Event Marketing Institute Sp. z o.o.
Iwonicka 3, 60-473 Poznań
NIP 7812066079
REGON 527890052
KRS 0001090243
REGON 527890052
KRS 0001090243
© 2024 Kalewski copy
Najważniejsze tezy: Zaproszenie rodzin zmienia cel wydarzenia: wigilia zespołowa pracuje na relacje wewnątrz firmy, a spotkanie rodzinne na przywiązanie przez osoby, które w firmie nie pracują. Próba zrobienia obu naraz kończy się zwykle tym, że żaden cel nie zostaje osiągnięty.
W skrócie: Zaproszenie rodzin zmienia wydarzenie na poziomie celu, nie dekoracji. Wigilia zespołowa pracuje na relacje wewnątrz firmy, spotkanie rodzinne pracuje na przywiązanie przez osoby, które w firmie nie pracują. To dwa różne produkty i próba zrobienia obu naraz zwykle kończy się tym, że żaden nie wychodzi. Decydując się na rodziny, przeprojektujcie porę, program i budżet razem z listą gości.
Pierwsza scena: sala bankietowa, dwudziesta, część oficjalna. Przy trzecim stoliku od sceny siedzi sześciolatek, który od czterdziestu minut nie ma nic do roboty. Jego matka słucha przemówienia prezesa jednym uchem, bo drugim pilnuje, żeby dziecko nie zeszło pod stół. O dwudziestej pierwszej wychodzą. W ankiecie po wydarzeniu napisze, że było miło.
Druga scena: ta sama firma rok później. Sobota, piętnasta, ten sam budżet. Dwie strefy, jedna z animacją dla dzieci i jedna dla dorosłych, wspólne rozpoczęcie na dwadzieścia minut i wspólny koniec. Ta sama matka zostaje do siedemnastej trzydzieści i rozmawia z ludźmi z dwóch innych działów, bo dziecko jest zajęte czymś, co trwa dłużej niż kwadrans.
Różnica nie leżała w budżecie ani w pomyśle. Leżała w tym, że za drugim razem ktoś przyznał, że zaproszenie rodzin jest decyzją projektową, a nie miłym gestem dopisanym do zaproszenia.
Krótka odpowiedź: zmienia się pora, długość, układ przestrzeni, menu, profil ryzyka i sposób liczenia frekwencji. Nie zmienia się tylko jedna rzecz: budżet nadal jest ten sam, a osób jest dwa razy więcej.
Zacznijmy od rzeczy najmniej oczywistej. Dorosły, który przyszedł z dzieckiem, nie jest uczestnikiem Waszego wydarzenia. Jest opiekunem, który przy okazji uczestniczy. To jest zupełnie inny stan uwagi i żadna część oficjalna tego nie przebije.
Stąd prosta zasada, którą stosuję przy każdym formacie rodzinnym: jeżeli chcecie, żeby rodzice z Wami rozmawiali, musicie najpierw zdjąć z nich obowiązek pilnowania. Dopóki tego nie zrobicie, każdy punkt programu dla dorosłych konkuruje z dzieckiem i przegrywa.
W polskim kontekście najlepiej udokumentowanym przykładem wydarzenia zaprojektowanego dla rodzin pracowników jest Kids Camp firmy SOFTSWISS. Wartą uwagi nie jest sama skala, tylko to, jak konsekwentnie przeniesiono tam ciężar z pracownika na jego rodzinę.
Liczby z drugiej edycji, według komunikatów firmy: ponad sto dzieci pracowników z ośrodków w Warszawie i Poznaniu oraz z dziesięciu innych krajów, jedenaście dni w ośrodku nad Jeziorskiem od 27 lipca do 6 sierpnia, ponad pięćdziesiąt różnych aktywności składających się na około 350 godzin programu. Pierwsza edycja, według wcześniejszego komunikatu tej samej firmy, objęła 175 dzieci. Projekt został nagrodzony w konkursie Eventex Awards 2025 w kategorii wydarzeń korporacyjnych.
Ciekawszy od skali jest jeden mechanizm. Organizatorzy wprowadzili wewnętrzną walutę: dzieci zdobywały monety za udział, zaangażowanie i dyscyplinę, a potem wymieniały je na przywileje, od wyboru muzyki na dyskotece po dodatkową porcję lodów. Producentka wydarzenia Hanna Sauchuk opowiadała, że uczestnicy zaczęli składać się na wspólne zakupy, między innymi na wspólne powitanie wschodu słońca.
