Event Marketing Institute Sp. z o.o.
Iwonicka 3, 60-473 Poznań
NIP 7812066079
REGON 527890052
KRS 0001090243
REGON 527890052
KRS 0001090243
© 2024 Kalewski copy
Najważniejsze tezy: Kapitał relacyjny buduje się w powtarzalności, a skala ma z tym niewiele wspólnego. Cykliczne spotkanie dla dwudziestu osób daje przez rok więcej kontaktów, kompetencji i wiarygodności niż jedna duża konferencja, przy której byłeś jednym z dwudziestu koordynatorów.
Pamiętam swój pierwszy event branżowy. Stałem pod ścianą z kubkiem kawy, przekonany, że wszyscy się tu znają, a ja wszedłem przez pomyłkę. To uczucie zna większość ludzi wchodzących do branży. Znam też drugie przekonanie, równie powszechne i dużo bardziej kosztowne: żeby zacząć naprawdę, trzeba dostać duży projekt. Konferencję, galę, coś ze sceną i budżetem.
Krótka odpowiedź: kapitał relacyjny to sieć ludzi, którzy wiedzą, czym się zajmujesz, i wymieniają twoje nazwisko w rozmowach, przy których cię nie ma. Buduje go powtarzalny kontakt, nie wielkość sali. Dlatego pierwszy krok nie wymaga budżetu: wystarczy data, dwadzieścia nazwisk i jedno pytanie, wokół którego zbierzesz tych ludzi.
Sala na czterysta osób, dwie przerwy kawowe, wieczorna część nieformalna. Rozdajesz sześć wizytówek, dostajesz cztery. Po tygodniu nie pamiętasz, czym zajmowała się żadna z tych osób. Po miesiącu nikt się nie odzywa.
Przerabiałem ten scenariusz wiele razy z obu stron: jako uczestnik i jako człowiek od produkcji. Wniosek, który z niego wyciągnąłem, jest niewygodny dla całej branży. Networking na dużym wydarzeniu działa wtedy, gdy ktoś go zaprojektował. W pozostałych przypadkach zostaje przypadek, a przypadek jest najgorszym organizatorem relacji biznesowych. Rozwijam ten mechanizm w tekście o tym, dlaczego firmowe eventy nie budują relacji.
Jako uczestnik masz do dyspozycji wyłącznie przypadek. Jako gospodarz projektujesz go sam. Cała różnica w tempie budowania kapitału relacyjnego siedzi w tym jednym przeskoku ról.
Za tym zdaniem stoją badania, a nie moja obserwacja z rynku. Mark Granovetter w 1973 roku przebadał grupę mężczyzn z okolic Bostonu, pytając, jak znaleźli obecną pracę. Wśród tych, którzy trafili do niej przez kontakt osobisty, tylko 16,7 procent widywało tę osobę często. Ponad połowa widywała ją od czasu do czasu, a 27,8 procent rzadko, mniej więcej raz w roku. Praca „Siła słabych więzi” opisała mechanizm: bliscy znajomi poruszają się w tym samym obiegu informacji co ty, więc rzadko wiedzą coś, czego ty nie wiesz.
W 2022 roku zespół badaczy sprawdził tę hipotezę eksperymentalnie na danych około dwudziestu milionów użytkowników LinkedIna i opublikował wynik w „Science”. Efekt się potwierdził: słabsze więzi realnie zwiększają szanse na zmianę pracy.
Co z tego wynika dla ciebie w poniedziałek? Kapitał relacyjny mieszka w szerokim pierścieniu luźnych znajomości, dużo bardziej niż w wąskiej grupie przyjaciół z branży. Cykliczne spotkanie dla dwudziestu osób jest maszyną do produkowania dokładnie takich więzi. Dwanaście edycji w roku, częściowo wymienny skład, twoje nazwisko przy zaproszeniu. Po roku masz kilkadziesiąt osób, które kojarzą cię z konkretnym tematem i konkretną rolą.
Zaplecze kawiarni, dwa zsunięte stoły, dwadzieścia krzeseł. Na wejściu witasz każdego po imieniu, bo sam go zaprosiłeś. W pierwszym kwadransie każdy mówi jedno zdanie o tym, nad czym teraz pracuje. Przez następne dwie godziny przedstawiasz sobie ludzi, którzy powinni się poznać, i zapisujesz, kto z kim rozmawiał.
Drugi wieczór kosztuje tyle co kawa i ciastka. Pierwszy kosztował kilkadziesiąt tysięcy złotych budżetu, tylko nie twojego. Z perspektywy twojej kariery to drugie spotkanie pracuje mocniej, choć na zdjęciach wygląda skromniej.
