Event Marketing Institute Sp. z o.o.
Iwonicka 3, 60-473 Poznań
NIP 7812066079
REGON 527890052
KRS 0001090243
REGON 527890052
KRS 0001090243
© 2024 Kalewski copy
Najważniejsze tezy: Rejestracja jest pierwszym doświadczeniem wydarzenia i miejscem, w którym uczestnika traci się najtaniej. O tym, kto przyjdzie, przesądza zobowiązanie podjęte przy zapisie, a trudność formularza ma mniejsze znaczenie.
W skrócie: Rejestracja jest tym miejscem, w którym uczestnik po raz pierwszy doświadcza Waszego wydarzenia, i tym, w którym najtaniej go tracicie. Dane pokazują coś, czego większość organizatorów nie chce usłyszeć: to nie trudność formularza decyduje o tym, kto przyjdzie, tylko zobowiązanie, które uczestnik podjął przy zapisie. Projektujcie zobowiązanie, nie wygodę.
Pierwsza scena: konferencja branżowa, wstęp bezpłatny, czterysta zapisów. Organizator liczy catering na trzysta pięćdziesiąt osób, bo zawsze ktoś nie przyjdzie. Rano na sali siedzi dwieście osiemdziesiąt, a na zdjęciach z sali widać puste rzędy z tyłu. Prelegenci mówią do przerzedzonej widowni, a faktura za jedzenie jest za komplet.
Druga scena: to samo wydarzenie rok później, bilet za sto złotych zwracany w formie vouchera przy wejściu. Zapisów jest dwieście dwadzieścia, czyli o połowę mniej. Na sali siedzi dwieście osiem osób. Sala jest pełna, catering się zgadza, a prelegenci mówią do ludzi, którzy chcieli tam być.
Organizator stracił połowę zapisów i nie stracił prawie nikogo z sali. To jest cała rozmowa o rejestracji w jednym akapicie.
Krótka odpowiedź: bo to pierwszy moment, w którym uczestnik coś od Was dostaje i coś Wam daje. Wszystko, co dzieje się później, buduje się na tym, co ustalił ten pierwszy kontakt.
W większości organizacji rejestracja jest traktowana jako zadanie techniczne. Ktoś wybiera narzędzie, ktoś konfiguruje formularz, ktoś wysyła potwierdzenie. Nikt nie zadaje pytania, które jest tu najważniejsze: co uczestnik czuje i rozumie w tym momencie, i co z tego wynika dla jego decyzji, żeby faktycznie przyjść.
Trzeba rozdzielić dwie rzeczy, które mieszają się w codziennej rozmowie. Zapis to czynność. Zobowiązanie to stan. Formularz zbiera zapisy, a na sali pojawiają się wyłącznie ci, u których powstał stan. Cała robota projektowa polega na tym, żeby jedno przekładało się na drugie.
Jak myśleć o całej ścieżce uczestnika, od pierwszego kontaktu po powrót do domu, rozpisałem w tekście o mapie doświadczeń uczestnika eventu.
Tu robi się ciekawie, bo dane przeczą intuicji dwa razy pod rząd.
Platforma PheedLoop opublikowała w maju 2026 roku analizę ponad ośmiuset wydarzeń, dla których miała jednocześnie dane o rejestracji i o wejściach na salę. Pierwszy wniosek wyglądał alarmująco: im łatwiejsza rejestracja, tym gorsza frekwencja. Wydarzenia, na których formularz kończyło od 90 do 95 procent rozpoczynających, miały około 29 procent nieobecności. Wydarzenia z ukończeniem poniżej 70 procent miały około 17 procent.
Brzmi jak argument za utrudnianiem rejestracji. I byłby nim, gdyby nie drugi krok analizy.
Kiedy rozdzielono wydarzenia płatne i bezpłatne, zależność zniknęła. Wśród wydarzeń płatnych odsetek nieobecności był płaski i mieścił się w przedziale od 16 do 19 procent niezależnie od tego, jak trudny był formularz. Różnica przebiegała gdzie indziej: wydarzenia bezpłatne miały medianę ukończenia formularza około 96 procent i medianę nieobecności około 28 procent, płatne odpowiednio około 86 i około 17 procent.
Wniosek autorów brzmiał: filtrem zobowiązania jest płatność, nie tarcie. Utrudnianie formularza nie buduje determinacji, tylko odsiewa ludzi przypadkowo.
Mechanizm ten dobrze ilustruje eksperyment, który we wrześniu 2026 roku opisał serwis Skift Meetings.