To jest ten moment, w którym mechanika przestaje być atrakcją, a zaczyna produkować zachowania, których nikt nie zaprojektował wprost. Dokładnie o to chodzi w projektowaniu doświadczeń i dokładnie tego brakuje w większości firmowych formatów rodzinnych, gdzie dzieci dostają dmuchańca i tyle.
Założyciel firmy Ivan Montik ujął cel w sposób, który warto zapamiętać, bo to jest cała teza tego formatu: pracownik ma poza biurkiem rodzinę, a wydarzenie dla dzieci mówi wprost, że ta rodzina ma dla firmy znaczenie.
Zastrzeżenie, które należy postawić uczciwie: to jest komunikacja firmy o własnym projekcie, nie niezależne badanie. Nie znamy kosztu, nie znamy wpływu na rotację ani na wyniki rekrutacji. Znamy natomiast konstrukcję i ta konstrukcja jest sensowna.
To jest pytanie, które rozstrzyga wszystko inne, a pada najrzadziej.
Wigilia firmowa ma cel zespołowy. Ludzie, którzy przez rok pisali do siebie na czacie, mają usiąść przy jednym stole i porozmawiać jak ludzie. Obecność rodzin ten cel osłabia, bo każdy rozmawia głównie z osobą, z którą przyszedł.
Wydarzenie rodzinne ma cel inny. Pokazuje bliskim, gdzie i z kim pracuje ich partner albo rodzic, i buduje przywiązanie przez ludzi spoza organizacji. To jest narzędzie employer brandingu i działa w zupełnie innej logice.
Trzy warianty, które widuję w praktyce, i to, co każdy realnie daje:
Jeżeli wybieracie wariant pierwszy, pamiętajcie o jednym: zaproszenie rodzin jest nieodwracalne. Firma, która raz zaprosiła bliskich, w kolejnym roku nie może po cichu wrócić do formatu zamkniętego bez tłumaczenia się.
Tu popełnia się najdroższy błąd całego formatu, i jest to błąd arytmetyczny, nie koncepcyjny.
Punktem odniesienia dla kosztu spotkania świątecznego w Polsce są dane Briefly za 2023 rok: średnia krajowa wyniosła 214 złotych od osoby przy typowym spotkaniu na czterdziestu kilku uczestników. Ta średnia opisuje jednak wydarzenie dla pracowników, nie dla pracowników z rodzinami.
Z mojej praktyki realny mnożnik przy zaproszeniu bliskich mieści się między 1,8 a 2,5 na każdego pracownika, który potwierdzi udział. Nie na każdego zatrudnionego i nie na każde wysłane zaproszenie. Różnica między tymi trzema liczbami potrafi wynosić kilkaset porcji.
Pełną strukturę budżetu z rezerwą i podziałem na kategorie rozpisałem w tekście o planowaniu budżetu imprezy firmowej, a dobór menu i formatów wydawania w tekście o menu i cateringu na wigilię firmową.
Dmuchańce i malowanie twarzy zajmują dzieci i na tym kończy się ich rola. Nie łączą nikogo z nikim i nie budują żadnej relacji z firmą. To nie jest zarzut, to jest opis funkcji: są potrzebne, ale nie są programem.
Pracują natomiast trzy rzeczy, które w polskich firmowych formatach rodzinnych pojawiają się rzadko.
Nie ma w Polsce wiarygodnych, publicznych danych o tym, jaka część firm zaprasza rodziny na spotkania świąteczne, i nie będę udawał, że są. Zestawienia, które krążą w branży, pochodzą zwykle od dostawców usług, czyli od strony zainteresowanej wynikiem.
Druga rozbieżność jest poważniejsza i dotyczy całego obszaru spotkań świątecznych. Badania nad skalą zjawiska w Polsce dają wyniki, których nie da się pogodzić: w jednych opracowaniach odsetek firm organizujących wigilię to kilkanaście do dwudziestu kilku procent, w innych blisko osiemdziesiąt. Różnica bierze się z metodologii i z tego, kogo pytano, a nie ze zmiany trendu. Każdy, kto pokaże Wam jedną z tych liczb jako fakt, pomija drugą połowę obrazu.
