Event Marketing Institute Sp. z o.o.
Iwonicka 3, 60-473 Poznań
NIP 7812066079
REGON 527890052
KRS 0001090243
REGON 527890052
KRS 0001090243
© 2024 Kalewski copy
Najważniejsze tezy: Wydarzenie oceniane frekwencją i średnią z ankiety nie ma jak udowodnić swojej wartości, nawet gdy ją ma. Audyt sprawdza, czy za budżetem stoi cel biznesowy i co z wydarzenia zostaje w firmie po kilku tygodniach.
Dwie firmy z tej samej branży zamykają rok podobnym wydarzeniem. Pierwsza wydaje osiemdziesiąt tysięcy złotych, zbiera świetne oceny w ankiecie i w styczniu nikt już o tym nie mówi. Druga wydaje sześćdziesiąt, ankiety wychodzą gorzej, a w lutym trzy zespoły wdrażają rzeczy, które wymyśliły tamtego wieczoru.
Różnicy nie widać na fakturze i nie widać jej na zdjęciach. Widać ją dopiero wtedy, gdy ktoś zada pytanie, którego zwykle nikt nie zadaje: co miało się zmienić i czy się zmieniło.
Ten tekst jest o tym pytaniu. O tym, dlaczego prawie nikt wewnątrz firmy nie może na nie uczciwie odpowiedzieć, i o narzędziu, które ma to naprawić.
Zacznijmy od rzeczy niewygodnej: to nie jest kwestia odwagi ani lojalności. To kwestia arytmetyki.
Marketing wymyślił koncepcję. HR pomagał przy komunikacji. Zarząd zatwierdził budżet. Asystentka spędziła nad tym trzy miesiące. Połowa załogi dobrze się bawiła. W tej konfiguracji nie ma nikogo, kto mógłby powiedzieć „to nie zadziałało" bez oceniania własnej pracy albo pracy kolegi z sąsiedniego biurka.
Do tego dochodzi narzędzie, które z założenia nie jest w stanie przynieść złej wiadomości. Ankieta wypełniana w drodze do domu albo przy kawie następnego dnia mierzy nastrój, a nastrój po wspólnym wieczorze jest zwykle dobry. Pytanie „czy wydarzenie się podobało" ma jedną sensowną odpowiedź i wszyscy ją znają.
Rok później decyzja o powtórzeniu zapada na podstawie tej ankiety i na podstawie tego, że nikt nie protestował. Tak powstają formaty, które firma odtwarza przez pięć lat, wydając za każdym razem te same pieniądze, bez ani jednego momentu, w którym ktoś sprawdził, czy to nadal ma sens.
Audyt zewnętrzny jest w tej sytuacji wynajęciem prawa do powiedzenia prawdy. Ktoś, kto nie jest częścią wyniku, może zapytać o rzeczy, o które wewnątrz pyta się szeptem.
Skala rynku tłumaczy, dlaczego pomiar jest tak zaniedbany.
Z raportu Polskiej Organizacji Turystycznej „Przemysł spotkań i wydarzeń w Polsce 2025", opisującego rok 2024, wynika, że convention bureaux zgłosiły blisko dziewiętnaście tysięcy wydarzeń biznesowych. Prawie połowa z nich, czterdzieści dziewięć procent, to spotkania korporacyjne i motywacyjne: ponad dziewięć tysięcy wydarzeń i ponad dwa miliony uczestników. Czterdzieści sześć procent to konferencje i kongresy, z frekwencją rzędu dwóch i pół miliona osób. Targi i wystawy to zaledwie pięć procent wydarzeń, ale ponad cztery i pół miliona zwiedzających.
Dwie liczby z tego raportu mówią o kondycji rynku więcej niż cała reszta. Siedemdziesiąt dziewięć procent wydarzeń korporacyjnych organizują same przedsiębiorstwa, a nie agencje. I sześćdziesiąt dziewięć procent konferencji trwa jeden dzień.
Pierwsza oznacza, że większość tych projektów prowadzą ludzie, dla których event nie jest zawodem. Druga, że mówimy o krótkich, gęstych wydarzeniach, w których każda godzina programu jest decyzją o czymś, co się nie odbędzie.
W takim układzie brak zewnętrznego spojrzenia nie jest zaniedbaniem. Jest normą.