Jason Fried, współzałożyciel i prezes firmy 37signals, organizował w Chicago śniadanie dla użytkowników Basecampa. Przy poprzedniej, bezpłatnej edycji na 84 zapisy przyszło 38 osób, czyli frekwencja wyniosła 45 procent.
Przy kolejnej edycji wprowadził jedną zmianę: przy rejestracji uczestnik płacił sto dolarów, a przy wejściu dostawał te same sto dolarów z powrotem, w gotówce. Kto nie przyszedł, tracił kaucję.
Wynik: 55 zapisów i 50 osób na miejscu. Frekwencja 90 procent. Zapisów było o 35 procent mniej, a ludzi na sali o 32 procent więcej. Pięć przepadłych kaucji, łącznie 500 dolarów, trafiło na cel charytatywny.
Mechanizm jest nazwany w psychologii od kilkudziesięciu lat. Awersja do straty, opisana przez Daniela Kahnemana i Amosa Tversky’ego w teorii perspektywy z 1979 roku, mówi, że strata boli mocniej, niż cieszy zysk tej samej wielkości. Sto dolarów, które można stracić, działa inaczej niż sto dolarów, które można dostać. Cytowana w tym materiale psycholożka wydarzeń Victoria Matey wskazała właśnie na ten mechanizm jako wyjaśnienie wyniku.
Polska uwaga praktyczna: kaucja zwracana w gotówce jest w większości firm księgowo niewykonalna. Działa natomiast wariant z voucherem do wykorzystania na miejscu, z odliczeniem od faktury za szkolenie albo z symboliczną opłatą przekazywaną na cel wskazany przez uczestników. Zasada zostaje ta sama, zmienia się instrument.
Teraz część, którą większość artykułów o rejestracji pomija, bo psuje pointe.
Ci sami autorzy dopisali do swojej analizy aneks we wrześniu 2026 roku. Przyjrzeli się 195 wydarzeniom, na których obok siebie byli uczestnicy płacący i niepłacący, i policzyli różnicę na poziomie pojedynczej osoby, a nie całego wydarzenia. Wyszło od 2 do 4 punktów procentowych na korzyść płacących.
To jest znacznie mniej niż jedenastopunktowa różnica, którą widać między wydarzeniami płatnymi a bezpłatnymi. Innymi słowy: większa część efektu nie bierze się z samej płatności, tylko z tego, że wydarzenia płatne są po prostu innymi wydarzeniami. Mają węziej określoną grupę docelową, lepiej dopasowany program i ludzi, którzy znaleźli je celowo, a nie przypadkiem.
Praktyczny wniosek jest niewygodny: wprowadzenie opłaty do wydarzenia, które poza tym pozostaje takie samo, da Wam kilka punktów procentowych, a nie jedenaście. Reszty trzeba poszukać w programie i w tym, kogo zapraszacie.
Drugie zastrzeżenie dotyczy pochodzenia danych. To jest analiza własna dostawcy oprogramowania do obsługi wydarzeń, na próbce jego własnych klientów, opublikowana na jego blogu. Metodologia jest opisana, co już wyróżnia ją na tle branżowych infografik, ale nie jest to recenzowane badanie i nie opisuje polskiego rynku.
Dla porządku: w polskich danych branżowych, w raporcie Poland Convention Bureau POT o przemyśle spotkań za 2024 rok, nie ma w ogóle wskaźnika nieobecności. Nikt tego u nas systematycznie nie mierzy, więc każda liczba krążąca po polskiej branży jest albo importem, albo szacunkiem.
Zamiast myśleć o rejestracji jako o jednym formularzu, warto rozbić ją na pięć etapów. Każdy ma inną stawkę i innego winowajcę, kiedy coś nie działa.
Większość organizatorów pracuje nad etapem trzecim, bo tam jest narzędzie i tam widać wskaźnik. Najwięcej do zyskania jest w czwartym, gdzie zwykle nie dzieje się nic.
Lista miejsc, które w audytach wychodzą najczęściej. Każde z nich da się naprawić w tydzień.
Jedna mechanika zasługuje na osobne zdanie, bo w polskich wydarzeniach B2B praktycznie nie występuje: zapis we dwoje. Pytanie „kogo chcesz tu spotkać" albo „z kim przyjdziesz" zadane przy rejestracji robi dwie rzeczy naraz. Podnosi frekwencję, bo trudniej odpuścić, kiedy ktoś na Was liczy, i daje Wam informację o sieci powiązań na sali.
