Event Marketing Institute Sp. z o.o.
Iwonicka 3, 60-473 Poznań
NIP 7812066079
REGON 527890052
KRS 0001090243
REGON 527890052
KRS 0001090243
© 2024 Kalewski copy
Z tego artykułu dowiesz się: dlaczego wewnątrz firmy nikt nie powie, że wydarzenie nie działa, ile firmowych eventów odbywa się w Polsce w ciągu roku, jakie pięć warstw sprawdza audyt, kiedy warto go zamówić, a kiedy jest wyrzuceniem pieniędzy, co realnie da się zmierzyć po evencie i po jakim czasie, oraz cztery miejsca, w których budżet ucieka niezależnie od skali wydarzenia.
Dwie firmy z tej samej branży zamykają rok podobnym wydarzeniem. Pierwsza wydaje osiemdziesiąt tysięcy złotych, zbiera świetne oceny w ankiecie i w styczniu nikt już o tym nie mówi. Druga wydaje sześćdziesiąt, ankiety wychodzą gorzej, a w lutym trzy zespoły wdrażają rzeczy, które wymyśliły tamtego wieczoru.
Różnicy nie widać na fakturze i nie widać jej na zdjęciach. Widać ją dopiero wtedy, gdy ktoś zada pytanie, którego zwykle nikt nie zadaje: co miało się zmienić i czy się zmieniło.
Ten tekst jest o tym pytaniu. O tym, dlaczego prawie nikt wewnątrz firmy nie może na nie uczciwie odpowiedzieć, i o narzędziu, które ma to naprawić.
Zacznijmy od rzeczy niewygodnej: to nie jest kwestia odwagi ani lojalności. To kwestia arytmetyki.
Marketing wymyślił koncepcję. HR pomagał przy komunikacji. Zarząd zatwierdził budżet. Asystentka spędziła nad tym trzy miesiące. Połowa załogi dobrze się bawiła. W tej konfiguracji nie ma nikogo, kto mógłby powiedzieć „to nie zadziałało" bez oceniania własnej pracy albo pracy kolegi z sąsiedniego biurka.
Do tego dochodzi narzędzie, które z założenia nie jest w stanie przynieść złej wiadomości. Ankieta wypełniana w drodze do domu albo przy kawie następnego dnia mierzy nastrój, a nastrój po wspólnym wieczorze jest zwykle dobry. Pytanie „czy wydarzenie się podobało" ma jedną sensowną odpowiedź i wszyscy ją znają.
Rok później decyzja o powtórzeniu zapada na podstawie tej ankiety i na podstawie tego, że nikt nie protestował. Tak powstają formaty, które firma odtwarza przez pięć lat, wydając za każdym razem te same pieniądze, bez ani jednego momentu, w którym ktoś sprawdził, czy to nadal ma sens.
Audyt zewnętrzny jest w tej sytuacji wynajęciem prawa do powiedzenia prawdy. Ktoś, kto nie jest częścią wyniku, może zapytać o rzeczy, o które wewnątrz pyta się szeptem.
Warto zobaczyć, o jakim rynku mówimy, bo skala tłumaczy, dlaczego pomiar jest tak zaniedbany.
Z raportu Polskiej Organizacji Turystycznej „Przemysł spotkań i wydarzeń w Polsce 2025", opisującego rok 2024, wynika, że convention bureaux zgłosiły blisko dziewiętnaście tysięcy wydarzeń biznesowych. Prawie połowa z nich, czterdzieści dziewięć procent, to spotkania korporacyjne i motywacyjne: ponad dziewięć tysięcy wydarzeń i ponad dwa miliony uczestników. Czterdzieści sześć procent to konferencje i kongresy, z frekwencją rzędu dwóch i pół miliona osób. Targi i wystawy to zaledwie pięć procent wydarzeń, ale ponad cztery i pół miliona zwiedzających.
Dwie liczby z tego raportu mówią o kondycji rynku więcej niż cała reszta. Siedemdziesiąt dziewięć procent wydarzeń korporacyjnych organizują same przedsiębiorstwa, a nie agencje. I sześćdziesiąt dziewięć procent konferencji trwa jeden dzień.
