Event Marketing Institute Sp. z o.o.
Iwonicka 3, 60-473 Poznań
NIP 7812066079
REGON 527890052
KRS 0001090243
REGON 527890052
KRS 0001090243
© 2024 Kalewski copy
Z tego artykułu dowiesz się, jak przeprowadzić ćwiczenie polegające na zdejmowaniu z wydarzenia kolejnych warstw, od sceny przez expo po catering, co zostaje, gdy zabierzecie każdą z nich, dlaczego stoiska są zwykle najdroższym elementem o najsłabszym wyniku, jak zrobić to ćwiczenie z zespołem i z klientem bez kłótni, oraz czego ta metoda nie rozstrzygnie.
Konferencja branżowa, druga edycja. Program ma czternaście wystąpień, dwa panele i strefę expo z jedenastoma stoiskami. Organizator pokazuje mi agendę i pyta, czy da się dołożyć jeszcze jedną ścieżkę tematyczną, bo partnerzy naciskają. Pytam, ilu uczestników zostało na ostatniej sesji poprzedniej edycji. Nie wie, bo nikt nie liczył.
Drugie wydarzenie, ten sam miesiąc. Organizator wycina z programu połowę wystąpień, zostawia sześć, a uwolniony czas oddaje na trzy bloki rozmów przy stołach z zadanym pytaniem. Sprzedaż biletów na kolejną edycję rusza przed publikacją listy prelegentów i idzie szybciej niż rok wcześniej.
Ten tekst opisuje ćwiczenie, które pozwala sprawdzić, po której stronie stoi wasze wydarzenie, zanim zapłacicie za scenę.
W skrócie: zdejmij z wydarzenia po kolei scenę, expo, catering i gadżety, i po każdym ruchu odpowiedz na jedno pytanie: co nadal uzasadnia przyjazd. Elementy, po usunięciu których nie zostaje żaden powód, są kosztem obecności, nie źródłem wartości. Ćwiczenie zajmuje dziewięćdziesiąt minut i zwykle zmienia budżet mocniej niż kolejna runda negocjacji z dostawcami.
We wniosku o wyjazd wpisuje program. Prosi przełożonego o dwa dni i podpiera się listą tematów, bo to jedyny argument, który wygląda dobrze w mailu do działu, który zatwierdza koszty. Ten sam człowiek, zapytany po wydarzeniu, co było najcenniejsze, wymienia zwykle rozmowę przy kawie albo jedną osobę, którą poznał.
Julius Solaris, który od lat analizuje rynek wydarzeń i publikuje między innymi w Boldpush, zwraca uwagę na tę samą rozbieżność: uczestnicy kupują możliwość spotkania właściwych ludzi, a organizatorzy komunikują program. Z mojej perspektywy to nie jest zarzut wobec programu. Program jest biletem wstępu do rozmowy i pretekstem, który przechodzi przez akceptację budżetu. Problem zaczyna się wtedy, gdy organizator uzna, że skoro program sprzedał bilety, to program jest produktem.
Polska Organizacja Turystyczna wspólnie z Poland Convention Bureau podaje w raporcie „Przemysł spotkań i wydarzeń w Polsce 2025", obejmującym dane za rok dwa tysiące dwudziesty czwarty, że konferencji i kongresów odbyło się osiem tysięcy siedemset osiemdziesiąt cztery, a sześćdziesiąt dziewięć procent z nich trwało jeden dzień. Jednodniowy format oznacza, że cała wartość musi zmieścić się w kilku godzinach, w których uczestnik siedzi głównie tyłem do innych uczestników i przodem do sceny.
Pierwszy ruch ćwiczenia jest najbardziej niewygodny, bo scena jest tym, co organizator pokazuje zarządowi jako dowód rangi wydarzenia. Zabierzcie ją na kartce i sprawdźcie, co dalej trzyma ten projekt.