Większość wydarzeń firmowych jest bezpłatna i to się nie zmieni. Opłata nie jest jedynym nośnikiem zobowiązania, jest tylko najprostszym.
Żadna z tych rzeczy nie kosztuje. Wszystkie wymagają czegoś rzadszego niż budżet, czyli uznania, że rejestracja to proces rozpisany na tygodnie, a nie formularz włączony na miesiąc przed.
Rejestracja sprowadza się do trzech decyzji: czy uczestnik cokolwiek inwestuje przy zapisie, kto odpowiada za frekwencję jako za wskaźnik i co dzieje się między zapisem a wydarzeniem. Narzędzie jest czwarte na tej liście i ma najmniejszy wpływ.
Jeżeli planujecie udział w targach albo własne wydarzenie B2B, koszty i pełną listę pozycji rozpisałem w tekście o koszcie udziału w targach, a to, co robi z wynikiem obsada stoiska, w tekście o zespole na stoisku targowym.
Tyle, ile realnie wykorzystacie w komunikacji z uczestnikiem i w organizacji sali. Dane z analizy PheedLoop sugerują, że długość formularza nie jest tym, co decyduje o frekwencji, więc skracanie go na siłę nie rozwiąże problemu nieobecności.
W przywoływanych danych mediana dla wydarzeń bezpłatnych to około 28 procent, dla płatnych około 17. To są dane zagraniczne z jednej platformy. W Polsce nikt tego wskaźnika nie zbiera systematycznie, więc warto mierzyć własny i porównywać się ze sobą sprzed roku.
Częściowo. Na poziomie pojedynczego uczestnika różnica to kilka punktów procentowych. Większy efekt daje to, że wydarzenie płatne zwykle jest węziej zaadresowane i lepiej zaprojektowane.
Zwrot gotówką jest w większości struktur księgowo kłopotliwy. Praktyczne warianty to voucher do wykorzystania na miejscu, odliczenie od faktury za usługę albo przekazanie opłaty na cel charytatywny wskazany przez uczestników. Konstrukcję warto ustalić z księgowością przed ogłoszeniem zapisów.
Przy ośmiu tygodniach wyprzedzenia trzy to rozsądne minimum, i każdy powinien nieść treść, a nie samą prośbę o pamiętanie. Sylwetka prelegenta, pytanie o oczekiwania i praktyczna informacja o dojeździe załatwiają całość.
Tak. Łatwa rezygnacja daje Wam realną listę zamiast fikcyjnej i pozwala uruchomić listę rezerwową. Ukrywanie przycisku rezygnacji nie zatrzymuje nikogo, tylko zamienia nieobecność w zaskoczenie.
Prosić uczestnika o coś innego niż pieniądze: o potwierdzenie na trzy dni przed, o pytanie do panelu, o wybór ścieżki, o przyprowadzenie jednej osoby. Każdy włożony wysiłek pełni tę samą funkcję co kaucja.


W skrócie: Piotr Kalewski projektuje wydarzenia firmowe jako narzędzie sprzedaży i marketingu. Zaczyna od celu biznesowego zapisanego w jednym zdaniu i od miernika, potem układa scenariusz doświadczenia pod jedno zachowanie gości, a po wydarzeniu oddaje raport: kto z właściwej grupy przyszedł, co zrobił dalej i ile kosztowała każda rozmowa handlowa.
Wydarzenie jest kosztem, gdy budżet powstaje z faktury za salę, catering i scenę, a cel dopisuje się na końcu. Jest inwestycją, gdy przed pierwszym zamówieniem ktoś zapisze, co ma się zmienić w sprzedaży albo w relacjach z klientami, i do kiedy.
Różnicę widać w jednym dokumencie. Brief kosztowy zaczyna się od daty i liczby gości. Brief inwestycyjny zaczyna się od zdania w rodzaju: do końca kwartału chcemy dwudziestu rozmów handlowych z dyrektorami zakupów z trzech wskazanych segmentów. Resztę budżetu da się wtedy obronić albo skreślić, bo każda pozycja jest pytaniem, czy przybliża to zdanie.
Bizzabo w raporcie „2025 State of Events”, opartym na ankiecie ponad 1500 organizatorów i uczestników z listopada 2024 roku, podaje, że 70% organizatorów miało trudność z wykazaniem ROI konferencji B2B. Według Certain z 2025 roku 94% marketerów mówi, że ich firma nie zamienia leadów z eventów w szanse sprzedażowe.