Pierwsza oznacza, że większość tych projektów prowadzą ludzie, dla których event nie jest zawodem. Druga, że mówimy o krótkich, gęstych wydarzeniach, w których każda godzina programu jest decyzją o czymś, co się nie odbędzie.
W takim układzie brak zewnętrznego spojrzenia nie jest zaniedbaniem. Jest normą.
Audyt nie jest opinią o tym, czy wydarzenie się podobało. Jest przeglądem pięciu warstw, z których każda potrafi samodzielnie unieważnić efekt pozostałych czterech.
Czy da się jednym zdaniem powiedzieć, co ma się zmienić po wydarzeniu i u kogo. Nie „zintegrować zespół", tylko: kto ma zacząć rozmawiać z kim, w jakiej sprawie i dlaczego wcześniej tego nie robił.
Brak takiego zdania jest najczęstszym znaleziskiem w całej mojej praktyce i przesądza o wszystkim, co dzieje się dalej. Wydarzenie bez celu nie jest źle zaprojektowane. Ono po prostu nie zostało zaprojektowane.
Czy wydarzenie powstało dla konkretnego człowieka w konkretnej sytuacji, czy dla „pracowników" i „klientów" w ogóle. Trzydziestolatek z działu IT i brygadzista z hali produkcyjnej potrzebują innego formatu, a zaprasza się ich zwykle na ten sam piknik.
Typowe znalezisko w tej warstwie brzmi tak: wydarzenie ma trzy grupy uczestników o rozbieżnych oczekiwaniach, a program zaprojektowano dla jednej z nich, najczęściej tej najbliższej organizatorowi. Pozostałe dwie przychodzą, bo wypada, i wychodzą przy pierwszej okazji.
Czy w programie jest moment, w którym uczestnik coś robi, decyduje albo tworzy. Wydarzenie zbudowane wyłącznie z konsumpcji treści i atrakcji nie ma nośnika zmiany, bo nie ma w nim miejsca, w którym cokolwiek stałoby się własne.
To jest warstwa, w której najczęściej wychodzi różnica między budżetem a efektem. Można wydać krocie na scenę i nie stworzyć ani jednej sytuacji, w której uczestnik przestaje być widzem.
Co dzieje się przed i po. Zaproszenie, przygotowanie uczestników, zadanie postawione wcześniej, follow-up, obieg wniosków. Firmy pomijają tę warstwę najczęściej, a to ona decyduje, czy po evencie zostaje ślad.
Prosty test: jeśli cała komunikacja wokół wydarzenia mieści się w dwóch mailach wysłanych na tydzień przed, warstwy procesu nie ma.
Co jest mierzone, kiedy, przez kogo i wobec jakiego punktu odniesienia. Jeżeli jedynym wskaźnikiem jest frekwencja i średnia ocena, wydarzenie nie ma jak udowodnić swojej wartości, nawet gdy ją ma.
Audytor z zewnątrz ma trzy przewagi i żadnej z nich nie da się kupić wewnątrz organizacji.
Pierwsza to brak udziału w wyniku. Nie musi bronić zeszłorocznej decyzji, nie ma relacji z dostawcą, nie zna historii sporu między marketingiem a HR.
Druga to punkt odniesienia. Po siedmiuset projektach widać wzorce, których nie widać z wnętrza jednej firmy: że format kopiowany bez rewizji traci skuteczność zwykle w trzecim roku, że problem opisywany jako „słaba frekwencja" prawie zawsze jest problemem powodu, a nie promocji, i że wydarzenie oceniane wyłącznie zadowoleniem uczestników to wydarzenie bez celu biznesowego.
Trzecia jest najbardziej niewygodna. Audytor rozmawia z ludźmi, z którymi zarząd nie rozmawia: z uczestnikami z niższych szczebli, z podwykonawcami, z osobami, które w firmie od lat mówią to samo i nikt ich nie słyszy. Wersja wydarzenia z prezentacji dla zarządu i wersja z korytarza to zwykle dwa różne wydarzenia.
Zasadę, którą stawiam na pierwszym spotkaniu, mówię wprost: nie oceniam ludzi, oceniam decyzje i mechanizmy. Bez tego ustalenia audyt zamienia się w szukanie winnego, a wtedy nikt nie powie nic wartościowego i cała robota jest bezużyteczna.