W dobrze zaprojektowanym wydarzeniu zostaje zwykle trzeci i czwarty element: dostęp do ludzi, których nie da się spotkać gdzie indziej w takim zagęszczeniu, oraz kontekst, który sprawia, że rozmowa z nimi jest łatwiejsza niż telefon w środę. W wydarzeniu skopiowanym z poprzedniego roku nie zostaje nic, bo cała konstrukcja opiera się na dwunastu wystąpieniach, z których osiem uczestnik mógł obejrzeć później na nagraniu.
Test praktyczny, który stosuję: wyobraźcie sobie, że publikujecie wszystkie prezentacje tydzień przed wydarzeniem. Jeżeli to pytanie budzi popłoch, znaczy to, że treść jest jedynym produktem, a treść jest dzisiaj najtańszym towarem na rynku.
Prowadząc wydarzenia ze sceny przez kilkanaście lat, widziałem tę zależność z bliska. Sale pustoszeją nie wtedy, gdy prelegent jest słaby, tylko wtedy, gdy uczestnik zorientuje się, że to samo dostanie z nagrania, a rozmowy na korytarzu nie dostanie już nigdy.
Bo kupuje się je jako powierzchnię, a rozlicza jako kontakt. Partner płaci za metry kwadratowe i zabudowę, organizator sprzedaje obecność, a nikt po obu stronach nie projektuje powodu, dla którego uczestnik miałby zrobić ostatnie dwadzieścia metrów w stronę konkretnego stoiska.
Zdejmijcie expo i zapytajcie partnerów, czy bez stoiska nadal chcą być na waszym wydarzeniu i za co konkretnie zapłacą. Odpowiedzi rozkładają się zwykle na trzy grupy. Część partnerów natychmiast wymieni rzeczy, które kupują naprawdę: dostęp do dwudziestu nazwisk, wspólną sesję z klientem, obecność w materiale po wydarzeniu. Część zapyta, co dostaną w zamian, i to jest dobra rozmowa. Część powie, że bez stoiska nie widzi sensu, i to też jest informacja, tylko mniej przyjemna.
W jednym z projektów przeprojektowaliśmy obecność wystawcy z klasycznego układu, w którym stoisko obsługiwały dwie hostessy, na piętnastoosobowy zespół z podziałem ról i scenariuszami rozmów. Zmieniło się nie stoisko, tylko to, kto na nim stoi i po co. Format klient powtórzył w kolejnym roku, choć zabudowa była skromniejsza.
Po zdjęciu sceny i expo zostaje warstwa, o którą warto zapytać na końcu: co z tego, co kosztuje najwięcej, da się odtworzyć za darmo, a co za żadne pieniądze.
Pięć elementów, które w tym ćwiczeniu wypadają najczęściej:
To nie znaczy, że każdy z tych elementów jest zbędny. Znaczy, że żaden z nich nie obroni się sam i każdy potrzebuje odpowiedzi na pytanie, jakie zachowanie uczestnika ma wywołać. Kolacja zaprojektowana jako sposób na przemieszanie ludzi z różnych firm wygląda inaczej niż kolacja zaprojektowana jako element prestiżu.
Elementy, które w tym ćwiczeniu bronią się niemal zawsze, są trzy: dobór uczestników, sposób prowadzenia rozmowy między nimi oraz to, co zostaje po wydarzeniu w formie kontaktu, materiału albo wspólnie wypracowanego dokumentu. Żaden z nich nie wymaga dużych pieniędzy. Wszystkie wymagają decyzji podjętych wcześnie.
Blok trwa dziewięćdziesiąt minut i potrzebuje jednej osoby, która pilnuje, żeby nie zamienił się w obronę zeszłorocznego budżetu.
Cztery kroki, w tej kolejności:
Pierwszy przebieg zwykle kończy się kłótnią o scenę, bo w zespołach eventowych scena ma status symboliczny. Warto ją wtedy odłożyć i wrócić do niej na końcu, gdy reszta warstw jest już rozebrana i widać, ile rzeczy trzymało się wyłącznie przyzwyczajenia.
