nazwą i to będzie zdrowe dla obu stron.
Weź scenariusz swojego najbliższego eventu i zaznacz w nim każde miejsce, w którym coś musi zadziałać technicznie: film, prezentacja, transmisja, mikrofon bezprzewodowy, wejście artysty. Przy każdym zapisz jedno zdanie: co robimy, jeżeli to nie zadziała, i kto podejmuje tę decyzję. Punkt, przy którym nie umiesz tego zapisać, to miejsce, w którym twoje wydarzenie się zatrzyma.
Potem daj ten sam dokument osobie, która ma prowadzić. Jej reakcja na te zapisy powie ci o niej więcej niż całe portfolio.
Jeżeli szukasz osoby do poprowadzenia wydarzenia, zacznij rozmowę od jednego zdania o tym, co ma się zmienić po nim. Prowadzący, który po tym zdaniu zadaje trzy kolejne pytania, jest tym, którego szukasz. Prowadzący, który przechodzi do terminu i stawki, też poprowadzi twoje wydarzenie, tylko nie będzie wiedział, po co.
Prowadzę konferencje, gale i panele, i projektuję doświadczenia biznesowe dla firm, które chcą, żeby po wydarzeniu coś zostało.
A jeśli szukasz kogoś do poprowadzenia całego dnia, zaproś mnie do współpracy.
Przy spotkaniu do trzydziestu osób zwykle wystarczy dobrze przygotowany gospodarz z firmy. Powyżej tej skali, przy programie złożonym z kilku punktów, przy nagrodach, panelach albo wystąpieniach zewnętrznych gości, brak prowadzącego kosztuje czas i uwagę sali. Granicą nie jest liczba uczestników, tylko liczba przejść między punktami programu, którymi ktoś musi zarządzić.
Może, pod dwoma warunkami. Musi mieć doświadczenie sceniczne, bo dobra prezentacja na spotkaniu zarządu nie przekłada się na dwie godziny przed dwustuosobową salą. I nie może w tym samym czasie odpowiadać za produkcję, bo prowadzący, który w przerwie biega do techniki, wraca na scenę bez głowy do rozmowy. Przy spotkaniach wewnętrznych osoba z firmy ma przewagę, bo zna kontekst, nazwiska i historię roku, a warunkiem jest przygotowanie, nie odwaga. Częstym rozwiązaniem jest podział: gospodarz z firmy otwiera i zamyka, prowadzący z zewnątrz obsługuje resztę programu. Z czego składa się honorarium osoby z zewnątrz, rozpisałem w tekście o tym, ile kosztuje konferansjer.
W sezonie jesiennym i przedświątecznym realnie trzy do czterech miesięcy, bo terminy w listopadzie i grudniu zapełniają się najszybciej. Poza sezonem miesiąc zwykle wystarcza. Rezerwacja terminu to jedno, przygotowanie merytoryczne to drugie: materiały powinny trafić do prowadzącego najpóźniej tydzień przed, niezależnie od tego, kiedy podpisaliście umowę.
To zależy od ustaleń i ma bezpośrednie przełożenie na stawkę. Część prowadzących realizuje scenariusz dostarczony przez organizatora, część współtworzy go od etapu koncepcji. Druga opcja jest droższa i zwykle lepsza, bo osoba, która będzie ten scenariusz realizować na żywo, wychwytuje na papierze miejsca, w których program się rozjedzie.
W trakcie nie zrobisz wiele poza skróceniem jego roli: przejęciem części zapowiedzi przez gospodarza z firmy i ograniczeniem swobodnych przejść między punktami. Dlatego decyzje zapadają wcześniej. Rozmowa o celu wydarzenia, przesłanie materiałów z wyprzedzeniem i krótka próba na sali wychwytują większość problemów, zanim zobaczy je sala.
Gala wymaga rytmu, formy i panowania nad czasem przy dużej liczbie krótkich punktów. Panel wymaga znajomości tematu i umiejętności prowadzenia sporu: dopytywania, przerywania, wracania do pytania, na które ktoś nie odpowiedział. Prowadzący bez przygotowania merytorycznego przeprowadzi panel grzecznie i bezużytecznie, bo nie zauważy momentu, w którym rozmowa robi się ciekawa.


W skrócie: Piotr Kalewski projektuje wydarzenia firmowe jako narzędzie sprzedaży i marketingu. Zaczyna od celu biznesowego zapisanego w jednym zdaniu i od miernika, potem układa scenariusz doświadczenia pod jedno zachowanie gości, a po wydarzeniu oddaje raport: kto z właściwej grupy przyszedł, co zrobił dalej i ile kosztowała każda rozmowa handlowa.