Z mojej praktyki po obu stronach stołu za takim wynikiem stoi najczęściej jedno: miernik wybrany po wydarzeniu. Skoro przed eventem nikt nie zapisał, co ma być wynikiem, po evencie zostają frekwencja i ankieta zadowolenia. Zarząd nie przeliczy ich na przychód i słusznie nie próbuje.
Rachunek jest krótki. Koszt całego wydarzenia dzielę przez liczbę rozmów handlowych z gośćmi z listy, które odbyły się w uzgodnionym oknie po evencie. Wychodzi koszt jednej rozmowy. Dalej liczę, ile rozmów przeszło w ofertę i ile w sprzedaż.
Do tego potrzebny jest CRM, w którym każdy gość z rejestracji dostaje znacznik źródła „event” i datę. Bez znacznika po trzech miesiącach nikt nie odróżni sprzedaży z wydarzenia od sprzedaży, która i tak by się wydarzyła. Pełny pomiar po wydarzeniu rozpisałem w tekście o ewaluacji eventu firmowego.
Targi dają zasięg, własny event daje kontrolę. Na targach listę gości tworzy ktoś inny, a o uwagę konkurujesz z setkami stoisk. Na własnym wydarzeniu sam decydujesz, kto wchodzi i co widzi, ale płacisz za zebranie ludzi, którzy sami by się nie spotkali.
Własny event wygrywa, gdy decydentów jest niewielu i znasz ich z nazwiska. Targi wygrywają, gdy dopiero ustalasz, kto jest w twoim segmencie. Jak z targów zrobić rozmowy zamiast pliku wizytówek, opisuję w tekście o leadach z konferencji i targów.
Dla Grupy Topex projektowałem cykle wydarzeń w całej Polsce dla handlowców i dystrybutorów: prezentacje nowych produktów i linii oraz aktywacje wokół nich. W TedGifted prowadziłem trasę po targach europejskich razem z liczeniem wyników, od produktu i katalogu po rozliczenie rozmów.
Jestem projektantem doświadczeń biznesowych. Prowadzę Event Marketing Institute w Poznaniu, wykładam na WSB Merito Poznań, należę do Rady Sektorowej ds. Kompetencji Komunikacji Marketingowej. Jestem autorem książki Event Management dla początkujących (i nie tylko) z 2025 roku. Pracuję też jako interim marketing director po stronie klientów, więc brief znam z obu stron stołu.
Planujesz wydarzenie i chcesz, żeby ktoś odpowiadał za jego wynik? Umów konsultację, a przejdziemy przez cztery decyzje na twoim przypadku.

W artykule znajdziesz: godzinowy scenariusz śniadania biznesowego na 90 minut, sposób liczenia kosztu na osobę obecną, a nie zaproszoną, oraz zasady rozsadzenia, które decydują o tym, czy goście w ogóle ze sobą porozmawiają.
Śniadanie biznesowe ma dwie przewagi nad konferencją: kosztuje mniej i kończy się przed dziewiątą, więc nikt nie traci dnia. Ma też słabość, której organizatorzy nie widzą, dopóki nie przeprowadzą trzeciego: dziewięćdziesiąt minut przy stole z obcymi ludźmi to czas, w którym rozmowa albo ruszy w pierwszym kwadransie, albo nie ruszy wcale.
Krótka odpowiedź: śniadanie biznesowe zorganizuj na 20 do 40 osób, w dziewięćdziesiąt minut, z jednym wystąpieniem do 20 minut i co najmniej 30 minutami rozmów przy stołach z zadanym pytaniem. Koszt licz na osobę obecną, nie zaproszoną, bo przy dwudziestoprocentowej nieobecności koszt jednostkowy rośnie o jedną czwartą. Rozsadzenie przygotuj z góry.
Pierwsze dwadzieścia minut decyduje o reszcie. Freeman i IMEX przebadali w 2025 roku ponad 2600 uczestników i organizatorów wydarzeń: 51 procent uczestników wraca na wydarzenia ze względu na networking, a 30 procent ma problem z rozpoczęciem rozmowy. Ludzie przychodzą po rozmowy i jednocześnie nie wiedzą, jak zacząć.
Dlatego przy wejściu ustaw dwie rzeczy: kartę z przypisanym stolikiem i jedno pytanie na kartce, na przykład „nad czym pracujesz w tym kwartale”. Moja opinia: takie pytanie otwiera rozmowę lepiej niż „czym się zajmujesz”, bo wymaga odpowiedzi zdaniem, nie nazwą stanowiska. Osoba przy drzwiach wita po imieniu i kieruje do stołu, a nie do bufetu.
