Event Marketing Institute Sp. z o.o.
Iwonicka 3, 60-473 Poznań
NIP 7812066079
REGON 527890052
KRS 0001090243
REGON 527890052
KRS 0001090243
© 2024 Kalewski copy
Z tego artykułu dowiesz się, po czym poznać, że wasze wydarzenie cykliczne nie ma marki, ile kosztuje budowanie frekwencji od zera przy każdej edycji, czym różni się nazwa wydarzenia od pozycji w kalendarzu, które dowody z tegorocznej edycji sprzedadzą następną i jak budować markę wydarzenia w firmie, która nie sprzedaje biletów.
Konferencja branżowa, szósta edycja. Cztery tygodnie przed datą organizator uruchamia kampanię, kupuje zasięgi, wysyła mailing do bazy i dzwoni do zeszłorocznych uczestników. Zapełnia salę na dziesięć dni przed wydarzeniem. W przyszłym roku zrobi dokładnie to samo, za dokładnie te same pieniądze.
Drugie wydarzenie, ta sama branża, czwarta edycja. Zapisy otwierają się w grudniu, na trzy miesiące przed terminem, bez programu i bez listy prelegentów. W pierwszym tygodniu wchodzi jedna trzecia miejsc, w większości od osób, które były rok wcześniej, i od ich znajomych.
Różnicy nie robi budżet mediowy. Robi ją to, że drugie wydarzenie coś znaczy w głowie uczestnika, zanim zobaczy agendę.
W skrócie: marka wydarzenia to zapamiętane skojarzenie, dzięki któremu ludzie wiedzą, czego się spodziewać, zanim poznają program. Wydarzenie, które jej nie ma, płaci przy każdej edycji pełną cenę dotarcia i tłumaczy się od nowa. Buduje się ją przez powtarzalną obietnicę, rozpoznawalny format i dowody z poprzedniej edycji, nie przez logotyp i hasło.
Po jednym pytaniu: czy sprzedaż albo zapisy ruszają przed ogłoszeniem programu. Jeżeli nie ruszają, oznacza to, że ludzie kupują zawartość konkretnej edycji, a nie wydarzenie. Każdego roku trzeba ich przekonać od początku.
Drugi sygnał jest wewnętrzny. Zapytajcie pięciu osób z zespołu, czym jest wasze wydarzenie, w jednym zdaniu, bez używania słów „konferencja", „spotkanie" i nazwy firmy. Jeżeli dostaniecie pięć różnych odpowiedzi, uczestnicy też ich nie mają.
Trzeci: komunikacja startuje od nazwisk. Plakat z sześcioma zdjęciami prelegentów oznacza, że obietnicą wydarzenia są ci ludzie, a nie samo wydarzenie. To działa, dopóki macie budżet na nazwiska, i przestaje działać w roku, w którym go nie macie.
Byron Sharp z Ehrenberg-Bass Institute opisał w książce „How Brands Grow" z dwa tysiące dziesiątego roku mechanizm dostępności mentalnej: marka rośnie, gdy w momencie decyzji jako pierwsza przychodzi do głowy, a nie wtedy, gdy jest najbardziej lubiana. W przypadku wydarzeń ten moment decyzji przypada na okres planowania kwartału i budżetu wyjazdów. Wydarzenie, o którym nikt nie myśli w styczniu, w marcu konkuruje już tylko ceną i programem.
Dotarcie. Każda edycja bez marki wymaga pełnego budżetu na to, żeby ludzie w ogóle dowiedzieli się o terminie, plus czasu zespołu na tłumaczenie, czym to jest.
Drugi koszt jest mniej widoczny: program musi być co roku mocniejszy, żeby zrekompensować brak rozpoznawalności. Stąd bierze się spirala, którą widzę u wielu organizatorów. Rok pierwszy: dwóch znanych prelegentów. Rok drugi: czterech, bo dwóch już było. Rok trzeci: nazwisko zagraniczne z honorarium w euro. Program rośnie, marża spada, a wydarzenie nadal nie ma własnej tożsamości, bo jego tożsamością jest lista gości.
Trzeci koszt ponoszą partnerzy i to oni najszybciej to zauważają. Sponsor, który kupuje obecność na wydarzeniu bez marki, kupuje jednorazowy zasięg. Sponsor wydarzenia z marką kupuje skojarzenie, które pracuje między edycjami, i dlatego łatwiej mu wrócić w kolejnym roku.