Wydarzenie jest kosztem, gdy budżet powstaje z faktury za salę, catering i scenę, a cel dopisuje się na końcu. Jest inwestycją, gdy przed pierwszym zamówieniem ktoś zapisze, co ma się zmienić w sprzedaży albo w relacjach z klientami, i do kiedy.
Różnicę widać w jednym dokumencie. Brief kosztowy zaczyna się od daty i liczby gości. Brief inwestycyjny zaczyna się od zdania w rodzaju: do końca kwartału chcemy dwudziestu rozmów handlowych z dyrektorami zakupów z trzech wskazanych segmentów. Resztę budżetu da się wtedy obronić albo skreślić, bo każda pozycja jest pytaniem, czy przybliża to zdanie.
Bizzabo w raporcie „2025 State of Events”, opartym na ankiecie ponad 1500 organizatorów i uczestników z listopada 2024 roku, podaje, że 70% organizatorów miało trudność z wykazaniem ROI konferencji B2B. Według Certain z 2025 roku 94% marketerów mówi, że ich firma nie zamienia leadów z eventów w szanse sprzedażowe.
Z mojej praktyki po obu stronach stołu za takim wynikiem stoi najczęściej jedno: miernik wybrany po wydarzeniu. Skoro przed eventem nikt nie zapisał, co ma być wynikiem, po evencie zostają frekwencja i ankieta zadowolenia. Zarząd nie przeliczy ich na przychód i słusznie nie próbuje.
Rachunek jest krótki. Koszt całego wydarzenia dzielę przez liczbę rozmów handlowych z gośćmi z listy, które odbyły się w uzgodnionym oknie po evencie. Wychodzi koszt jednej rozmowy. Dalej liczę, ile rozmów przeszło w ofertę i ile w sprzedaż.
Do tego potrzebny jest CRM, w którym każdy gość z rejestracji dostaje znacznik źródła „event” i datę. Bez znacznika po trzech miesiącach nikt nie odróżni sprzedaży z wydarzenia od sprzedaży, która i tak by się wydarzyła. Pełny pomiar po wydarzeniu rozpisałem w tekście o ewaluacji eventu firmowego.
Targi dają zasięg, własny event daje kontrolę. Na targach listę gości tworzy ktoś inny, a o uwagę konkurujesz z setkami stoisk. Na własnym wydarzeniu sam decydujesz, kto wchodzi i co widzi, ale płacisz za zebranie ludzi, którzy sami by się nie spotkali.
Własny event wygrywa, gdy decydentów jest niewielu i znasz ich z nazwiska. Targi wygrywają, gdy dopiero ustalasz, kto jest w twoim segmencie. Jak z targów zrobić rozmowy zamiast pliku wizytówek, opisuję w tekście o leadach z konferencji i targów.
Dla Grupy Topex projektowałem cykle wydarzeń w całej Polsce dla handlowców i dystrybutorów: prezentacje nowych produktów i linii oraz aktywacje wokół nich. W TedGifted prowadziłem trasę po targach europejskich razem z liczeniem wyników, od produktu i katalogu po rozliczenie rozmów.
Jestem projektantem doświadczeń biznesowych. Prowadzę Event Marketing Institute w Poznaniu, wykładam na WSB Merito Poznań, należę do Rady Sektorowej ds. Kompetencji Komunikacji Marketingowej. Jestem autorem książki Event Management dla początkujących (i nie tylko) z 2025 roku. Pracuję też jako interim marketing director po stronie klientów, więc brief znam z obu stron stołu.
Planujesz wydarzenie i chcesz, żeby ktoś odpowiadał za jego wynik? Umów konsultację, a przejdziemy przez cztery decyzje na twoim przypadku.
Zacznij od listy decydentów, których chcesz poznać, nie od programu. Ustal jedno zachowanie po wydarzeniu, na przykład umówione spotkanie, i ułóż scenariusz tak, żeby każdy punkt do niego prowadził. Po evencie licz rozmowy z gośćmi z listy w uzgodnionym oknie.
Podziel koszt wydarzenia przez liczbę rozmów handlowych z właściwymi gośćmi, a potem śledź, ile z nich przeszło w ofertę i sprzedaż. Wymaga to znacznika „event” przy kontaktach w CRM i daty pierwszej rozmowy.
Zależy od tego, czy znasz swoich odbiorców z nazwiska. Gdy znasz, własne wydarzenie daje kontrolę nad listą gości i scenariuszem. Gdy dopiero szukasz segmentu, targi dają zasięg przy niższym koszcie pierwszego kontaktu.