Gospodarz mówi, po co ludzie się spotkali, jak wygląda plan i co się stanie o 8:15. Pięć minut, bez historii firmy i bez przedstawiania wszystkich sponsorów. Najważniejsza informacja to godzina zakończenia, bo ona uspokaja osoby z poranną rozmową o dziewiątej.
Jeśli prowadzisz wydarzenie sam, przećwicz ten fragment na głos z zegarem. Zasady prowadzenia dyskusji z sali opisałem w tekście o moderowaniu panelu.
Jedno, nie trzy. Prelegent dostaje temat zawężony do jednej decyzji, którą goście mogą podjąć w tym kwartale. Zalecam 45 minut rozmowy przygotowawczej z prowadzącym. Dwadzieścia minut kończy się wcześniej niż koncentracja, a zostawia miejsce na pytanie z sali.
Prelegent nie rozdaje materiałów i nie prezentuje oferty firmy. Po wystąpieniu prowadzący zadaje jedno pytanie, które stół będzie omawiał przez następne pół godziny. Zaplanowanie pytania razem z prelegentem to najważniejszy element programu.
Dla tego bloku goście przyszli. Przy każdym stole pięć lub sześć osób, jedno pytanie na kartce i prowadzący stołu, który dba o to, żeby wszyscy powiedzieli co najmniej jedno zdanie. Prowadzący stołu może być osobą z zespołu organizatora albo zaproszonym gościem, który wcześniej dostał trzy zdania instrukcji.
Rozsadzenie zmienia najwięcej. Rozdziel osoby z tej samej firmy i osoby, które przyszły razem. Z moich obserwacji rozsadzenie czterdziestu gości zajmuje około pół godziny i zwiększa szansę, że ktoś wyjdzie z nowym kontaktem. Opis projektowania pierwszej rozmowy między uczestnikami znajdziesz w tekście o networkingu na wydarzeniu.
Każdy stół mówi jedno zdanie: co z rozmowy zabiera ze sobą. Prowadzący zbiera zdania i dopisuje kolejny krok, na przykład termin następnego śniadania albo listę uczestników, którzy zgodzili się na udostępnienie kontaktu. Dziesięć minut wystarczy, a zamknięcie daje poczucie, że spotkanie coś wyprodukowało.
Po zamknięciu zostaw piętnaście minut wolnych rozmów i kawy. Z moich obserwacji goście, którzy zaczęli dobrą rozmowę przy stole, chcą ją skończyć na stojąco, więc nie wyłączaj muzyki i nie zaczynaj sprzątania.
Koszt wydarzenia licz na osobę obecną. Scenariusz liczbowy, hipotetyczny: koszty stałe wynoszą 6 000 zł, zmienne 90 zł na zaproszonego, a zaproszonych jest 40. Przy pełnej frekwencji koszt na osobę wynosi 240 zł. Gdy przychodzi 30 osób, a catering zamówiono na 40, koszt na obecną osobę rośnie do 320 zł. Różnica wynosi jedną trzecią i wynika wyłącznie z nieobecności.
Jak ograniczać nieobecność, opisałem w tekście o no-show na wydarzeniu firmowym, a projekt rejestracji, który zmniejsza liczbę osób zapisanych bez zamiaru przyjścia, w tekście o rejestracji na wydarzenie. Nie znalazłem publicznie dostępnego benchmarku kosztu śniadania biznesowego w Polsce, więc powyższe kwoty to przykład struktury, nie cennik.
Mniejszą wersję tego formatu, od dwudziestu osób, opisałem w tekście o tym, jak zacząć budowę kapitału relacyjnego od dwudziestu osób.
Planujesz cykl spotkań branżowych i chcesz zaprojektować format pod swoich gości? Umów konsultację 1:1 (250 zł netto za 60 minut, pakiet 850 zł) i przejdziemy przez scenariusz godzina po godzinie.

Z tekstu dowiesz się: co włożyć do welcome packa, żeby nowa osoba w poniedziałek rano wiedziała, gdzie siedzi, z kim zaczyna i co ma zrobić do piątku, oraz które elementy klasycznego pudełka z gadżetami możesz zostawić w szufladzie.
Scenariusz A. Poniedziałek, godzina dziewiąta. Nowa osoba dostaje karton: bluza z logo, kubek, notes, smycz, długopis. Laptop jeszcze jedzie od IT, opiekun jest na urlopie, a kalendarz na ten tydzień jest pusty. Karton zajmuje dziesięć minut. Resztę dnia spędza przy kawie z firmowego kubka.