Audyt nie jest opinią o tym, czy wydarzenie się podobało. Jest przeglądem pięciu warstw, z których każda potrafi samodzielnie unieważnić efekt pozostałych czterech.
Czy da się jednym zdaniem powiedzieć, co ma się zmienić po wydarzeniu i u kogo. Nie „zintegrować zespół", tylko: kto ma zacząć rozmawiać z kim, w jakiej sprawie i dlaczego wcześniej tego nie robił.
Brak takiego zdania jest najczęstszym znaleziskiem w całej mojej praktyce i przesądza o wszystkim, co dzieje się dalej. Wydarzenie bez celu nie jest źle zaprojektowane. Ono po prostu nie zostało zaprojektowane.
Czy wydarzenie powstało dla konkretnego człowieka w konkretnej sytuacji, czy dla „pracowników" i „klientów" w ogóle. Trzydziestolatek z działu IT i brygadzista z hali produkcyjnej potrzebują innego formatu, a zaprasza się ich zwykle na ten sam piknik.
Typowe znalezisko w tej warstwie brzmi tak: wydarzenie ma trzy grupy uczestników o rozbieżnych oczekiwaniach, a program zaprojektowano dla jednej z nich, najczęściej tej najbliższej organizatorowi. Pozostałe dwie przychodzą, bo wypada, i wychodzą przy pierwszej okazji.
Czy w programie jest moment, w którym uczestnik coś robi, decyduje albo tworzy. Wydarzenie zbudowane wyłącznie z konsumpcji treści i atrakcji nie ma nośnika zmiany, bo nie ma w nim miejsca, w którym cokolwiek stałoby się własne.
To jest warstwa, w której najczęściej wychodzi różnica między budżetem a efektem. Można wydać krocie na scenę i nie stworzyć ani jednej sytuacji, w której uczestnik przestaje być widzem.
Co dzieje się przed i po. Zaproszenie, przygotowanie uczestników, zadanie postawione wcześniej, follow-up, obieg wniosków. Firmy pomijają tę warstwę najczęściej, a to ona decyduje, czy po evencie zostaje ślad.
Prosty test: jeśli cała komunikacja wokół wydarzenia mieści się w dwóch mailach wysłanych na tydzień przed, warstwy procesu nie ma.
Co jest mierzone, kiedy, przez kogo i wobec jakiego punktu odniesienia. Z frekwencją i średnią oceną jako jedynymi wskaźnikami wydarzenie nie ma jak udowodnić swojej wartości, nawet gdy ją ma.
Audytor z zewnątrz ma trzy przewagi i żadnej z nich nie da się kupić wewnątrz organizacji.
Pierwsza to brak udziału w wyniku. Nie musi bronić zeszłorocznej decyzji, nie ma relacji z dostawcą, nie zna historii sporu między marketingiem a HR.
Druga to punkt odniesienia. Po siedmiuset projektach widać wzorce, których nie widać z wnętrza jednej firmy: że format kopiowany bez rewizji traci skuteczność zwykle w trzecim roku, że problem opisywany jako „słaba frekwencja" prawie zawsze jest problemem powodu, a nie promocji, i że wydarzenie oceniane wyłącznie zadowoleniem uczestników to wydarzenie bez celu biznesowego.
Trzecia jest najbardziej niewygodna. Audytor rozmawia z ludźmi, z którymi zarząd nie rozmawia: z uczestnikami z niższych szczebli, z podwykonawcami, z osobami, które w firmie od lat mówią to samo i nikt ich nie słyszy. Wersja wydarzenia z prezentacji dla zarządu i wersja z korytarza to zwykle dwa różne wydarzenia.
Zasadę, którą stawiam na pierwszym spotkaniu, mówię wprost: nie oceniam ludzi, oceniam decyzje i mechanizmy. Bez tego ustalenia audyt zamienia się w szukanie winnego, a wtedy nikt nie powie nic, co da się wykorzystać, i cała robota idzie na marne.
Przebieg sprawdzający się przy większości projektów ma cztery etapy i zajmuje od dwóch do czterech tygodni.
Cztery etapy audytu
Ostatni punkt decyduje o wartości całości. Raport wyliczający dwadzieścia obserwacji bez hierarchii jest bezużyteczny, bo firma wdroży z niego trzy najłatwiejsze i uzna temat za zamknięty. Znaleziska muszą być ułożone według wpływu na cel, a nie według kolejności, w jakiej ktoś je zauważył.