Z klientem to ćwiczenie robi się inaczej niż z własnym zespołem. Klient broni decyzji, za które odpowiada przed zarządem, więc pytanie „po co to jest" słyszy jako zarzut. Pomaga przeformułowanie: nie pytamy, co wyciąć, tylko co obroni się samo, gdyby w przyszłym roku budżet spadł o trzydzieści procent. To ta sama analiza, ale rozmowa idzie o priorytety, a nie o czyjeś dawne wybory.
Ćwiczenie kończy się listą warstw, które mają się obronić. Bez pomiaru ta lista jest opinią zespołu, a opinia zespołu przegra z pierwszym telefonem od partnera, który zapyta o swoje stoisko.
Metryki wydarzenia układają się na czterech poziomach i większość organizatorów zatrzymuje się na dwóch pierwszych. Operacyjne mówią, ilu ludzi przyszło i czy harmonogram się trzymał. Metryki doświadczenia mówią, jak uczestnicy ocenili wydarzenie. Obie grupy są łatwe do zebrania i obie potrafią wyglądać świetnie przy wydarzeniu, po którym nic się nie zmieniło.
Dopiero trzeci poziom, czyli zachowania, sprawdza wnioski z ćwiczenia. Ilu uczestników umówiło rozmowę w ciągu dwóch tygodni. Ilu wróciło na kolejną edycję. Ilu przyjechało z polecenia kogoś, kto był rok wcześniej. Ile rozmów odbyło się w strefach, które projektowaliście jako relacyjne, a ile w kolejce po kawę, której nikt nie projektował.
Cztery liczby, które warto zbierać przy każdej edycji:
Ostatnia pozycja jest najbardziej niedoceniana. Partner, który podpisuje się pod wydarzeniem, zanim zobaczy listę prelegentów, kupuje publiczność, a nie scenę. Rosnący udział takich partnerów oznacza, że warstwa relacyjna faktycznie ma wartość rynkową, i jest to twardszy dowód niż każda ankieta satysfakcji.
Pomiar ustawiamy przed wydarzeniem, nie po nim. Kto zbiera dane, w jakim momencie, po ilu dniach wracamy do uczestników i kto odpowiada za kontakt z leadami partnerów. Bez tych czterech ustaleń pomiar kończy się na liczbie wejść przez bramki.
Nie powie wam, ile warta jest scena w oczach partnera, który kupuje obecność ze względów wizerunkowych, a nie sprzedażowych. Nie zmierzy wpływu wydarzenia na decyzje zakupowe, bo w procesie B2B między spotkaniem a podpisem mija zwykle kilka miesięcy i kilka innych punktów styku.
Nie zastąpi też danych. Ćwiczenie porządkuje myślenie zespołu, ale opiera się na tym, co zespół sądzi o uczestnikach. Prawdziwą odpowiedź dają obecność na ostatniej sesji, liczba umówionych rozmów, procent uczestników wracających na kolejną edycję oraz to, ilu z nich przyjeżdża na zaproszenie kogoś, kto był rok wcześniej.
Warto też uczciwie powiedzieć, czego nie wiemy o polskim rynku. Nie istnieje badanie pokazujące, jaka część wartości konferencji B2B w Polsce przypada na warstwę programową, a jaka na relacyjną. Dane branżowe opisują liczbę wydarzeń i uczestników, nie strukturę ich wartości. Każdy, kto podaje tu procenty, podaje własną intuicję w kostiumie statystyki.
Uważam, że w ciągu trzech, czterech lat warstwa programowa polskich konferencji branżowych zacznie się kurczyć, a rosnąć będzie warstwa doboru uczestników i formatów rozmowy. Powód jest prozaiczny: treść stała się darmowa i dostępna na żądanie, a dostęp do właściwych ludzi nie.
Argument za: wydarzenia, które już to zrobiły, sprzedają kolejne edycje przed ogłoszeniem programu. To najtwardszy sygnał, jaki zna ten rynek, bo oznacza, że uczestnik kupuje samo wydarzenie, a nie listę nazwisk.