Scenariusz B. Poniedziałek, godzina dziewiąta. Nowa osoba dostaje kopertę: kartkę z planem pierwszego tygodnia, imię i numer opiekuna, listę pięciu osób, z którymi spotka się do piątku, i jedno zdanie od przełożonego o tym, co ma być zrobione do końca miesiąca. Bluzy nie ma. Laptop stoi włączony.
Obie sceny są hipotetyczne, a różnica między nimi dotyczy pierwszego dnia w pracy, nie budżetu. Scenariusz B kosztuje mniej niż A i robi większą część roboty, której firma oczekuje od onboardingu.
Krótka odpowiedź: welcome pack powinien zawierać plan pierwszych trzydziestu dni, imię i kontakt opiekuna, listę osób do poznania, jedno zadanie na koniec pierwszego miesiąca i dostęp do narzędzi w dniu startu. Przedmioty z logo są dodatkiem, nie rdzeniem. Pierwszego dnia nowa osoba chce wiedzieć, co jej wolno i czego się od niej oczekuje.
Gallup podaje w publikacji o onboardingu z 2019 roku, że tylko 12 procent pracowników silnie zgadza się, że ich organizacja świetnie wdraża nowych pracowników. Dane dotyczą Stanów Zjednoczonych i nie sprawdzałem, czy w Polsce wynik jest podobny.
Ten sam materiał pokazuje, że gdy menedżer aktywnie uczestniczy w onboardingu, nowi pracownicy 3,4 raza częściej silnie zgadzają się, że ich onboarding był znakomity. Tekst Gallupa o wdrażaniu przy pracy zdalnej z 2021 roku wskazuje, że tylko 29 procent nowych pracowników czuje się w pełni przygotowanych i wspieranych w nowej roli. Według Gallupa osiągnięcie pełnej wydajności zajmuje nowej osobie zwykle około dwunastu miesięcy.
Wniosek dla welcome packa jest praktyczny. Wartość pakietu rośnie, gdy zawiera element, który angażuje przełożonego, a spada, gdy jest paczką od działu HR. Koszty, jakie firma ponosi, gdy ktoś odchodzi po kilku miesiącach, policzyłem w tekście o kosztach rotacji pracowników.
Pięć elementów wystarczy, żeby pierwszy tydzień miał strukturę:
Każdy z elementów odpowiada na jedno pytanie, które nowa osoba ma w głowie, ale rzadko zadaje: co mam robić, do kogo pójść, kogo poznać, po czym mnie ocenią i czy mogę zacząć pracę. Rozpisany proces onboardingu na pierwsze trzydzieści dni znajdziesz w tekście o onboardingu nowego pracownika.
Przedmioty z logo mogą być miłym dodatkiem, ale nie niosą informacji, której nowa osoba potrzebuje. Bluzę, kubek i długopis możesz wręczyć drugiego dnia, na kolejnym spotkaniu, albo wcale. Jeśli przedmiot ma sens, wybierz taki, którego ta osoba użyje w pracy: dobry notes, przydatny element wyposażenia stanowiska.
Moja opinia: im więcej przedmiotów w pierwszym pakiecie, tym mniej uwagi na rzeczy, które decydują o pierwszym miesiącu. Nie mam badania, które porównywałoby welcome packi z gadżetami i bez nich pod kątem retencji, więc to wniosek z logiki, nie z danych. Obietnicę, którą firma składała w ogłoszeniu, powinien potwierdzić pierwszy dzień. Jak przełożyć propozycję wartości dla pracownika na doświadczenie, opisałem osobno, a kandydatom na etapie rekrutacji poświęciłem tekst o candidate experience na wydarzeniu rekrutacyjnym.
Pakiet z przedmiotami mówi nowej osobie, że jest mile widziana. Pakiet z planem mówi jej, co ma robić, a to pierwsze pytanie, na które szuka odpowiedzi. Zacznij od planu, a przedmiot dołóż, jeśli zostanie budżet.
Budujesz proces wdrożenia i chcesz przejść przez pierwsze trzydzieści dni własnego zespołu? Umów konsultację 1:1 (250 zł netto za 60 minut, pakiet 850 zł) i przynieś obecny plan onboardingu.
Dołącz do społeczności świadomych marketerów i otrzymaj pakiet bonusów za darmo! 🎉 Co 2 tygodnie wyślemy Ci też newsletter pełen konkretnych inspiracji z obszaru marketingu doświadczeń.