Najstarszy i wciąż najsensowniejszy sposób myślenia o ocenie zaproponował Donald Kirkpatrick w latach pięćdziesiątych, opisując cztery poziomy: reakcję uczestników, przyrost wiedzy, zmianę zachowań i wynik dla organizacji. Model powstał dla szkoleń, ale do wydarzeń pasuje lepiej niż cokolwiek, co branża wymyśliła później.
W praktyce eventowej wygląda to tak.
Miejsce na planszę: co mierzyć po wydarzeniu i po jakim czasie
Trzeci wiersz wymaga uczciwości i tu przebiega granica między doradztwem a sprzedażą. Pojedyncze wydarzenie rzadko da się połączyć z przychodem w sposób, który obroni się przed dyrektorem finansowym, bo w tym samym kwartale działa kilkanaście innych czynników. Zamiast udawać precyzję, warto rzetelnie mierzyć poziom drugi i traktować go jako główny dowód. Liczba wdrożonych zmian jest twardsza niż wyliczony na siłę zwrot z inwestycji. Operacyjną stronę tego pomiaru opisałem w tekście o ewaluacji eventu firmowego.
Cztery miejsca wracają w audytach niezależnie od branży i skali.
Cztery najczęstsze wycieki budżetu
Wspólny mianownik jest niewygodny: żadne z tych czterech miejsc nie jest błędem wykonawczym. To są decyzje podjęte na etapie, na którym zmiana byłaby darmowa. Dobór właściwych wskaźników przed startem projektu opisałem szerzej w materiale o mierzeniu sukcesu wydarzenia.
Nie każdy event potrzebuje zewnętrznej oceny i uczciwie jest to powiedzieć, zanim ktoś zapłaci.
Kiedy odradzam audyt
Odwrotnie: sygnałów, przy których pytanie o audyt zadaje się samo, jest kilka i wystarczy, że rozpoznasz dwa. Nikt nie potrafi powiedzieć, po co robicie to wydarzenie, bez odwoływania się do zeszłego roku. Frekwencja spada, a program się nie zmienia. Oceny są wysokie, a nikt nie umie powiedzieć, co się dzięki temu zmieniło. Albo zmienił się kontekst biznesowy, a format został ten sam.
Sam koszt audytu warto ustawiać wobec budżetu, o którym pomaga zdecydować. Gdy mieści się w kilku procentach produkcji, a firma po nim przesuwa część pieniędzy tam, gdzie pracują, zwraca się w jednej edycji.
Moja prognoza, oparta na danych z rynku i na tym, co widzę u klientów: tak, ale nie pod tą nazwą i nie od razu.
Argument za jest prosty. Osiemnaście tysięcy wydarzeń rocznie zgłoszonych przez same convention bureaux to rynek, w którym presja na rozliczalność musi w końcu dotrzeć do warstwy projektowej. Zarządy pytają dziś o efekt wieczoru częściej niż pięć lat temu, a siedemdziesiąt dziewięć procent wydarzeń korporacyjnych prowadzą firmy własnymi siłami, czyli bez zewnętrznego głosu w procesie.
Argument za powolnym tempem jest równie mocny. Audyt jest kupowany trudno, bo obiecuje niewygodę zamiast rozwiązania, a jego wynikiem bywa rekomendacja rezygnacji z czegoś, co ktoś w firmie wymyślił. Łatwiej kupić kolejną produkcję niż zdanie, że poprzednia nie miała sensu.
Najbardziej prawdopodobny scenariusz to wejście audytu tylnymi drzwiami: jako przegląd przed briefem, druga opinia przed podpisaniem umowy albo konsultacja przy planowaniu budżetu. Ta sama praca, mniej niewygodna nazwa.
Wydarzenie działa dokładnie na tyle, na ile jasno postawiono przed nim cel, i psuje się w miejscach, w których nikt nie zadał niewygodnego pytania na czas. Audyt nie jest oceną ludzi ani rozliczaniem zeszłego roku. Jest sposobem na to, żeby pytanie padło wtedy, gdy odpowiedź jeszcze coś zmienia.
Chcesz przejść ten audyt na konkretnym projekcie, zanim zatwierdzisz budżet, umów konsultację.