Argument przeciw: sponsorzy finansują obecnie głównie widoczność, a widoczność potrzebuje sceny i stoiska. Dopóki modele sprzedaży partnerstwa opierają się na logotypie i metrach kwadratowych, organizator, który zdejmie scenę, może stracić pieniądze szybciej, niż zbuduje nową wartość. Ta zmiana wydarzy się więc najpierw tam, gdzie wydarzenie utrzymuje się z biletów, a dopiero potem tam, gdzie żyje ze sponsorów.
Dziewięćdziesiąt minut przy pięciu, sześciu osobach. Potrzebujecie kogoś od programu, kogoś od produkcji, kogoś od sprzedaży partnerstwa i kogoś, kto rozmawia z uczestnikami po wydarzeniu. Bez tej ostatniej roli ćwiczenie zamienia się w dyskusję o preferencjach zespołu. Przy większej grupie rozpada się na obronę poszczególnych działów.
Tak i tam działa jeszcze ostrzej, bo uczestnicy nie płacą za bilet, więc jedynym kosztem po ich stronie jest czas. Pytanie brzmi wtedy: gdyby udział był dobrowolny i nie było listy obecności, kto by przyszedł. Odpowiedź zwykle porządkuje program szybciej niż ankieta.
To nie jest katastrofa, tylko punkt wyjścia. Oznacza, że wydarzenie utrzymuje się z przyzwyczajenia i ma jeszcze jedną, może dwie edycje, zanim frekwencja zacznie spadać. Mając tę wiedzę rok wcześniej, możecie przeprojektować format, zamiast tłumaczyć zarządowi spadek.
Nie. Oznacza sprawdzenie, czy prelegent jest powodem przyjazdu, czy ozdobą programu. W wielu formatach ten sam człowiek daje więcej wartości w rozmowie przy stole dla dwudziestu osób niż w wystąpieniu do trzystu. Scena zostaje tam, gdzie treść wymaga jednego kierunku przekazu.
Pokazując, co dostaje zamiast metrów: liczbę rozmów z konkretnym profilem uczestnika, obecność w sesji roboczej, wspólny materiał po wydarzeniu. Sponsor kupuje efekt, a stoisko jest tylko najbardziej znanym opakowaniem tego efektu. Rozmowa udaje się wtedy, gdy macie dane o uczestnikach, a nie samą deklarację.
Ma nawet większy, bo przy pierwszej edycji nie bronicie jeszcze niczyich decyzji. Robi się je wtedy odwrotnie: zamiast zdejmować warstwy, dokładacie je pojedynczo i po każdej sprawdzacie, czy powód przyjazdu stał się mocniejszy, czy tylko program dłuższy.
Czego świadomie nie podaję: procentowego podziału wartości konferencji na warstwę programową i relacyjną. Nie znam badania, które mierzyłoby to na polskim rynku, a liczby krążące w branżowych prezentacjach nie mają ujawnionej metodologii.
Weź agendę ostatniego wydarzenia i wykreśl z niej scenę. Potem expo. Potem kolację. Po każdym skreśleniu zapisz jedno zdanie o tym, co nadal uzasadnia przyjazd. Jeżeli przy którymś ruchu zabraknie zdania, masz dokładnie wskazane miejsce, od którego zaczyna się praca projektowa.
Jeżeli chcesz iść dalej, kolejnym krokiem jest przełożenie tych wniosków na godziny i bloki, co opisałem w tekście o tym, jak ułożyć program konferencji. Warstwę relacyjną, czyli to, co zwykle broni się w tym ćwiczeniu jako pierwsze, rozbieram na czynniki w materiale o projektowaniu networkingu na wydarzeniu. Jeżeli wolisz spojrzeć na całość oczami uczestnika, zacznij od mapy doświadczeń uczestnika, a jeżeli rozmowa dotyczy pieniędzy, od audytu eventu przed budżetem. Podstawy organizacyjne zebrałem osobno w poradniku o tym, jak zorganizować konferencję.
Dołącz do społeczności świadomych marketerów i otrzymaj pakiet bonusów za darmo! 🎉 Co 2 tygodnie wyślemy Ci też newsletter pełen konkretnych inspiracji z obszaru marketingu doświadczeń.