Trzecia rzecz, tym razem z własnej praktyki i także bez umocowania w badaniach: deklarowana chęć przyjścia z rodziną jest wyższa od realnej. Ludzie zaznaczają w formularzu, że przyjdą z dwójką dzieci, a przychodzą z jednym albo sami. Dlatego próg gwarantowanej liczby porcji i termin jego korekty są przy tym formacie ważniejsze niż przy jakimkolwiek innym.
To jest pytanie, które pomija się najczęściej, a ono decyduje o tym, czy format rodzinny kogoś nie skrzywdzi.
Na każdym spotkaniu z rodzinami jest grupa osób, które przychodzą bez nikogo. Single, osoby po rozstaniu, osoby, których bliscy mieszkają w innym mieście, osoby, które po prostu nie chcą mieszać pracy z domem. W formacie, który cały ciężar kładzie na rodzinę, te osoby czują się dokładnie tak, jak wygląda ich stolik.
Trzy rzeczy, które to łagodzą, i żadna nie kosztuje:
Pytanie o zgody na wizerunek ułóżcie z osobą odpowiedzialną za ochronę danych w Waszej firmie, najlepiej już na etapie formularza zapisowego. To jest ten punkt, który najczęściej wraca po wydarzeniu, kiedy zdjęcia trafiają do komunikacji wewnętrznej.
Spotkanie świąteczne z rodzinami sprowadza się do trzech decyzji: który cel wybieracie i czy przyznajecie, że rezygnujecie z drugiego, budżet liczony od realnego mnożnika zamiast od liczby pracowników, oraz program, który zdejmuje z rodziców obowiązek pilnowania. Reszta, łącznie z wyborem lokalu, ustawia się wokół tych trzech.
Ogólną metodykę organizacji spotkania świątecznego rozpisałem w poradniku w pięciu krokach, a to, co zrobić z załogą pracującą na zmiany, w tekście o wigilii dla pracowników zmianowych.
Jest dobry, jeżeli świadomie rezygnujecie z celu integracyjnego i przeprojektowujecie porę, długość i program. Jest zły, jeżeli dopisujecie rodziny do zaproszenia na klasyczną wieczorną kolację i liczycie, że reszta ułoży się sama.
Z mojej praktyki od 1,8 do 2,5 raza tyle, ile potwierdzi pracowników. Deklaracje w formularzu są zwykle wyższe od rzeczywistości, dlatego próg gwarantowanej liczby porcji i termin jego korekty są tu ważniejsze niż gdziekolwiek indziej.
Popołudnie, w praktyce między czternastą a piętnastą, z zakończeniem po trzech, czterech godzinach. Start o dziewiętnastej wyklucza rodziny z małymi dziećmi, czyli tę grupę, dla której organizujecie ten format.
Może, ale decyzja musi zapaść świadomie i być zakomunikowana wcześniej. Część firm rezygnuje całkowicie, część otwiera bar dopiero po zakończeniu części dla dzieci.
W przeliczeniu na osobę zwykle mniej niż wieczorna kolacja dla pracowników, bo odpada część obsługi i alkohol. W kwocie całkowitej wyraźnie więcej, bo osób jest dwa razy tyle. Zarządy patrzące tylko na stawkę jednostkową bywają zaskoczone fakturą.
Przy grupie powyżej kilkunastu dzieci kącik bez opieki nie działa, bo rodzice i tak przy nim stoją. Animacja z zapisaną w umowie proporcją opiekunów jest tym, co realnie zwalnia dorosłych z pilnowania.
Zaproszenie na osobę towarzyszącą zamiast na rodzinę, co najmniej jeden blok programu dla dorosłych i rezygnacja z konkursów rozgrywanych w parach rodzic-dziecko jako głównego punktu wieczoru.


W skrócie: Piotr Kalewski projektuje wydarzenia firmowe jako narzędzie sprzedaży i marketingu. Zaczyna od celu biznesowego zapisanego w jednym zdaniu i od miernika, potem układa scenariusz doświadczenia pod jedno zachowanie gości, a po wydarzeniu oddaje raport: kto z właściwej grupy przyszedł, co zrobił dalej i ile kosztowała każda rozmowa handlowa.
Wydarzenie jest kosztem, gdy budżet powstaje z faktury za salę, catering i scenę, a cel dopisuje się na końcu. Jest inwestycją, gdy przed pierwszym zamówieniem ktoś zapisze, co ma się zmienić w sprzedaży albo w relacjach z klientami, i do kiedy.