Zanim zaakceptujesz budżet na kolejną edycję, odpowiedz na piśmie: co ma się zmienić i u kogo, po czym poznasz, że się zmieniło, kto jest właścicielem projektu po twojej stronie, co dzieje się z uczestnikiem przed wydarzeniem i po nim, oraz co się stanie, jeśli w tym roku tego nie zrobicie. Jeżeli przy dwóch z tych pytań brakuje odpowiedzi, masz materiał na audyt bez wychodzenia z biura.
Chcesz sprawdzić te odpowiedzi z kimś z zewnątrz, zanim zaczną kosztować? Napisz, jaka jest skala wydarzenia i co ma się po nim zmienić, a powiem szczerze, czy problem jest projektowy, czy produkcyjny. Więcej o projektowaniu doświadczeń biznesowych.
Ewaluacja mierzy przebieg: frekwencję, oceny, realizację harmonogramu. Audyt ocenia decyzje, które do tego przebiegu doprowadziły, i mechanikę, która miała wywołać zmianę. Ewaluację robi zwykle zespół projektowy, audyt z definicji ktoś z zewnątrz, bo jego wartością jest właśnie brak udziału w wyniku.
Najtaniej na etapie koncepcji, przed podpisaniem umów, gdy zmiana kosztuje jedno spotkanie. Drugi dobry moment to kilka tygodni po zakończonej edycji, kiedy dane są jeszcze świeże, a decyzja o kolejnym roku nie zapadła. Najgorszy moment to miesiąc przed wydarzeniem.
Częściowo. Przegląd celu, budżetu i pomiaru da się przeprowadzić wewnętrznie, jeśli ktoś dostanie na to mandat i czas. Nie da się zrobić wewnętrznie jednej rzeczy: usłyszeć, co ludzie naprawdę myślą o wydarzeniu, którego są częścią. To jest główny powód, dla którego audyt zamawia się na zewnątrz.
Raport z podziałem znalezisk na krytyczne, istotne i kosmetyczne, z opisem konsekwencji każdego i szacunkiem kosztu zmiany. Do tego rekomendacje w kolejności wdrożenia i zestaw wskaźników na kolejną edycję. Raport ma być dokumentem, na podstawie którego zapadają decyzje, nie prezentacją do archiwum.
Rzadko. Najczęstsza rekomendacja dotyczy przesunięcia budżetu i zmiany mechaniki. Wydarzenie, które nie działa, zwykle ma dobrą część produkcyjną i pustą część projektową, więc naprawia się je od środka, a nie od nowa.
Zwykle od dwóch do czterech tygodni, z czego po stronie firmy to kilka godzin: przekazanie dokumentów i od pięciu do dziesięciu rozmów po trzydzieści, czterdzieści minut. Największym obciążeniem nie jest czas, tylko decyzja o tym, żeby udostępnić dane budżetowe i pozwolić na rozmowy poza kręgiem projektowym.
Zbierz dokumenty z dwóch ostatnich edycji i uprzedź zespół, że przedmiotem oceny są decyzje i mechanizmy, nie ludzie. Wskaż osobę z mandatem do udostępniania danych. Im mniej filtrowania na wejściu, tym większa wartość raportu, więc warto od razu ustalić, że rozmowy są poufne wobec wnętrza organizacji.


W skrócie: Piotr Kalewski projektuje wydarzenia firmowe jako narzędzie sprzedaży i marketingu. Zaczyna od celu biznesowego zapisanego w jednym zdaniu i od miernika, potem układa scenariusz doświadczenia pod jedno zachowanie gości, a po wydarzeniu oddaje raport: kto z właściwej grupy przyszedł, co zrobił dalej i ile kosztowała każda rozmowa handlowa.
Wydarzenie jest kosztem, gdy budżet powstaje z faktury za salę, catering i scenę, a cel dopisuje się na końcu. Jest inwestycją, gdy przed pierwszym zamówieniem ktoś zapisze, co ma się zmienić w sprzedaży albo w relacjach z klientami, i do kiedy.
Różnicę widać w jednym dokumencie. Brief kosztowy zaczyna się od daty i liczby gości. Brief inwestycyjny zaczyna się od zdania w rodzaju: do końca kwartału chcemy dwudziestu rozmów handlowych z dyrektorami zakupów z trzech wskazanych segmentów. Resztę budżetu da się wtedy obronić albo skreślić, bo każda pozycja jest pytaniem, czy przybliża to zdanie.