Przebieg sprawdzający się przy większości projektów ma cztery etapy i zajmuje od dwóch do czterech tygodni.
Cztery etapy audytu
Ostatni punkt decyduje o wartości całości. Raport wyliczający dwadzieścia obserwacji bez hierarchii jest bezużyteczny, bo firma wdroży z niego trzy najłatwiejsze i uzna temat za zamknięty. Znaleziska muszą być ułożone według wpływu na cel, a nie według kolejności, w jakiej ktoś je zauważył.
Najstarszy i wciąż najsensowniejszy sposób myślenia o ocenie zaproponował Donald Kirkpatrick w latach pięćdziesiątych, opisując cztery poziomy: reakcję uczestników, przyrost wiedzy, zmianę zachowań i wynik dla organizacji. Model powstał dla szkoleń, ale do wydarzeń pasuje lepiej niż cokolwiek, co branża wymyśliła później.
W praktyce eventowej wygląda to tak.
| Kiedy | Co mierzysz | Czego to dowodzi |
|---|---|---|
| bezpośrednio po | frekwencja rzeczywista wobec deklarowanej, oceny, wykorzystanie stref | jakość realizacji, nie efekt |
| po miesiącu | zgłoszone inicjatywy, wykonane ustalenia, kontakty poza własnym działem | zmiana zachowań |
| po kwartale | wskaźniki po stronie biznesu: leady w procesie, rotacja, aplikacje | wpływ na organizację |
Trzeci wiersz wymaga uczciwości i tu przebiega granica między doradztwem a sprzedażą. Pojedyncze wydarzenie rzadko da się połączyć z przychodem w sposób, który obroni się przed dyrektorem finansowym, bo w tym samym kwartale działa kilkanaście innych czynników. Zamiast udawać precyzję, warto rzetelnie mierzyć poziom drugi i traktować go jako główny dowód. Liczba wdrożonych zmian jest twardsza niż wyliczony na siłę zwrot z inwestycji. Operacyjną stronę tego pomiaru opisałem w tekście o ewaluacji eventu firmowego.
Cztery miejsca wracają w audytach niezależnie od branży i skali.
Cztery najczęstsze wycieki budżetu
Wspólny mianownik jest niewygodny: żadne z tych czterech miejsc nie jest błędem wykonawczym. To są decyzje podjęte na etapie, na którym zmiana byłaby darmowa. Dobór właściwych wskaźników przed startem projektu opisałem szerzej w materiale o mierzeniu sukcesu wydarzenia.
Nie każdy event potrzebuje zewnętrznej oceny i uczciwie jest to powiedzieć, zanim ktoś zapłaci.
Kiedy odradzam audyt
Odwrotnie: sygnałów, przy których pytanie o audyt zadaje się samo, jest kilka i wystarczy, że rozpoznasz dwa. Nikt nie potrafi powiedzieć, po co robicie to wydarzenie, bez odwoływania się do zeszłego roku. Frekwencja spada, a program się nie zmienia. Oceny są wysokie, a nikt nie umie powiedzieć, co się dzięki temu zmieniło. Albo zmienił się kontekst biznesowy, a format został ten sam.
Sam koszt audytu warto ustawiać wobec budżetu, o którym pomaga zdecydować. Jeżeli mieści się w kilku procentach produkcji, a firma po nim przesuwa część pieniędzy tam, gdzie pracują, zwraca się w jednej edycji.
Moja prognoza, oparta na danych z rynku i na tym, co widzę u klientów: tak, ale nie pod tą nazwą i nie od razu.
Argument za jest prosty. Osiemnaście tysięcy wydarzeń rocznie zgłoszonych przez same convention bureaux to rynek, w którym presja na rozliczalność musi w końcu dotrzeć do warstwy projektowej. Zarządy pytają dziś o efekt wieczoru częściej niż pięć lat temu, a siedemdziesiąt dziewięć procent wydarzeń korporacyjnych prowadzą firmy własnymi siłami, czyli bez zewnętrznego głosu w procesie.
Argument za powolnym tempem jest równie mocny. Audyt jest kupowany trudno, bo obiecuje niewygodę zamiast rozwiązania, a jego wynikiem bywa rekomendacja rezygnacji z czegoś, co ktoś w firmie wymyślił. Łatwiej kupić kolejną produkcję niż zdanie, że poprzednia nie miała sensu.
