Event Marketing Institute Sp. z o.o.
Iwonicka 3, 60-473 Poznań
NIP 7812066079
REGON 527890052
KRS 0001090243
REGON 527890052
KRS 0001090243
© 2024 Kalewski copy
Z tego artykułu dowiesz się, w którym momencie kolejna drobna zmiana przestaje być drobna, jak policzyć, ile dodatkowej pracy oddaliście klientowi bez faktury, które zmiany są normalną częścią projektu eventowego, a które nowym zakresem, jak zapisać to w umowie bez tonu windykatora i co powiedzieć w trakcie projektu, zamiast robić rachunek sumienia po nim.
Trzeci tydzień przed wydarzeniem. Klient pisze, że zarząd chce jednak dołożyć panel dyskusyjny, „bo to tylko czterdzieści minut w programie". Czterdzieści minut oznacza czterech panelistów do zaproszenia i obsłużenia, moderatora, przesunięcie cateringu, nowy rider techniczny, aktualizację materiałów drukowanych i trzy rundy uzgodnień pytań. W ofercie panelu nie było.
Inny projekt, ta sama skala. Klient prosi o zmianę koncepcji scenografii, dostaje odpowiedź w ciągu dnia: możemy to zrobić, oto co się zmienia w harmonogramie i w kosztorysie, decyzję potrzebujemy do piątku. Zmiana wchodzi, kosztuje osiem tysięcy więcej i nikt nie wraca do tematu po wydarzeniu, bo wszystko zostało uzgodnione na piśmie w trakcie.
Różnica między tymi dwoma projektami nie leży w kliencie. Leży w tym, kiedy padło zdanie o konsekwencjach.
W skrócie: rozrost zakresu w eventach kosztuje więcej niż w innych usługach, bo każda zmiana pociąga dostawców, wersje dokumentów i ludzi zabookowanych na konkretny dzień. Zabezpieczeniem nie jest twardsza umowa, tylko rejestr zmian prowadzony od pierwszego dnia i jedno zdanie o konsekwencji wypowiadane przy każdej prośbie, zanim zespół zacznie ją realizować.
W momencie, w którym dotyka trzeciej strony. Poprawka w prezentacji jest wewnętrzna. Zmiana godziny rozpoczęcia dotyka obiektu, cateringu, techniki, transportu i wszystkich, którzy dostali już zaproszenie z godziną.
To jest praktyczna linia podziału, którą warto mieć w głowie podczas rozmowy z klientem. Zmiany wewnątrz jednego elementu są tanie. Zmiany, które przechodzą przez umowy z dostawcami albo przez komunikację do uczestników, są drogie niezależnie od tego, jak niewinnie brzmią.
Tomasz Maciąg, który w Creative Sparks pisze o pracy usługowej i wycenach, opisuje mechanizm narastania zakresu jako sumę małych ustępstw, z których każde z osobna wygląda na nieistotne. W eventach ten mechanizm ma jeszcze jedną właściwość: działa pod presją daty. Wydarzenie nie może się przesunąć, więc każda zmiana wprowadzona późno jest realizowana kosztem czyjegoś weekendu albo kosztem marży, a nie kosztem terminu.
Z siedmiuset projektów, które przeszły przez moje ręce, najdrożej kosztowały nie te zmiany, które były duże, tylko te, które przyszły po zamknięciu listy dostawców. Duża zmiana w ósmym tygodniu przed wydarzeniem bywa tańsza niż mała w drugim.
Najprostszy rachunek, jaki znam, robi się na jednym zamkniętym projekcie i zajmuje godzinę.
Pięć rzeczy do wypisania z ostatniego dużego projektu:
Potem przeliczcie pozycje trzecią i czwartą na dniówki, a piątą na realną różnicę w kosztach. Liczba, która wyjdzie, zwykle mieści się między jedną a trzema dniówkami zespołu przy średnim projekcie i potrafi zjeść większość marży przy projekcie o napiętym budżecie.
Ten rachunek ma jeden cel i nie jest nim wystawienie faktury wstecz. Chodzi o to, żeby przy kolejnej wycenie wiedzieć, ile faktycznie kosztuje wasz sposób pracy z klientem, i żeby w rozmowie o cenie operować liczbą, a nie poczuciem krzywdy.
Nie każda zmiana jest rozrostem zakresu i traktowanie jej tak niszczy relację szybciej niż darmowa praca. Klient ma prawo zmieniać zdanie, bo jego biznes też się zmienia między briefem a realizacją.