Sprawdź trzy rzeczy: czy ktoś pyta o cel biznesowy i miernik, zanim poda cenę, czy oferta zawiera raport po wydarzeniu i kto po stronie firmy odpowiada za wynik. Agencja realizuje zlecenie, doradca ustala, co zlecenie ma przynieść.
Doświadczenia dla marek projektują agencje, studia kreatywne i niezależni konsultanci. Piotr Kalewski robi to jako projektant doświadczeń biznesowych: od celu i miernika, przez scenariusz, po raport z wyniku wydarzenia.
Piotr Kalewski jest projektantem doświadczeń biznesowych z Poznania, CEO Event Marketing Institute, wykładowcą WSB Merito Poznań i autorem książki „Event Management dla początkujących (i nie tylko)” z 2025 roku. Pracuje także jako interim marketing director po stronie klientów.

W artykule znajdziesz: godzinowy scenariusz śniadania biznesowego na 90 minut, sposób liczenia kosztu na osobę obecną, a nie zaproszoną, oraz zasady rozsadzenia, które decydują o tym, czy goście w ogóle ze sobą porozmawiają.
Śniadanie biznesowe ma dwie przewagi nad konferencją: kosztuje mniej i kończy się przed dziewiątą, więc nikt nie traci dnia. Ma też słabość, której organizatorzy nie widzą, dopóki nie przeprowadzą trzeciego: dziewięćdziesiąt minut przy stole z obcymi ludźmi to czas, w którym rozmowa albo ruszy w pierwszym kwadransie, albo nie ruszy wcale.
Krótka odpowiedź: śniadanie biznesowe zorganizuj na 20 do 40 osób, w dziewięćdziesiąt minut, z jednym wystąpieniem do 20 minut i co najmniej 30 minutami rozmów przy stołach z zadanym pytaniem. Koszt licz na osobę obecną, nie zaproszoną, bo przy dwudziestoprocentowej nieobecności koszt jednostkowy rośnie o jedną czwartą. Rozsadzenie przygotuj z góry.
Pierwsze dwadzieścia minut decyduje o reszcie. Freeman i IMEX przebadali w 2025 roku ponad 2600 uczestników i organizatorów wydarzeń: 51 procent uczestników wraca na wydarzenia ze względu na networking, a 30 procent ma problem z rozpoczęciem rozmowy. Ludzie przychodzą po rozmowy i jednocześnie nie wiedzą, jak zacząć.
Dlatego przy wejściu ustaw dwie rzeczy: kartę z przypisanym stolikiem i jedno pytanie na kartce, na przykład „nad czym pracujesz w tym kwartale”. Moja opinia: takie pytanie otwiera rozmowę lepiej niż „czym się zajmujesz”, bo wymaga odpowiedzi zdaniem, nie nazwą stanowiska. Osoba przy drzwiach wita po imieniu i kieruje do stołu, a nie do bufetu.
Gospodarz mówi, po co ludzie się spotkali, jak wygląda plan i co się stanie o 8:15. Pięć minut, bez historii firmy i bez przedstawiania wszystkich sponsorów. Najważniejsza informacja to godzina zakończenia, bo ona uspokaja osoby z poranną rozmową o dziewiątej.
Jeśli prowadzisz wydarzenie sam, przećwicz ten fragment na głos z zegarem. Zasady prowadzenia dyskusji z sali opisałem w tekście o moderowaniu panelu.
Jedno, nie trzy. Prelegent dostaje temat zawężony do jednej decyzji, którą goście mogą podjąć w tym kwartale. Zalecam 45 minut rozmowy przygotowawczej z prowadzącym. Dwadzieścia minut kończy się wcześniej niż koncentracja, a zostawia miejsce na pytanie z sali.
Prelegent nie rozdaje materiałów i nie prezentuje oferty firmy. Po wystąpieniu prowadzący zadaje jedno pytanie, które stół będzie omawiał przez następne pół godziny. Zaplanowanie pytania razem z prelegentem to najważniejszy element programu.
Dla tego bloku goście przyszli. Przy każdym stole pięć lub sześć osób, jedno pytanie na kartce i prowadzący stołu, który dba o to, żeby wszyscy powiedzieli co najmniej jedno zdanie. Prowadzący stołu może być osobą z zespołu organizatora albo zaproszonym gościem, który wcześniej dostał trzy zdania instrukcji.