Najbardziej prawdopodobny scenariusz to wejście audytu tylnymi drzwiami: jako przegląd przed briefem, druga opinia przed podpisaniem umowy albo konsultacja przy planowaniu budżetu. Ta sama praca, mniej niewygodna nazwa.
Wydarzenie działa dokładnie na tyle, na ile jasno postawiono przed nim cel, i psuje się w miejscach, w których nikt nie zadał niewygodnego pytania na czas. Audyt nie jest oceną ludzi ani rozliczaniem zeszłego roku. Jest sposobem na to, żeby pytanie padło wtedy, gdy odpowiedź jeszcze coś zmienia.
Ewaluacja mierzy przebieg: frekwencję, oceny, realizację harmonogramu. Audyt ocenia decyzje, które do tego przebiegu doprowadziły, i mechanikę, która miała wywołać zmianę. Ewaluację robi zwykle zespół projektowy, audyt z definicji ktoś z zewnątrz, bo jego wartością jest właśnie brak udziału w wyniku.
Najtaniej na etapie koncepcji, przed podpisaniem umów, gdy zmiana kosztuje jedno spotkanie. Drugi dobry moment to kilka tygodni po zakończonej edycji, kiedy dane są jeszcze świeże, a decyzja o kolejnym roku nie zapadła. Najgorszy moment to miesiąc przed wydarzeniem.
Częściowo. Przegląd celu, budżetu i pomiaru da się przeprowadzić wewnętrznie, jeśli ktoś dostanie na to mandat i czas. Nie da się zrobić wewnętrznie jednej rzeczy: usłyszeć, co ludzie naprawdę myślą o wydarzeniu, którego są częścią. To jest główny powód, dla którego audyt zamawia się na zewnątrz.
Raport z podziałem znalezisk na krytyczne, istotne i kosmetyczne, z opisem konsekwencji każdego i szacunkiem kosztu zmiany. Do tego rekomendacje w kolejności wdrożenia i zestaw wskaźników na kolejną edycję. Raport ma być dokumentem, na podstawie którego zapadają decyzje, nie prezentacją do archiwum.
Rzadko. Najczęstsza rekomendacja dotyczy przesunięcia budżetu i zmiany mechaniki. Wydarzenie, które nie działa, zwykle ma dobrą część produkcyjną i pustą część projektową, więc naprawia się je od środka, a nie od nowa.
Zwykle od dwóch do czterech tygodni, z czego po stronie firmy to kilka godzin: przekazanie dokumentów i od pięciu do dziesięciu rozmów po trzydzieści, czterdzieści minut. Największym obciążeniem nie jest czas, tylko decyzja o tym, żeby udostępnić dane budżetowe i pozwolić na rozmowy poza kręgiem projektowym.
Zbierz dokumenty z dwóch ostatnich edycji i uprzedź zespół, że przedmiotem oceny są decyzje i mechanizmy, nie ludzie. Wskaż osobę z mandatem do udostępniania danych. Im mniej filtrowania na wejściu, tym większa wartość raportu, więc warto od razu ustalić, że rozmowy są poufne wobec wnętrza organizacji.
Zanim zaakceptujesz budżet na kolejną edycję, odpowiedz na piśmie: co ma się zmienić i u kogo, po czym poznasz, że się zmieniło, kto jest właścicielem projektu po twojej stronie, co dzieje się z uczestnikiem przed wydarzeniem i po nim, oraz co się stanie, jeśli w tym roku tego nie zrobicie. Jeżeli przy dwóch z tych pytań brakuje odpowiedzi, masz materiał na audyt bez wychodzenia z biura.
Chcesz sprawdzić te odpowiedzi z kimś z zewnątrz, zanim zaczną kosztować? Napisz, jaka jest skala wydarzenia i co ma się po nim zmienić, a powiem szczerze, czy problem jest projektowy, czy produkcyjny. Więcej o projektowaniu doświadczeń biznesowych.
Dołącz do społeczności świadomych marketerów i otrzymaj pakiet bonusów za darmo! 🎉 Co 2 tygodnie wyślemy Ci też newsletter pełen konkretnych inspiracji z obszaru marketingu doświadczeń.