Granica, którą stosuję, brzmi prosto: zmiana w ramach uzgodnionego zakresu jest normalną częścią projektu, zmiana, która ten zakres powiększa, jest nowym zakresem. Poprawki w scenariuszu to pierwsze. Dołożenie drugiej sceny to drugie. Problem polega na tym, że nikt nie zapisał zakresu wystarczająco dokładnie, żeby ta granica była widoczna dla obu stron.
Trzy rzeczy, które trzeba zapisać na starcie, żeby granica była czytelna:
Ostatni punkt jest najważniejszy i najrzadziej stosowany. Data odcięcia działa lepiej niż jakikolwiek zapis o dodatkowym wynagrodzeniu, bo nie ocenia zmiany, tylko moment, w którym się pojawiła. Rozmowa przestaje dotyczyć tego, czy prośba jest uzasadniona, a zaczyna dotyczyć kalendarza.
Zapisy o zmianach mają w umowach usługowych złą sławę, bo bywają pisane językiem, który zakłada spór. Ten sam mechanizm da się opisać jako element procesu, a nie jako sankcję.
Działa konstrukcja trójdzielna. Najpierw definicja zakresu, wypisana konkretnie. Potem procedura zmiany: klient zgłasza, wykonawca w ciągu dwóch dni roboczych podaje wpływ na harmonogram i koszt, klient akceptuje albo rezygnuje. Na końcu data odcięcia i zasada, że po niej zmiany wymagają pisemnego aneksu.
Warstwa językowa ma znaczenie. „Każda zmiana zakresu będzie dodatkowo płatna" brzmi jak zapowiedź kłopotów. „Zmiany są naturalną częścią projektu, dlatego ustalamy, jak je wprowadzać bez ryzyka dla terminu" opisuje to samo i nie ustawia klienta w roli podejrzanego. Standard zarządzania projektami, opisany w przewodniku PMBOK wydanym przez Project Management Institute, nazywa to po prostu kontrolą zmian i traktuje jako normalny element prowadzenia projektu, a nie jako środek obronny.
Jedna uwaga z praktyki: umowa z takim zapisem chroni głównie w projektach, które idą źle. W projektach, które idą dobrze, nikt do niej nie zagląda, a rolę zabezpieczenia pełni rejestr zmian i to, że ktoś go prowadzi.
Jedno zdanie, wypowiadane za każdym razem, gdy pojawia się prośba spoza zakresu: „Możemy to zrobić, i tak wygląda konsekwencja". Potem konkret: czas, koszt, wpływ na inny element.
To zdanie robi trzy rzeczy naraz. Nie odmawia, więc nie psuje relacji. Przenosi decyzję na klienta, który ma pełne prawo powiedzieć, że mimo wszystko chce. I zostawia ślad, do którego można wrócić, gdy po wydarzeniu ktoś zapyta, dlaczego projekt kosztował więcej.
Najczęstszy błąd polega na milczeniu do czasu podsumowania. Zespół realizuje kolejne prośby, rośnie zmęczenie, a rozmowa o pieniądzach odbywa się dopiero wtedy, gdy wydarzenie już się odbyło i klient jest zadowolony. W tym momencie każda próba rozliczenia dodatkowej pracy brzmi jak wyciąganie ręki po premię za dobrze wykonaną robotę.
Praktyka, która działa najlepiej w projektach eventowych: krótki rejestr zmian, jedna tabela w dokumencie współdzielonym z klientem, uzupełniana na bieżąco. Data, zgłoszenie, wpływ, decyzja. Klient widzi ją przez cały projekt, więc nic nie jest niespodzianką, a zespół nie musi prowadzić rachunku krzywd w głowie.
Nie da się zabezpieczyć sytuacji, w której zmienia się osoba decyzyjna po stronie klienta w połowie projektu. Nowy człowiek nie czuje się związany ustaleniami poprzednika, a formalnie ma rację, bo umowa wiąże firmy, nie osoby.
Nie da się też zabezpieczyć presji, która pojawia się w ostatnim tygodniu. Można mieć doskonały zapis o aneksach i nie skorzystać z niego, bo alternatywą jest awantura na dwa dni przed wydarzeniem, na którą nikt nie ma miejsca w głowie.
Uczciwie: nie znam badania, które pokazywałoby skalę rozrostu zakresu w polskich projektach eventowych. Liczby, które krążą po branży, pochodzą z prezentacji sprzedażowych narzędzi do zarządzania projektami i nie mają ujawnionej metodologii. Polska Organizacja Turystyczna wspólnie z Poland Convention Bureau w raporcie „Przemysł spotkań i wydarzeń w Polsce 2025" podaje, że siedemdziesiąt dziewięć procent wydarzeń korporacyjnych firmy organizują samodzielnie. To mówi tyle, że znaczna część tych projektów prowadzona jest przez zespoły wewnętrzne, gdzie rozrost zakresu nie kończy się rozmową o marży, tylko nadgodzinami, których nikt nie liczy.