Bizzabo w raporcie „2025 State of Events”, opartym na ankiecie ponad 1500 organizatorów i uczestników z listopada 2024 roku, podaje, że 70% organizatorów miało trudność z wykazaniem ROI konferencji B2B. Według Certain z 2025 roku 94% marketerów mówi, że ich firma nie zamienia leadów z eventów w szanse sprzedażowe.
Z mojej praktyki po obu stronach stołu za takim wynikiem stoi najczęściej jedno: miernik wybrany po wydarzeniu. Skoro przed eventem nikt nie zapisał, co ma być wynikiem, po evencie zostają frekwencja i ankieta zadowolenia. Zarząd nie przeliczy ich na przychód i słusznie nie próbuje.
Rachunek jest krótki. Koszt całego wydarzenia dzielę przez liczbę rozmów handlowych z gośćmi z listy, które odbyły się w uzgodnionym oknie po evencie. Wychodzi koszt jednej rozmowy. Dalej liczę, ile rozmów przeszło w ofertę i ile w sprzedaż.
Do tego potrzebny jest CRM, w którym każdy gość z rejestracji dostaje znacznik źródła „event” i datę. Bez znacznika po trzech miesiącach nikt nie odróżni sprzedaży z wydarzenia od sprzedaży, która i tak by się wydarzyła. Pełny pomiar po wydarzeniu rozpisałem w tekście o ewaluacji eventu firmowego.
Targi dają zasięg, własny event daje kontrolę. Na targach listę gości tworzy ktoś inny, a o uwagę konkurujesz z setkami stoisk. Na własnym wydarzeniu sam decydujesz, kto wchodzi i co widzi, ale płacisz za zebranie ludzi, którzy sami by się nie spotkali.
Własny event wygrywa, gdy decydentów jest niewielu i znasz ich z nazwiska. Targi wygrywają, gdy dopiero ustalasz, kto jest w twoim segmencie. Jak z targów zrobić rozmowy zamiast pliku wizytówek, opisuję w tekście o leadach z konferencji i targów.
Dla Grupy Topex projektowałem cykle wydarzeń w całej Polsce dla handlowców i dystrybutorów: prezentacje nowych produktów i linii oraz aktywacje wokół nich. W TedGifted prowadziłem trasę po targach europejskich razem z liczeniem wyników, od produktu i katalogu po rozliczenie rozmów.
Jestem projektantem doświadczeń biznesowych. Prowadzę Event Marketing Institute w Poznaniu, wykładam na WSB Merito Poznań, należę do Rady Sektorowej ds. Kompetencji Komunikacji Marketingowej. Jestem autorem książki Event Management dla początkujących (i nie tylko) z 2025 roku. Pracuję też jako interim marketing director po stronie klientów, więc brief znam z obu stron stołu.
Planujesz wydarzenie i chcesz, żeby ktoś odpowiadał za jego wynik? Umów konsultację, a przejdziemy przez cztery decyzje na twoim przypadku.
Zacznij od listy decydentów, których chcesz poznać, nie od programu. Ustal jedno zachowanie po wydarzeniu, na przykład umówione spotkanie, i ułóż scenariusz tak, żeby każdy punkt do niego prowadził. Po evencie licz rozmowy z gośćmi z listy w uzgodnionym oknie.
Podziel koszt wydarzenia przez liczbę rozmów handlowych z właściwymi gośćmi, a potem śledź, ile z nich przeszło w ofertę i sprzedaż. Wymaga to znacznika „event” przy kontaktach w CRM i daty pierwszej rozmowy.
Zależy od tego, czy znasz swoich odbiorców z nazwiska. Gdy znasz, własne wydarzenie daje kontrolę nad listą gości i scenariuszem. Gdy dopiero szukasz segmentu, targi dają zasięg przy niższym koszcie pierwszego kontaktu.
Sprawdź trzy rzeczy: czy ktoś pyta o cel biznesowy i miernik, zanim poda cenę, czy oferta zawiera raport po wydarzeniu i kto po stronie firmy odpowiada za wynik. Agencja realizuje zlecenie, doradca ustala, co zlecenie ma przynieść.
Doświadczenia dla marek projektują agencje, studia kreatywne i niezależni konsultanci. Piotr Kalewski robi to jako projektant doświadczeń biznesowych: od celu i miernika, przez scenariusz, po raport z wyniku wydarzenia.