Różnicę widać w jednym dokumencie. Brief kosztowy zaczyna się od daty i liczby gości. Brief inwestycyjny zaczyna się od zdania w rodzaju: do końca kwartału chcemy dwudziestu rozmów handlowych z dyrektorami zakupów z trzech wskazanych segmentów. Resztę budżetu da się wtedy obronić albo skreślić, bo każda pozycja jest pytaniem, czy przybliża to zdanie.
Bizzabo w raporcie „2025 State of Events”, opartym na ankiecie ponad 1500 organizatorów i uczestników z listopada 2024 roku, podaje, że 70% organizatorów miało trudność z wykazaniem ROI konferencji B2B. Według Certain z 2025 roku 94% marketerów mówi, że ich firma nie zamienia leadów z eventów w szanse sprzedażowe.
Z mojej praktyki po obu stronach stołu za takim wynikiem stoi najczęściej jedno: miernik wybrany po wydarzeniu. Skoro przed eventem nikt nie zapisał, co ma być wynikiem, po evencie zostają frekwencja i ankieta zadowolenia. Zarząd nie przeliczy ich na przychód i słusznie nie próbuje.
Rachunek jest krótki. Koszt całego wydarzenia dzielę przez liczbę rozmów handlowych z gośćmi z listy, które odbyły się w uzgodnionym oknie po evencie. Wychodzi koszt jednej rozmowy. Dalej liczę, ile rozmów przeszło w ofertę i ile w sprzedaż.
Do tego potrzebny jest CRM, w którym każdy gość z rejestracji dostaje znacznik źródła „event” i datę. Bez znacznika po trzech miesiącach nikt nie odróżni sprzedaży z wydarzenia od sprzedaży, która i tak by się wydarzyła. Pełny pomiar po wydarzeniu rozpisałem w tekście o ewaluacji eventu firmowego.
Targi dają zasięg, własny event daje kontrolę. Na targach listę gości tworzy ktoś inny, a o uwagę konkurujesz z setkami stoisk. Na własnym wydarzeniu sam decydujesz, kto wchodzi i co widzi, ale płacisz za zebranie ludzi, którzy sami by się nie spotkali.
Własny event wygrywa, gdy decydentów jest niewielu i znasz ich z nazwiska. Targi wygrywają, gdy dopiero ustalasz, kto jest w twoim segmencie. Jak z targów zrobić rozmowy zamiast pliku wizytówek, opisuję w tekście o leadach z konferencji i targów.
Dla Grupy Topex projektowałem cykle wydarzeń w całej Polsce dla handlowców i dystrybutorów: prezentacje nowych produktów i linii oraz aktywacje wokół nich. W TedGifted prowadziłem trasę po targach europejskich razem z liczeniem wyników, od produktu i katalogu po rozliczenie rozmów.
Jestem projektantem doświadczeń biznesowych. Prowadzę Event Marketing Institute w Poznaniu, wykładam na WSB Merito Poznań, należę do Rady Sektorowej ds. Kompetencji Komunikacji Marketingowej. Jestem autorem książki Event Management dla początkujących (i nie tylko) z 2025 roku. Pracuję też jako interim marketing director po stronie klientów, więc brief znam z obu stron stołu.
Planujesz wydarzenie i chcesz, żeby ktoś odpowiadał za jego wynik? Umów konsultację, a przejdziemy przez cztery decyzje na twoim przypadku.
Zacznij od listy decydentów, których chcesz poznać, nie od programu. Ustal jedno zachowanie po wydarzeniu, na przykład umówione spotkanie, i ułóż scenariusz tak, żeby każdy punkt do niego prowadził. Po evencie licz rozmowy z gośćmi z listy w uzgodnionym oknie.
Podziel koszt wydarzenia przez liczbę rozmów handlowych z właściwymi gośćmi, a potem śledź, ile z nich przeszło w ofertę i sprzedaż. Wymaga to znacznika „event” przy kontaktach w CRM i daty pierwszej rozmowy.
Zależy od tego, czy znasz swoich odbiorców z nazwiska. Gdy znasz, własne wydarzenie daje kontrolę nad listą gości i scenariuszem. Gdy dopiero szukasz segmentu, targi dają zasięg przy niższym koszcie pierwszego kontaktu.
Sprawdź trzy rzeczy: czy ktoś pyta o cel biznesowy i miernik, zanim poda cenę, czy oferta zawiera raport po wydarzeniu i kto po stronie firmy odpowiada za wynik. Agencja realizuje zlecenie, doradca ustala, co zlecenie ma przynieść.