Polska Organizacja Turystyczna wspólnie z Poland Convention Bureau podaje w raporcie „Przemysł spotkań i wydarzeń w Polsce 2025", dla danych za rok dwa tysiące dwudziesty czwarty, że konferencji i kongresów odbyło się osiem tysięcy siedemset osiemdziesiąt cztery. To jest skala konkurencji o ten sam kalendarz i ten sam budżet wyjazdowy. W takim zagęszczeniu wydarzenie bez rozpoznawalnej obietnicy jest jedną z kilku propozycji na ten sam tydzień.
Nazwa niesie obietnicę. Pozycja w kalendarzu niesie datę i temat. „Konferencja Grupy X dla Partnerów 2026" jest pozycją w kalendarzu i za rok będzie tą samą pozycją z inną cyfrą.
Trzy elementy, bez których nazwa nie pracuje:
Powtarzalny element jest najbardziej niedoceniany, bo zespołom organizacyjnym szybko się nudzi. Ludzie, którzy przyjeżdżają raz w roku, mają odwrotną potrzebę: chcą rozpoznać wydarzenie, w którym już byli. Zmiana wszystkiego co edycję kasuje pamięć, którą sami zbudowaliście.
Czwartkowe Spotkania Social Media w Poznaniu, które współprowadzę, trzymają się tej zasady od lat: ten sam dzień tygodnia, ta sama formuła, ten sam próg wejścia. Ponad setka osób co miesiąc przychodzi nie dlatego, że zobaczyła temat, tylko dlatego, że wie, czym jest czwartek. Temat decyduje o tym, ile osób przyjdzie ponad bazę, nie o tym, czy wydarzenie się odbędzie.
Nie zdjęcia z sali. Zdjęcia dokumentują, że wydarzenie się odbyło, a sprzedaje coś, co pokazuje, co z niego wynikło.
Pięć rzeczy, które warto zebrać w trakcie, bo po wydarzeniu jest za późno:
Te materiały mają jedną wspólną cechę: mówią językiem uczestnika, nie organizatora. Zdanie „wróciłem z trzema kontaktami i jednym pomysłem, który wdrożyliśmy w kwietniu" sprzedaje kolejną edycję mocniej niż każda deklaracja o merytorycznym programie. Materiał wideo z wydarzenia działa dokładnie wtedy, gdy zawiera takie zdania, i nie działa, gdy jest montażem ujęć z muzyką.
Wydarzenia wewnętrzne i partnerskie mają ten sam problem w innej walucie. Nikt nie płaci za wejście, więc jedynym kosztem po stronie uczestnika jest czas, a jedynym miernikiem marki jest to, czy ludzie przychodzą, kiedy nie muszą.
Test jest prosty: gdyby udział był w pełni dobrowolny, bez listy obecności i bez pytania przełożonego, ile osób by przyszło. Odpowiedź zwykle jest znana wszystkim w firmie i nikt jej nie wypowiada na głos.
W takich wydarzeniach markę buduje się trzema rzeczami. Po pierwsze, stałą formułą, którą da się opowiedzieć nowej osobie w jednym zdaniu. Po drugie, tym, że coś z wydarzenia rzeczywiście wchodzi w życie firmy, bo nic nie niszczy marki wydarzenia wewnętrznego szybciej niż wnioski, które nigdzie nie trafiają. Po trzecie, konsekwencją terminu. Spotkanie przekładane co kwartał uczy ludzi, że nie jest ważne.
Z mojego doświadczenia wydarzenia wewnętrzne najszybciej zyskują markę wtedy, gdy mają jedną rzecz, której nie da się dostać nigdzie indziej w organizacji: bezpośredni dostęp do decydenta, realny wpływ na jakąś decyzję albo widoczność dla ludzi, których praca na co dzień jest niewidoczna.
Nie naprawi formatu, którego nikt nie potrzebuje. Jeżeli wydarzenie powstało, bo konkurencja ma swoje, żadna praca nad obietnicą tego nie odwróci, a spójna komunikacja jedynie szybciej doprowadzi ludzi do rozczarowania.
Nie zastąpi też jakości pojedynczej edycji. Marka daje kredyt zaufania na start, ale ten kredyt jest ograniczony do jednego, najwyżej dwóch nieudanych razy. Wydarzenia cykliczne nie umierają z hukiem, tylko tracą po kilkanaście procent frekwencji przez trzy lata z rzędu, aż ktoś w końcu zauważa.
Uczciwie o danych: nie znam badania mierzącego wartość marki wydarzenia na polskim rynku. Dostępne raporty branżowe pokazują liczbę wydarzeń i uczestników, nie siłę marki. To, co tu opisuję, opiera się na obserwacji projektów, przez które przechodziłem, i na przeniesieniu klasycznych mechanizmów budowania marki na kategorię wydarzeń. Traktujcie to jako ramę do sprawdzenia u siebie, nie jako wynik pomiaru.