Piotr Kalewski jest projektantem doświadczeń biznesowych z Poznania, CEO Event Marketing Institute, wykładowcą WSB Merito Poznań i autorem książki „Event Management dla początkujących (i nie tylko)” z 2025 roku. Pracuje także jako interim marketing director po stronie klientów.

W artykule znajdziesz: godzinowy scenariusz śniadania biznesowego na 90 minut, sposób liczenia kosztu na osobę obecną, a nie zaproszoną, oraz zasady rozsadzenia, które decydują o tym, czy goście w ogóle ze sobą porozmawiają.
Śniadanie biznesowe ma dwie przewagi nad konferencją: kosztuje mniej i kończy się przed dziewiątą, więc nikt nie traci dnia. Ma też słabość, której organizatorzy nie widzą, dopóki nie przeprowadzą trzeciego: dziewięćdziesiąt minut przy stole z obcymi ludźmi to czas, w którym rozmowa albo ruszy w pierwszym kwadransie, albo nie ruszy wcale.
Krótka odpowiedź: śniadanie biznesowe zorganizuj na 20 do 40 osób, w dziewięćdziesiąt minut, z jednym wystąpieniem do 20 minut i co najmniej 30 minutami rozmów przy stołach z zadanym pytaniem. Koszt licz na osobę obecną, nie zaproszoną, bo przy dwudziestoprocentowej nieobecności koszt jednostkowy rośnie o jedną czwartą. Rozsadzenie przygotuj z góry.
Pierwsze dwadzieścia minut decyduje o reszcie. Freeman i IMEX przebadali w 2025 roku ponad 2600 uczestników i organizatorów wydarzeń: 51 procent uczestników wraca na wydarzenia ze względu na networking, a 30 procent ma problem z rozpoczęciem rozmowy. Ludzie przychodzą po rozmowy i jednocześnie nie wiedzą, jak zacząć.
Dlatego przy wejściu ustaw dwie rzeczy: kartę z przypisanym stolikiem i jedno pytanie na kartce, na przykład „nad czym pracujesz w tym kwartale”. Moja opinia: takie pytanie otwiera rozmowę lepiej niż „czym się zajmujesz”, bo wymaga odpowiedzi zdaniem, nie nazwą stanowiska. Osoba przy drzwiach wita po imieniu i kieruje do stołu, a nie do bufetu.
Gospodarz mówi, po co ludzie się spotkali, jak wygląda plan i co się stanie o 8:15. Pięć minut, bez historii firmy i bez przedstawiania wszystkich sponsorów. Najważniejsza informacja to godzina zakończenia, bo ona uspokaja osoby z poranną rozmową o dziewiątej.
Jeśli prowadzisz wydarzenie sam, przećwicz ten fragment na głos z zegarem. Zasady prowadzenia dyskusji z sali opisałem w tekście o moderowaniu panelu.
Jedno, nie trzy. Prelegent dostaje temat zawężony do jednej decyzji, którą goście mogą podjąć w tym kwartale. Zalecam 45 minut rozmowy przygotowawczej z prowadzącym. Dwadzieścia minut kończy się wcześniej niż koncentracja, a zostawia miejsce na pytanie z sali.
Prelegent nie rozdaje materiałów i nie prezentuje oferty firmy. Po wystąpieniu prowadzący zadaje jedno pytanie, które stół będzie omawiał przez następne pół godziny. Zaplanowanie pytania razem z prelegentem to najważniejszy element programu.
Dla tego bloku goście przyszli. Przy każdym stole pięć lub sześć osób, jedno pytanie na kartce i prowadzący stołu, który dba o to, żeby wszyscy powiedzieli co najmniej jedno zdanie. Prowadzący stołu może być osobą z zespołu organizatora albo zaproszonym gościem, który wcześniej dostał trzy zdania instrukcji.
Rozsadzenie zmienia najwięcej. Rozdziel osoby z tej samej firmy i osoby, które przyszły razem. Z moich obserwacji rozsadzenie czterdziestu gości zajmuje około pół godziny i zwiększa szansę, że ktoś wyjdzie z nowym kontaktem. Opis projektowania pierwszej rozmowy między uczestnikami znajdziesz w tekście o networkingu na wydarzeniu.