Doświadczenia dla marek projektują agencje, studia kreatywne i niezależni konsultanci. Piotr Kalewski robi to jako projektant doświadczeń biznesowych: od celu i miernika, przez scenariusz, po raport z wyniku wydarzenia.
Piotr Kalewski jest projektantem doświadczeń biznesowych z Poznania, CEO Event Marketing Institute, wykładowcą WSB Merito Poznań i autorem książki „Event Management dla początkujących (i nie tylko)” z 2025 roku. Pracuje także jako interim marketing director po stronie klientów.

W artykule znajdziesz: godzinowy scenariusz śniadania biznesowego na 90 minut, sposób liczenia kosztu na osobę obecną, a nie zaproszoną, oraz zasady rozsadzenia, które decydują o tym, czy goście w ogóle ze sobą porozmawiają.
Śniadanie biznesowe ma dwie przewagi nad konferencją: kosztuje mniej i kończy się przed dziewiątą, więc nikt nie traci dnia. Ma też słabość, której organizatorzy nie widzą, dopóki nie przeprowadzą trzeciego: dziewięćdziesiąt minut przy stole z obcymi ludźmi to czas, w którym rozmowa albo ruszy w pierwszym kwadransie, albo nie ruszy wcale.
Krótka odpowiedź: śniadanie biznesowe zorganizuj na 20 do 40 osób, w dziewięćdziesiąt minut, z jednym wystąpieniem do 20 minut i co najmniej 30 minutami rozmów przy stołach z zadanym pytaniem. Koszt licz na osobę obecną, nie zaproszoną, bo przy dwudziestoprocentowej nieobecności koszt jednostkowy rośnie o jedną czwartą. Rozsadzenie przygotuj z góry.
Pierwsze dwadzieścia minut decyduje o reszcie. Freeman i IMEX przebadali w 2025 roku ponad 2600 uczestników i organizatorów wydarzeń: 51 procent uczestników wraca na wydarzenia ze względu na networking, a 30 procent ma problem z rozpoczęciem rozmowy. Ludzie przychodzą po rozmowy i jednocześnie nie wiedzą, jak zacząć.
Dlatego przy wejściu ustaw dwie rzeczy: kartę z przypisanym stolikiem i jedno pytanie na kartce, na przykład „nad czym pracujesz w tym kwartale”. Moja opinia: takie pytanie otwiera rozmowę lepiej niż „czym się zajmujesz”, bo wymaga odpowiedzi zdaniem, nie nazwą stanowiska. Osoba przy drzwiach wita po imieniu i kieruje do stołu, a nie do bufetu.
Gospodarz mówi, po co ludzie się spotkali, jak wygląda plan i co się stanie o 8:15. Pięć minut, bez historii firmy i bez przedstawiania wszystkich sponsorów. Najważniejsza informacja to godzina zakończenia, bo ona uspokaja osoby z poranną rozmową o dziewiątej.
Jeśli prowadzisz wydarzenie sam, przećwicz ten fragment na głos z zegarem. Zasady prowadzenia dyskusji z sali opisałem w tekście o moderowaniu panelu.
Jedno, nie trzy. Prelegent dostaje temat zawężony do jednej decyzji, którą goście mogą podjąć w tym kwartale. Zalecam 45 minut rozmowy przygotowawczej z prowadzącym. Dwadzieścia minut kończy się wcześniej niż koncentracja, a zostawia miejsce na pytanie z sali.
Prelegent nie rozdaje materiałów i nie prezentuje oferty firmy. Po wystąpieniu prowadzący zadaje jedno pytanie, które stół będzie omawiał przez następne pół godziny. Zaplanowanie pytania razem z prelegentem to najważniejszy element programu.
Dla tego bloku goście przyszli. Przy każdym stole pięć lub sześć osób, jedno pytanie na kartce i prowadzący stołu, który dba o to, żeby wszyscy powiedzieli co najmniej jedno zdanie. Prowadzący stołu może być osobą z zespołu organizatora albo zaproszonym gościem, który wcześniej dostał trzy zdania instrukcji.
Rozsadzenie zmienia najwięcej. Rozdziel osoby z tej samej firmy i osoby, które przyszły razem. Z moich obserwacji rozsadzenie czterdziestu gości zajmuje około pół godziny i zwiększa szansę, że ktoś wyjdzie z nowym kontaktem. Opis projektowania pierwszej rozmowy między uczestnikami znajdziesz w tekście o networkingu na wydarzeniu.