W sali na dwadzieścia osób możesz podejść do każdego, zapamiętać, kto czym się zajmuje, i połączyć dwie osoby, które powinny się poznać. Tej kompetencji nie ćwiczy się przy tabelce z dostawcami. Różnica z mojej praktyki wygląda tak:
Obie kolumny są potrzebne w karierze, tylko kolejność bywa odwrotna do intuicji. Prowadzenie ludzi przenosi się na duże projekty w całości. Koordynowanie dostawców nie przenosi się na małe formaty prawie wcale, bo tam nie ma dostawców, tylko ludzie i twoja uwaga.
Jest jeszcze argument, o którym mało kto mówi początkującym. Przy małym formacie ryzyko jest twoje i jest niewielkie. Możesz eksperymentować, popsuć scenariusz, zmienić układ sali w połowie spotkania. Na projekcie za kilkaset tysięcy złotych nikt ci na to nie pozwoli, bo tam pomyłka kosztuje pieniądze klienta.
Historia branży jest pełna dużych wydarzeń, które wyrosły z małego pokoju i grupy zapaleńców. Dobrze o tym pamiętać, patrząc na cudzą scenę z siedmioma pasmami programowymi.
Pierwszą edycję z 2007 roku współzałożyciel Grzegorz Borowski opisuje jako spotkanie dla programistów zorganizowane w około sześć tygodni, z frekwencją około 200 osób, na Politechnice Gdańskiej. Dopiero od piątej edycji liczba uczestników przekroczyła tysiąc. W 2026 roku, przy dwudziestej edycji, festiwal zgromadził blisko 6 tysięcy osób, a organizatorzy podsumowali cały dorobek liczbą ponad 72 tysięcy uczestników. Tyle wynosił próg wejścia największego dziś wydarzenia technologicznego w tej części Europy.
Cykl spotkań startupowych ruszył w Warszawie w kwietniu 2007 roku. Formuła od początku była ta sama: kilka prezentacji praktyków i długa część na rozmowy. Po latach mówimy o ponad 400 bezpłatnych spotkaniach, ponad 700 mówcach i kilkunastu tysiącach uczestników, a spotkania odbywają się także poza Warszawą. Całą robotę wykonuje tu słowo „cykl”. Pojedynczy event daje rozgłos na tydzień, regularność buduje nawyk, a nawyk buduje społeczność.
Współorganizuję je do dziś. Ponad setka osób co miesiąc, wstęp bezpłatny, zero sprzedażowego bełkotu ze sceny. Zrobiliśmy tam kiedyś spotkanie o social mediach, na którym celowo nie było WiFi. Ludzie odłożyli telefony i zaczęli rozmawiać ze sobą. Kosztowało mnie to dokładnie zero złotych i pamiętam ten wieczór do dziś. Przy dwudziestu osobach masz do dyspozycji cały ten repertuar, bo stać cię na ryzyko.
Wspólny mianownik tych trzech historii nie brzmi „mieli szczęście”. Brzmi: ktoś ustalił datę, zaprosił ludzi imiennie i zrobił to drugi raz.
Kolejność decyduje tu bardziej niż budżet. Większość początkujących organizatorów zaczyna od sali i terminu, a potem szuka, kim ją zapełnić. Odwróć to.
Punkt pierwszy decyduje o jakości rozmów, trzeci o tym, czy nieśmiali wyjdą z kontaktami, a piąty o tym, czy w ogóle będzie druga edycja. Gdybyś miał zrobić tylko jedną rzecz z tej piątki, zrób ostatnią. Scenariusz pierwszej rozmowy opisuję szerzej w tekście o tym, jak zaprojektować networking na wydarzeniu.
Miejsce jest przy tej skali problemem drugorzędnym. Zaplecze kawiarni, sala w coworku, biuro znajomej firmy po godzinach, czytelnia. Dwadzieścia osób mieści się prawie wszędzie, a koszt takiego spotkania zamyka się zwykle w kwocie, którą wyłożysz sam.
Frekwencja jest przy małym formacie miernikiem bezużytecznym, bo przy dwudziestu miejscach trudno ją zepsuć. Zdjęcia z uśmiechniętymi ludźmi też niczego nie dowodzą. Sprawdzaj rzeczy, które mówią o relacjach:
Powroty i polecenia stoją na szczycie tej listy. Gdy po trzeciej edycji połowa sali to ludzie, którzy byli wcześniej, masz społeczność. Przy całkowicie nowym składzie za każdym razem masz serię niezależnych imprez i pracujesz od zera przy każdej z nich. Ostatni punkt dotyczy bezpośrednio twojej kariery i zwykle daje odpowiedź dopiero po kilku miesiącach, więc zapisz sobie datę startu.