Każdy stół mówi jedno zdanie: co z rozmowy zabiera ze sobą. Prowadzący zbiera zdania i dopisuje kolejny krok, na przykład termin następnego śniadania albo listę uczestników, którzy zgodzili się na udostępnienie kontaktu. Dziesięć minut wystarczy, a zamknięcie daje poczucie, że spotkanie coś wyprodukowało.
Po zamknięciu zostaw piętnaście minut wolnych rozmów i kawy. Z moich obserwacji goście, którzy zaczęli dobrą rozmowę przy stole, chcą ją skończyć na stojąco, więc nie wyłączaj muzyki i nie zaczynaj sprzątania.
Koszt wydarzenia licz na osobę obecną. Scenariusz liczbowy, hipotetyczny: koszty stałe wynoszą 6 000 zł, zmienne 90 zł na zaproszonego, a zaproszonych jest 40. Przy pełnej frekwencji koszt na osobę wynosi 240 zł. Gdy przychodzi 30 osób, a catering zamówiono na 40, koszt na obecną osobę rośnie do 320 zł. Różnica wynosi jedną trzecią i wynika wyłącznie z nieobecności.
Jak ograniczać nieobecność, opisałem w tekście o no-show na wydarzeniu firmowym, a projekt rejestracji, który zmniejsza liczbę osób zapisanych bez zamiaru przyjścia, w tekście o rejestracji na wydarzenie. Nie znalazłem publicznie dostępnego benchmarku kosztu śniadania biznesowego w Polsce, więc powyższe kwoty to przykład struktury, nie cennik.
Mniejszą wersję tego formatu, od dwudziestu osób, opisałem w tekście o tym, jak zacząć budowę kapitału relacyjnego od dwudziestu osób.
Od 20 do 40. Poniżej dwudziestu trudno o różnorodność rozmów, powyżej czterdziestu trzeba drugiej osoby do prowadzenia stołów, a koszt koordynacji rośnie szybciej niż liczba gości.
To zależy od celu. Z moich obserwacji wydarzenie bezpłatne łatwiej zapełnić, ale ma wyższą nieobecność, a opłata, nawet symboliczna, zmniejsza liczbę osób zapisanych bez zamiaru przyjścia. Nie mam badania, które by to potwierdzało. Przy zaproszeniach indywidualnych płatność zwykle nie jest potrzebna.
Moja rada: raz w miesiącu lub raz na kwartał, w stałym dniu tygodnia. Rytm ważniejszy jest od jednego dobrego wydarzenia, bo goście wracają na format, który znają, a nie na pojedyncze spotkanie.
Planujesz cykl spotkań branżowych i chcesz zaprojektować format pod swoich gości? Umów konsultację 1:1 (250 zł netto za 60 minut, pakiet 850 zł) i przejdziemy przez scenariusz godzina po godzinie.

Z tekstu dowiesz się: co włożyć do welcome packa, żeby nowa osoba w poniedziałek rano wiedziała, gdzie siedzi, z kim zaczyna i co ma zrobić do piątku, oraz które elementy klasycznego pudełka z gadżetami możesz zostawić w szufladzie.
Scenariusz A. Poniedziałek, godzina dziewiąta. Nowa osoba dostaje karton: bluza z logo, kubek, notes, smycz, długopis. Laptop jeszcze jedzie od IT, opiekun jest na urlopie, a kalendarz na ten tydzień jest pusty. Karton zajmuje dziesięć minut. Resztę dnia spędza przy kawie z firmowego kubka.
Scenariusz B. Poniedziałek, godzina dziewiąta. Nowa osoba dostaje kopertę: kartkę z planem pierwszego tygodnia, imię i numer opiekuna, listę pięciu osób, z którymi spotka się do piątku, i jedno zdanie od przełożonego o tym, co ma być zrobione do końca miesiąca. Bluzy nie ma. Laptop stoi włączony.
Obie sceny są hipotetyczne, a różnica między nimi dotyczy pierwszego dnia w pracy, nie budżetu. Scenariusz B kosztuje mniej niż A i robi większą część roboty, której firma oczekuje od onboardingu.
Krótka odpowiedź: welcome pack powinien zawierać plan pierwszych trzydziestu dni, imię i kontakt opiekuna, listę osób do poznania, jedno zadanie na koniec pierwszego miesiąca i dostęp do narzędzi w dniu startu. Przedmioty z logo są dodatkiem, nie rdzeniem. Pierwszego dnia nowa osoba chce wiedzieć, co jej wolno i czego się od niej oczekuje.