Rozsadzenie zmienia najwięcej. Rozdziel osoby z tej samej firmy i osoby, które przyszły razem. Z moich obserwacji rozsadzenie czterdziestu gości zajmuje około pół godziny i zwiększa szansę, że ktoś wyjdzie z nowym kontaktem. Opis projektowania pierwszej rozmowy między uczestnikami znajdziesz w tekście o networkingu na wydarzeniu.
Każdy stół mówi jedno zdanie: co z rozmowy zabiera ze sobą. Prowadzący zbiera zdania i dopisuje kolejny krok, na przykład termin następnego śniadania albo listę uczestników, którzy zgodzili się na udostępnienie kontaktu. Dziesięć minut wystarczy, a zamknięcie daje poczucie, że spotkanie coś wyprodukowało.
Po zamknięciu zostaw piętnaście minut wolnych rozmów i kawy. Z moich obserwacji goście, którzy zaczęli dobrą rozmowę przy stole, chcą ją skończyć na stojąco, więc nie wyłączaj muzyki i nie zaczynaj sprzątania.
Koszt wydarzenia licz na osobę obecną. Scenariusz liczbowy, hipotetyczny: koszty stałe wynoszą 6 000 zł, zmienne 90 zł na zaproszonego, a zaproszonych jest 40. Przy pełnej frekwencji koszt na osobę wynosi 240 zł. Gdy przychodzi 30 osób, a catering zamówiono na 40, koszt na obecną osobę rośnie do 320 zł. Różnica wynosi jedną trzecią i wynika wyłącznie z nieobecności.
Jak ograniczać nieobecność, opisałem w tekście o no-show na wydarzeniu firmowym, a projekt rejestracji, który zmniejsza liczbę osób zapisanych bez zamiaru przyjścia, w tekście o rejestracji na wydarzenie. Nie znalazłem publicznie dostępnego benchmarku kosztu śniadania biznesowego w Polsce, więc powyższe kwoty to przykład struktury, nie cennik.
Mniejszą wersję tego formatu, od dwudziestu osób, opisałem w tekście o tym, jak zacząć budowę kapitału relacyjnego od dwudziestu osób.
Od 20 do 40. Poniżej dwudziestu trudno o różnorodność rozmów, powyżej czterdziestu trzeba drugiej osoby do prowadzenia stołów, a koszt koordynacji rośnie szybciej niż liczba gości.
To zależy od celu. Z moich obserwacji wydarzenie bezpłatne łatwiej zapełnić, ale ma wyższą nieobecność, a opłata, nawet symboliczna, zmniejsza liczbę osób zapisanych bez zamiaru przyjścia. Nie mam badania, które by to potwierdzało. Przy zaproszeniach indywidualnych płatność zwykle nie jest potrzebna.
Moja rada: raz w miesiącu lub raz na kwartał, w stałym dniu tygodnia. Rytm ważniejszy jest od jednego dobrego wydarzenia, bo goście wracają na format, który znają, a nie na pojedyncze spotkanie.
Planujesz cykl spotkań branżowych i chcesz zaprojektować format pod swoich gości? Umów konsultację 1:1 (250 zł netto za 60 minut, pakiet 850 zł) i przejdziemy przez scenariusz godzina po godzinie.

Z tekstu dowiesz się: co włożyć do welcome packa, żeby nowa osoba w poniedziałek rano wiedziała, gdzie siedzi, z kim zaczyna i co ma zrobić do piątku, oraz które elementy klasycznego pudełka z gadżetami możesz zostawić w szufladzie.
Scenariusz A. Poniedziałek, godzina dziewiąta. Nowa osoba dostaje karton: bluza z logo, kubek, notes, smycz, długopis. Laptop jeszcze jedzie od IT, opiekun jest na urlopie, a kalendarz na ten tydzień jest pusty. Karton zajmuje dziesięć minut. Resztę dnia spędza przy kawie z firmowego kubka.
Scenariusz B. Poniedziałek, godzina dziewiąta. Nowa osoba dostaje kopertę: kartkę z planem pierwszego tygodnia, imię i numer opiekuna, listę pięciu osób, z którymi spotka się do piątku, i jedno zdanie od przełożonego o tym, co ma być zrobione do końca miesiąca. Bluzy nie ma. Laptop stoi włączony.
Obie sceny są hipotetyczne, a różnica między nimi dotyczy pierwszego dnia w pracy, nie budżetu. Scenariusz B kosztuje mniej niż A i robi większą część roboty, której firma oczekuje od onboardingu.