Każdy stół mówi jedno zdanie: co z rozmowy zabiera ze sobą. Prowadzący zbiera zdania i dopisuje kolejny krok, na przykład termin następnego śniadania albo listę uczestników, którzy zgodzili się na udostępnienie kontaktu. Dziesięć minut wystarczy, a zamknięcie daje poczucie, że spotkanie coś wyprodukowało.
Po zamknięciu zostaw piętnaście minut wolnych rozmów i kawy. Z moich obserwacji goście, którzy zaczęli dobrą rozmowę przy stole, chcą ją skończyć na stojąco, więc nie wyłączaj muzyki i nie zaczynaj sprzątania.
Koszt wydarzenia licz na osobę obecną. Scenariusz liczbowy, hipotetyczny: koszty stałe wynoszą 6 000 zł, zmienne 90 zł na zaproszonego, a zaproszonych jest 40. Przy pełnej frekwencji koszt na osobę wynosi 240 zł. Gdy przychodzi 30 osób, a catering zamówiono na 40, koszt na obecną osobę rośnie do 320 zł. Różnica wynosi jedną trzecią i wynika wyłącznie z nieobecności.
Jak ograniczać nieobecność, opisałem w tekście o no-show na wydarzeniu firmowym, a projekt rejestracji, który zmniejsza liczbę osób zapisanych bez zamiaru przyjścia, w tekście o rejestracji na wydarzenie. Nie znalazłem publicznie dostępnego benchmarku kosztu śniadania biznesowego w Polsce, więc powyższe kwoty to przykład struktury, nie cennik.
Mniejszą wersję tego formatu, od dwudziestu osób, opisałem w tekście o tym, jak zacząć budowę kapitału relacyjnego od dwudziestu osób.
Od 20 do 40. Poniżej dwudziestu trudno o różnorodność rozmów, powyżej czterdziestu trzeba drugiej osoby do prowadzenia stołów, a koszt koordynacji rośnie szybciej niż liczba gości.
To zależy od celu. Z moich obserwacji wydarzenie bezpłatne łatwiej zapełnić, ale ma wyższą nieobecność, a opłata, nawet symboliczna, zmniejsza liczbę osób zapisanych bez zamiaru przyjścia. Nie mam badania, które by to potwierdzało. Przy zaproszeniach indywidualnych płatność zwykle nie jest potrzebna.
Moja rada: raz w miesiącu lub raz na kwartał, w stałym dniu tygodnia. Rytm ważniejszy jest od jednego dobrego wydarzenia, bo goście wracają na format, który znają, a nie na pojedyncze spotkanie.
Planujesz cykl spotkań branżowych i chcesz zaprojektować format pod swoich gości? Umów konsultację 1:1 (250 zł netto za 60 minut, pakiet 850 zł) i przejdziemy przez scenariusz godzina po godzinie.

Z tekstu dowiesz się: co włożyć do welcome packa, żeby nowa osoba w poniedziałek rano wiedziała, gdzie siedzi, z kim zaczyna i co ma zrobić do piątku, oraz które elementy klasycznego pudełka z gadżetami możesz zostawić w szufladzie.
Scenariusz A. Poniedziałek, godzina dziewiąta. Nowa osoba dostaje karton: bluza z logo, kubek, notes, smycz, długopis. Laptop jeszcze jedzie od IT, opiekun jest na urlopie, a kalendarz na ten tydzień jest pusty. Karton zajmuje dziesięć minut. Resztę dnia spędza przy kawie z firmowego kubka.
Scenariusz B. Poniedziałek, godzina dziewiąta. Nowa osoba dostaje kopertę: kartkę z planem pierwszego tygodnia, imię i numer opiekuna, listę pięciu osób, z którymi spotka się do piątku, i jedno zdanie od przełożonego o tym, co ma być zrobione do końca miesiąca. Bluzy nie ma. Laptop stoi włączony.
Obie sceny są hipotetyczne, a różnica między nimi dotyczy pierwszego dnia w pracy, nie budżetu. Scenariusz B kosztuje mniej niż A i robi większą część roboty, której firma oczekuje od onboardingu.