Uważam, że w najbliższych latach wydarzenia cykliczne w Polsce podzielą się wyraźnie na dwie grupy: te z własną marką, sprzedające kolejne edycje przed ogłoszeniem programu, i te, które będą kupować frekwencję co roku od nowa, przy rosnących kosztach dotarcia.
Argument za: koszt dotarcia rośnie szybciej niż budżety marketingowe, a jednocześnie spada skuteczność reklamy w kanałach, w których organizatorzy kupowali zasięg. Przewagę zyskują ci, którzy mają bazę wracających uczestników.
Argument przeciw: w wielu firmach wydarzenie jest projektem jednego działu i zmienia właściciela co dwa, trzy lata. Marka wymaga ciągłości decyzji przez pięć lat, a rotacja na stanowiskach marketingowych jest szybsza. Możliwe więc, że marki wydarzeń będą powstawać głównie tam, gdzie organizatorem jest podmiot, dla którego wydarzenie jest produktem, a nie kosztem promocji.
Praktycznie od trzeciej, bo dopiero wtedy powtarzalność staje się widoczna dla uczestnika. Pierwsza edycja buduje ciekawość, druga sprawdza obietnicę, trzecia potwierdza, że wydarzenie jest stałym punktem w kalendarzu. Warunek jest jeden: przez te trzy lata obietnica i format muszą zostać rozpoznawalne, a nie zmieniać się do gruntu co roku.
Kasuje znaczną jego część, dlatego zmiany nazwy nie robi się bez mocnego powodu. Jeżeli musi nastąpić, warto przez co najmniej dwie edycje prowadzić obie nazwy równolegle i wprost tłumaczyć ciągłość, dokładnie tak, jak robi się to przy zmianie nazwy produktu. Sama zmiana identyfikacji wizualnej bez zmiany nazwy jest znacznie mniej kosztowna.
Nie ma jednej odpowiedzi, ale kierunek zmiany jest przewidywalny: im silniejsza marka, tym większa część budżetu przesuwa się z kupowania zasięgu na materiały budujące dowód i na komunikację do bazy wracających uczestników. Organizatorzy, którzy przeszli tę drogę, wydają podobne pieniądze, tylko na co innego.
Potrzebuje rozpoznawalności, co nie musi oznaczać osobnego logotypu. Wystarczy stały element, po którym ludzie poznają, że to ta sama rzecz: formuła zaproszenia, sposób prowadzenia, miejsce, godzina. Osobna identyfikacja ma sens przy wydarzeniach, które trwają lata i mają własną publiczność wykraczającą poza jeden dział.
Licząc koszt dotarcia na uczestnika w kolejnych latach i pokazując, jak zmienia się udział zapisów przed ogłoszeniem programu. To dwie liczby, które da się zebrać bez dodatkowego budżetu i które mówią językiem zarządu, czyli językiem kosztu i przewidywalności.
Spisać obietnicę, format i powtarzalne elementy w jednym dokumencie i traktować go jak dokumentację produktu, a nie jak notatkę z projektu. Bez tego każdy kolejny właściciel zaczyna od przeprojektowania wydarzenia pod siebie, co jest najczęstszą przyczyną, dla której marki wydarzeń w firmach nie powstają.
Czego świadomie nie podaję: liczb opisujących wartość marki wydarzenia na polskim rynku. Takiego badania nie znam, a przenoszenie wskaźników z badań nad markami produktowymi wprost na wydarzenia byłoby nadużyciem.
Zapisz jedno zdanie, które opisuje obietnicę waszego wydarzenia, i wyślij je pięciu osobom z zespołu z prośbą o zrobienie tego samego bez zaglądania do twojej wersji. Rozbieżność, którą zobaczysz, jest dokładną miarą tego, ile pracy dzieli was od marki.
Kolejny krok zależy od tego, gdzie jesteście. Jeżeli problemem jest program, który co roku musi być mocniejszy, zacznij od tekstu o tym, jak ułożyć program konferencji. Jeżeli chodzi o partnerów, którzy nie wracają, punktem wyjścia jest materiał o ofercie sponsoringowej dla partnera. Sprzedaż biletów przed ogłoszeniem programu opisałem od strony mechaniki cenowej w tekście o cenach early bird, a pierwszy punkt styku uczestnika z wydarzeniem rozbieram w materiale o projektowaniu rejestracji.
Dołącz do społeczności świadomych marketerów i otrzymaj pakiet bonusów za darmo! 🎉 Co 2 tygodnie wyślemy Ci też newsletter pełen konkretnych inspiracji z obszaru marketingu doświadczeń.