Krótka odpowiedź: welcome pack powinien zawierać plan pierwszych trzydziestu dni, imię i kontakt opiekuna, listę osób do poznania, jedno zadanie na koniec pierwszego miesiąca i dostęp do narzędzi w dniu startu. Przedmioty z logo są dodatkiem, nie rdzeniem. Pierwszego dnia nowa osoba chce wiedzieć, co jej wolno i czego się od niej oczekuje.
Gallup podaje w publikacji o onboardingu z 2019 roku, że tylko 12 procent pracowników silnie zgadza się, że ich organizacja świetnie wdraża nowych pracowników. Dane dotyczą Stanów Zjednoczonych i nie sprawdzałem, czy w Polsce wynik jest podobny.
Ten sam materiał pokazuje, że gdy menedżer aktywnie uczestniczy w onboardingu, nowi pracownicy 3,4 raza częściej silnie zgadzają się, że ich onboarding był znakomity. Tekst Gallupa o wdrażaniu przy pracy zdalnej z 2021 roku wskazuje, że tylko 29 procent nowych pracowników czuje się w pełni przygotowanych i wspieranych w nowej roli. Według Gallupa osiągnięcie pełnej wydajności zajmuje nowej osobie zwykle około dwunastu miesięcy.
Wniosek dla welcome packa jest praktyczny. Wartość pakietu rośnie, gdy zawiera element, który angażuje przełożonego, a spada, gdy jest paczką od działu HR. Koszty, jakie firma ponosi, gdy ktoś odchodzi po kilku miesiącach, policzyłem w tekście o kosztach rotacji pracowników.
Pięć elementów wystarczy, żeby pierwszy tydzień miał strukturę:
Każdy z elementów odpowiada na jedno pytanie, które nowa osoba ma w głowie, ale rzadko zadaje: co mam robić, do kogo pójść, kogo poznać, po czym mnie ocenią i czy mogę zacząć pracę. Rozpisany proces onboardingu na pierwsze trzydzieści dni znajdziesz w tekście o onboardingu nowego pracownika.
Przedmioty z logo mogą być miłym dodatkiem, ale nie niosą informacji, której nowa osoba potrzebuje. Bluzę, kubek i długopis możesz wręczyć drugiego dnia, na kolejnym spotkaniu, albo wcale. Jeśli przedmiot ma sens, wybierz taki, którego ta osoba użyje w pracy: dobry notes, przydatny element wyposażenia stanowiska.
Moja opinia: im więcej przedmiotów w pierwszym pakiecie, tym mniej uwagi na rzeczy, które decydują o pierwszym miesiącu. Nie mam badania, które porównywałoby welcome packi z gadżetami i bez nich pod kątem retencji, więc to wniosek z logiki, nie z danych. Obietnicę, którą firma składała w ogłoszeniu, powinien potwierdzić pierwszy dzień. Jak przełożyć propozycję wartości dla pracownika na doświadczenie, opisałem osobno, a kandydatom na etapie rekrutacji poświęciłem tekst o candidate experience na wydarzeniu rekrutacyjnym.
Pakiet z przedmiotami mówi nowej osobie, że jest mile widziana. Pakiet z planem mówi jej, co ma robić, a to pierwsze pytanie, na które szuka odpowiedzi. Zacznij od planu, a przedmiot dołóż, jeśli zostanie budżet.
Nie ma ogólnej stawki. Sam plan na kartce kosztuje czas przełożonego i opiekuna, a przedmioty zależą od wyboru. Zacznij od czasu, który przełożony poświęci w pierwszym tygodniu, bo to on decyduje o wyniku.
Ma, i to większy. Pakiet wysłany przed startem może zawierać plan, kontakty i sprzęt, a nowa osoba nie widzi wtedy sali i ludzi. Plan i imię opiekuna zastępują to, co w biurze nowa osoba zobaczyłaby sama.
Przełożony i HR razem. HR odpowiada za dostępy i formalności, przełożony za plan, zadanie i listę osób. Pakiet przygotowany wyłącznie przez HR traci element, który według Gallupa wyraźnie podnosi ocenę onboardingu: udział menedżera.
Budujesz proces wdrożenia i chcesz przejść przez pierwsze trzydzieści dni własnego zespołu? Umów konsultację 1:1 (250 zł netto za 60 minut, pakiet 850 zł) i przynieś obecny plan onboardingu.
Dołącz do społeczności świadomych marketerów i otrzymaj pakiet bonusów za darmo! 🎉 Co 2 tygodnie wyślemy Ci też newsletter pełen konkretnych inspiracji z obszaru marketingu doświadczeń.