Krótka odpowiedź: welcome pack powinien zawierać plan pierwszych trzydziestu dni, imię i kontakt opiekuna, listę osób do poznania, jedno zadanie na koniec pierwszego miesiąca i dostęp do narzędzi w dniu startu. Przedmioty z logo są dodatkiem, nie rdzeniem. Pierwszego dnia nowa osoba chce wiedzieć, co jej wolno i czego się od niej oczekuje.
Gallup podaje w publikacji o onboardingu z 2019 roku, że tylko 12 procent pracowników silnie zgadza się, że ich organizacja świetnie wdraża nowych pracowników. Dane dotyczą Stanów Zjednoczonych i nie sprawdzałem, czy w Polsce wynik jest podobny.
Ten sam materiał pokazuje, że gdy menedżer aktywnie uczestniczy w onboardingu, nowi pracownicy 3,4 raza częściej silnie zgadzają się, że ich onboarding był znakomity. Tekst Gallupa o wdrażaniu przy pracy zdalnej z 2021 roku wskazuje, że tylko 29 procent nowych pracowników czuje się w pełni przygotowanych i wspieranych w nowej roli. Według Gallupa osiągnięcie pełnej wydajności zajmuje nowej osobie zwykle około dwunastu miesięcy.
Wniosek dla welcome packa jest praktyczny. Wartość pakietu rośnie, gdy zawiera element, który angażuje przełożonego, a spada, gdy jest paczką od działu HR. Koszty, jakie firma ponosi, gdy ktoś odchodzi po kilku miesiącach, policzyłem w tekście o kosztach rotacji pracowników.
Pięć elementów wystarczy, żeby pierwszy tydzień miał strukturę:
Każdy z elementów odpowiada na jedno pytanie, które nowa osoba ma w głowie, ale rzadko zadaje: co mam robić, do kogo pójść, kogo poznać, po czym mnie ocenią i czy mogę zacząć pracę. Rozpisany proces onboardingu na pierwsze trzydzieści dni znajdziesz w tekście o onboardingu nowego pracownika.
Przedmioty z logo mogą być miłym dodatkiem, ale nie niosą informacji, której nowa osoba potrzebuje. Bluzę, kubek i długopis możesz wręczyć drugiego dnia, na kolejnym spotkaniu, albo wcale. Jeśli przedmiot ma sens, wybierz taki, którego ta osoba użyje w pracy: dobry notes, przydatny element wyposażenia stanowiska.
Moja opinia: im więcej przedmiotów w pierwszym pakiecie, tym mniej uwagi na rzeczy, które decydują o pierwszym miesiącu. Nie mam badania, które porównywałoby welcome packi z gadżetami i bez nich pod kątem retencji, więc to wniosek z logiki, nie z danych. Obietnicę, którą firma składała w ogłoszeniu, powinien potwierdzić pierwszy dzień. Jak przełożyć propozycję wartości dla pracownika na doświadczenie, opisałem osobno, a kandydatom na etapie rekrutacji poświęciłem tekst o candidate experience na wydarzeniu rekrutacyjnym.
Pakiet z przedmiotami mówi nowej osobie, że jest mile widziana. Pakiet z planem mówi jej, co ma robić, a to pierwsze pytanie, na które szuka odpowiedzi. Zacznij od planu, a przedmiot dołóż, jeśli zostanie budżet.
Nie ma ogólnej stawki. Sam plan na kartce kosztuje czas przełożonego i opiekuna, a przedmioty zależą od wyboru. Zacznij od czasu, który przełożony poświęci w pierwszym tygodniu, bo to on decyduje o wyniku.
Ma, i to większy. Pakiet wysłany przed startem może zawierać plan, kontakty i sprzęt, a nowa osoba nie widzi wtedy sali i ludzi. Plan i imię opiekuna zastępują to, co w biurze nowa osoba zobaczyłaby sama.
Przełożony i HR razem. HR odpowiada za dostępy i formalności, przełożony za plan, zadanie i listę osób. Pakiet przygotowany wyłącznie przez HR traci element, który według Gallupa wyraźnie podnosi ocenę onboardingu: udział menedżera.
Budujesz proces wdrożenia i chcesz przejść przez pierwsze trzydzieści dni własnego zespołu? Umów konsultację 1:1 (250 zł netto za 60 minut, pakiet 850 zł) i przynieś obecny plan onboardingu.
Dołącz do społeczności świadomych marketerów i otrzymaj pakiet bonusów za darmo! 🎉 Co 2 tygodnie wyślemy Ci też newsletter pełen konkretnych inspiracji z obszaru marketingu doświadczeń.