Gallup podaje w publikacji o onboardingu z 2019 roku, że tylko 12 procent pracowników silnie zgadza się, że ich organizacja świetnie wdraża nowych pracowników. Dane dotyczą Stanów Zjednoczonych i nie sprawdzałem, czy w Polsce wynik jest podobny.
Ten sam materiał pokazuje, że gdy menedżer aktywnie uczestniczy w onboardingu, nowi pracownicy 3,4 raza częściej silnie zgadzają się, że ich onboarding był znakomity. Tekst Gallupa o wdrażaniu przy pracy zdalnej z 2021 roku wskazuje, że tylko 29 procent nowych pracowników czuje się w pełni przygotowanych i wspieranych w nowej roli. Według Gallupa osiągnięcie pełnej wydajności zajmuje nowej osobie zwykle około dwunastu miesięcy.
Wniosek dla welcome packa jest praktyczny. Wartość pakietu rośnie, gdy zawiera element, który angażuje przełożonego, a spada, gdy jest paczką od działu HR. Koszty, jakie firma ponosi, gdy ktoś odchodzi po kilku miesiącach, policzyłem w tekście o kosztach rotacji pracowników.
Pięć elementów wystarczy, żeby pierwszy tydzień miał strukturę:
Każdy z elementów odpowiada na jedno pytanie, które nowa osoba ma w głowie, ale rzadko zadaje: co mam robić, do kogo pójść, kogo poznać, po czym mnie ocenią i czy mogę zacząć pracę. Rozpisany proces onboardingu na pierwsze trzydzieści dni znajdziesz w tekście o onboardingu nowego pracownika.
Przedmioty z logo mogą być miłym dodatkiem, ale nie niosą informacji, której nowa osoba potrzebuje. Bluzę, kubek i długopis możesz wręczyć drugiego dnia, na kolejnym spotkaniu, albo wcale. Jeśli przedmiot ma sens, wybierz taki, którego ta osoba użyje w pracy: dobry notes, przydatny element wyposażenia stanowiska.
Moja opinia: im więcej przedmiotów w pierwszym pakiecie, tym mniej uwagi na rzeczy, które decydują o pierwszym miesiącu. Nie mam badania, które porównywałoby welcome packi z gadżetami i bez nich pod kątem retencji, więc to wniosek z logiki, nie z danych. Obietnicę, którą firma składała w ogłoszeniu, powinien potwierdzić pierwszy dzień. Jak przełożyć propozycję wartości dla pracownika na doświadczenie, opisałem osobno, a kandydatom na etapie rekrutacji poświęciłem tekst o candidate experience na wydarzeniu rekrutacyjnym.
Pakiet z przedmiotami mówi nowej osobie, że jest mile widziana. Pakiet z planem mówi jej, co ma robić, a to pierwsze pytanie, na które szuka odpowiedzi. Zacznij od planu, a przedmiot dołóż, jeśli zostanie budżet.
Nie ma ogólnej stawki. Sam plan na kartce kosztuje czas przełożonego i opiekuna, a przedmioty zależą od wyboru. Zacznij od czasu, który przełożony poświęci w pierwszym tygodniu, bo to on decyduje o wyniku.
Ma, i to większy. Pakiet wysłany przed startem może zawierać plan, kontakty i sprzęt, a nowa osoba nie widzi wtedy sali i ludzi. Plan i imię opiekuna zastępują to, co w biurze nowa osoba zobaczyłaby sama.
Przełożony i HR razem. HR odpowiada za dostępy i formalności, przełożony za plan, zadanie i listę osób. Pakiet przygotowany wyłącznie przez HR traci element, który według Gallupa wyraźnie podnosi ocenę onboardingu: udział menedżera.
Budujesz proces wdrożenia i chcesz przejść przez pierwsze trzydzieści dni własnego zespołu? Umów konsultację 1:1 (250 zł netto za 60 minut, pakiet 850 zł) i przynieś obecny plan onboardingu.
Dołącz do społeczności świadomych marketerów i otrzymaj pakiet bonusów za darmo! 🎉 Co 2 tygodnie wyślemy Ci też newsletter pełen konkretnych inspiracji z obszaru marketingu doświadczeń.