Pierwsza edycja udaje się zwykle bez trudu, bo ciągnie ją ciekawość i życzliwość znajomych. Prawdziwy test przychodzi później.
Na pierwszej scenie jesteś jednym z czterystu nazwisk na liście uczestników i wychodzisz z wizytówkami, które nic nie znaczą. Na drugiej jesteś człowiekiem, dzięki któremu dwadzieścia osób poznało się nawzajem, i to zdanie zostaje przy tobie długo po wieczorze. Pierwsza scena wymaga cudzego budżetu, druga twojej decyzji i sześciu tygodni.
Zrób test na sobie. Wypisz dziesięć osób, które w ostatnich dwóch latach realnie wpłynęły na twoją pracę: dały zlecenie, poleciły cię dalej, podpowiedziały rozwiązanie. Przy każdej dopisz, gdzie ją poznałeś. Gdy większość tej listy pochodzi z jednego miejsca, w którym akurat byłeś zatrudniony, twój kapitał relacyjny jest przywiązany do stanowiska, a nie do ciebie.
Mniej, niż zakłada większość osób pytających o to pierwszy raz. Przy tej skali odpadają scena, nagłośnienie i obsługa techniczna. Zostają miejsce, napoje i coś do jedzenia, a miejsce często udaje się mieć za darmo: zaplecze kawiarni, coworking, biuro zaprzyjaźnionej firmy po godzinach. Pierwsze edycje takich formatów zwykle finansują sami organizatorzy.
Zacznij od tych, których znasz choćby luźno: byli współpracownicy, ludzie ze studiów, osoby, których treści czytasz. Napisz do nich indywidualnie, nie wydarzeniem na Facebooku. Poproś każdą zapraszaną osobę o wskazanie jednej innej, która powinna tam być. Przy dwudziestu miejscach ta metoda zapełnia salę szybciej, niż się spodziewasz.
Na starcie zwykle nie. Sponsor pojawia się z oczekiwaniami, a ty nie masz jeszcze czym ich zaspokoić: nie znasz frekwencji, składu ani tego, czy format przetrwa trzy edycje. Partner dołączający do działającego cyklu kupuje kontakt ze społecznością. Wchodząc w sam pomysł, kupuje obietnicę i zwykle chce ją zamienić na czas na scenie.
Raz w miesiącu buduje nawyk najszybciej, ale bywa trudne do utrzymania obok etatu. Kwartał jest bezpieczniejszy i nadal działa, o ile terminy są znane z góry. Najgorzej wypadają spotkania nieregularne, ogłaszane wtedy, gdy akurat masz czas. Cała przewaga cyklu nad pojedynczym eventem polega na przewidywalności.
Ma, i to często większy. Specjalista, freelancer albo właściciel małej firmy, który zbiera przy jednym stole dwadzieścia osób ze swojej branży, staje się osobą, u której poznaje się właściwych ludzi. Firmy robią to samo w większej skali, nazywając to śniadaniami biznesowymi. Mechanizm jest identyczny, zmienia się tylko budżet. Więcej o wchodzeniu do branży znajdziesz w poradach dla początkujących event managerów.
Masz pomysł na własny format i chcesz go rozpisać tak, żeby przetrwał dziesięć edycji? Weź datę, listę dwudziestu nazwisk i jedno pytanie. Na konsultacji 1:1 ułożymy z tego cykl i mierniki, po których poznasz, czy działa.
Piotr Kalewski, projektant doświadczeń biznesowych i CEO Event Marketing Institute. Projektuje wydarzenia firmowe jako proces, który zaczyna się tygodnie przed datą, zostawia ślad długo po niej i ma wywołać jedną konkretną zmianę: w sprzedaży, postawach, kulturze organizacji albo wizerunku marki. Od 12 lat pracuje przy wydarzeniach B2B z trzech stron stołu: jako event manager w agencji, Head of Marketing po stronie klienta i szef własnej firmy. Ma za sobą ponad 700 wydarzeń i ponad 400 wystąpień na scenie. Autor książki „Event Management dla początkujących (i nie tylko)” (2025), wykładowca WSB Merito Poznań, twórca kanału „Wejście od zaplecza” o kulisach branży.
Dołącz do społeczności świadomych marketerów i otrzymaj pakiet bonusów za darmo! 🎉 Co 2 tygodnie wyślemy Ci też newsletter pełen konkretnych inspiracji z obszaru marketingu doświadczeń.