Uważam, że rejestr zmian stanie się w ciągu kilku lat standardem w projektach eventowych powyżej pewnej skali, podobnie jak wcześniej stały się nim harmonogramy produkcyjne i listy kontrolne bezpieczeństwa.
Argument za: rośnie liczba firm, które kupują wydarzenia w trybie przetargowym, a w tym trybie rozliczenie zakresu jest częścią dokumentacji, nie kwestią dobrej woli. Zespoły, które prowadzą rejestr, wygrywają te rozmowy, bo mają czym odpowiedzieć na pytanie o różnicę między ofertą a fakturą.
Argument przeciw: w mniejszych projektach koszt prowadzenia rejestru bywa wyższy niż wartość spornej pracy, a relacja z klientem opiera się na nieformalnej wymianie przysług, która działa w obie strony. Wykonawca dokłada godzinę, klient przymyka oko na opóźnienie. Wprowadzenie formalnego rejestru do takiej relacji potrafi ją zepsuć szybciej, niż uratować marżę.
Przy koncepcji i scenariuszu sprawdzają się dwie albo trzy rundy, liczone od wersji będącej podstawą wyceny. Mniej niż dwie jest nierealistyczne, bo pierwsza wersja rzadko trafia w oczekiwania. Więcej niż trzy oznacza zwykle, że problem leży nie w liczbie poprawek, tylko w tym, że brief nie został domknięty przed startem prac.
Tak i lepiej zrobić to od razu niż czekać na kolejny projekt. Wystarczy powiedzieć klientowi, że od tego momentu spisujecie ustalenia w jednym miejscu, żeby nic nie zginęło przy tempie prac. W tej formie nikt tego nie odbiera jako zaostrzenia zasad, bo korzyść jest po obu stronach.
Sprawdzić, czy ktokolwiek zakomunikował mu konsekwencję w momencie zgłaszania prośby. Jeżeli nie, spór jest przegrany na starcie i lepiej potraktować to jako koszt nauki, a ustalenia zmienić przy kolejnej umowie. Jeżeli tak, rozmowę prowadzi się na dokumencie, nie na emocjach.
Dotyczy w jeszcze większym stopniu, tylko walutą jest czas ludzi, a nie pieniądze. Dział marketingu organizujący wydarzenie dla zarządu przerabia dokładnie ten sam mechanizm, z tą różnicą, że nadgodziny nigdzie się nie pojawiają w podsumowaniu projektu. Rejestr zmian jest tam jedynym dowodem, że zakres urósł.
Zwykle w momencie kontraktowania kluczowych dostawców, czyli przy wydarzeniach średniej skali na cztery, pięć tygodni przed datą. Po tym punkcie każda zmiana oznacza renegocjację z kimś z zewnątrz, a renegocjacja w trybie pilnym prawie zawsze kosztuje więcej niż pierwotne zamówienie.
Psuje ją prośba zgłoszona po fakcie. Informacja o koszcie podana w momencie zgłoszenia zmiany jest po prostu elementem pracy i tak jest odbierana. W projektach, w których stosowałem to konsekwentnie, klienci częściej rezygnowali z części zmian, niż protestowali przeciwko dopłacie.
Czego świadomie nie podaję: procentów mówiących o skali rozrostu zakresu w projektach eventowych. Nie znam badania dla polskiego rynku, a liczby powtarzane w branży pochodzą z materiałów marketingowych dostawców oprogramowania.
Otwórz ofertę ostatniego dużego wydarzenia i zestaw ją z tym, co faktycznie dowieźliście. Wypisz różnice, przelicz je na dni pracy i zapisz tę liczbę w miejscu, do którego zajrzysz przy następnej wycenie. To jest cała analiza.
Jeżeli pracujesz po stronie klienta i ten tekst czytasz z drugiej strony stołu, przydatne będzie zestawienie tego, co realnie kupujesz, kiedy zamawiasz wydarzenie na zewnątrz, opisane w materiale o agencji kontra własnym zespole oraz w tekście o organizacji imprez firmowych z agencją albo z event managerem. Zasady dobrej współpracy obu stron rozbieram na czynniki w tekście o współpracy klienta z agencją, a jeżeli chcesz zacząć od strony pieniędzy, punktem wyjścia jest planowanie budżetu imprezy firmowej.
Dołącz do społeczności świadomych marketerów i otrzymaj pakiet bonusów za darmo! 🎉 Co 2 tygodnie wyślemy Ci też newsletter pełen konkretnych inspiracji z obszaru marketingu doświadczeń.