Blog

Frekwencja eventu bez budżetu: polecenia uczestników

Najważniejsze tezy: Zaproszenie od znajomej osoby niesie informację, której komunikat organizatora nie ma: ktoś, kogo znam, uważa, że warto tam być. System poleceń wymaga trzech elementów: widocznego efektu dla polecającego, powodu do dzielenia się i uczciwej atrybucji.
  • Indywidualny link, progi i informacja zwrotna jako konstrukcja mechanizmu
  • Realny koszt liczony w godzinach pracy zespołu
  • Dane osobowe w mechanizmie poleceń do ustalenia przed startem
  • Wypalenie ambasadorów przy trzeciej edycji
  • Dane o poleceniach pochodzą głównie od dostawców narzędzi

Trzy tygodnie przed wydarzeniem, sala na dwieście osób, na liście sto dwadzieścia nazwisk. Zespół marketingu dokłada budżet na kampanię, wysyła trzeci mailing do bazy i prosi zarząd o udostępnienie posta. Zapełnia salę na tydzień przed, kosztem, którego nikt potem nie liczy w przeliczeniu na uczestnika.

Inne wydarzenie, ta sama skala. Każdy, kto się zapisał, dostaje w potwierdzeniu własny link i informację, ilu ludzi przyszło z jego polecenia. Trzech prelegentów dostaje gotowe materiały o swojej roli, a nie grafikę z dwudziestoma twarzami. Na tydzień przed lista jest pełna, a połowa zapisów pochodzi od uczestników.

Różnica nie polega na tym, że ktoś miał lepszą kampanię. Polega na tym, że w drugim przypadku ktoś zaprojektował, jak uczestnik ma opowiedzieć o wydarzeniu.

Krótka odpowiedź: polecenia działają, bo zaproszenie od konkretnej osoby niesie informację, której nie niesie komunikat firmowy: ktoś, kogo znam, uważa, że warto tam być. Żeby to działało systemowo, potrzebujecie trzech rzeczy: mechanizmu, który pokazuje uczestnikowi efekt jego polecenia, powodu, dla którego chce się nim podzielić, i atrybucji, która nie przypisuje wszystkiego ruchowi bezpośredniemu.

Dlaczego to samo zaproszenie działa inaczej z ust uczestnika?

Bo zmienia się nadawca, a razem z nim ryzyko po stronie odbiorcy. Komunikat firmowy mówi „będzie ciekawie" i jest deklaracją strony zainteresowanej. Wiadomość od znajomego z branży mówi „idę, dołączysz?" i jest rekomendacją osoby, która straci na wiarygodności, jeżeli wydarzenie okaże się słabe.

Druga rzecz to zasięg jakościowy. Osoba, która poleca, robi to selektywnie, bo zapraszając trzydzieści przypadkowych osób, płaci własną reputacją. W efekcie kanał polecający dostarcza uczestników lepiej dopasowanych niż kampania kierowana po parametrach demograficznych.

Trzecia, najbardziej niedoceniana: polecenia rozkładają wysiłek komunikacyjny na wiele osób i wiele momentów. Firma wysyła trzy komunikaty w trzech terminach, a stu uczestników rozmawia o wydarzeniu wtedy, kiedy mają po temu okazję, czyli praktycznie codziennie przez cały okres zapisów.

Jak zbudować system poleceń, który nie jest loterią?

Z czterech elementów. Każdy da się zrobić prostymi narzędziami i żaden nie wymaga dużego budżetu, wymaga natomiast decyzji podjętych przed otwarciem zapisów.

Element pierwszy: indywidualny link i atrybucja. Uczestnik dostaje swój link w potwierdzeniu rejestracji, natychmiast, nie tydzień później. System zapamiętuje źródło na kilka tygodni, bo ludzie rzadko zapisują się przy pierwszym kliknięciu. Bez okna pamięci polecenia lądują w raportach jako ruch bezpośredni, a kanał, który realnie dowiózł ludzi, wygląda w zestawieniu na martwy.

Element drugi: próg zamiast losowania. Nagroda za trzy osoby, za pięć, za dziesięć. Loteria mówi „miałeś szczęście", próg mówi „wypracowałeś to", a to jest zupełnie inna rozmowa. Nagrody nie muszą być drogie i najlepiej, żeby nie były do kupienia: miejsce w pierwszym rzędzie, wcześniejsze wejście, rozmowa z prelegentem, materiał niedostępny publicznie.

Element trzeci: gotowe materiały, ale nie gotowe posty. Grafika z imieniem uczestnika i inspiracja do treści, nie skopiowany opis. Dwadzieścia identycznych postów w tym samym dniu wygląda jak akcja i jest tak odbierane, także przez algorytmy platform.

Element czwarty: widoczny efekt. Uczestnik widzi, ile osób przyszło z jego polecenia. To jest jedyna nagroda, która działa przez cały czas trwania zapisów, czyli dłużej niż sam moment wręczenia.

Kolejność ma znaczenie. Mechanizm uruchamiany na dwa tygodnie przed wydarzeniem łapie tylko końcówkę zapisów. Uruchomiony w pierwszej godzinie otwarcia rejestracji pracuje przez cały okres i jego efekt kumuluje się z tygodnia na tydzień.

Ile to kosztuje naprawdę?

Nie w budżecie mediowym, tylko w godzinach pracy zespołu, i to jest koszt, którego nikt w opisach tego mechanizmu nie podaje.

Cztery pozycje, które trzeba policzyć przed decyzją:

Trzecia pozycja jest największa i najbardziej zaskakuje. Dwieście publikacji uczestników po wydarzeniu i obietnica merytorycznej rozmowy pod każdą z nich oznaczają kilkanaście godzin pracy w ciągu trzech dni. Zaplanujcie to, bo zrobione w połowie wygląda gorzej niż nierobione wcale.

Porównanie, które ma sens: koszt tego mechanizmu w godzinach wobec kosztu kampanii, która dowiozłaby tę samą liczbę zapisów. W wydarzeniach niszowych, gdzie grupa docelowa jest wąska i droga w dotarciu, polecenia wygrywają wyraźnie. Przy wydarzeniach masowych, gdzie liczy się sama skala, przewaga bywa odwrotna.

Co z danymi osobowymi w mechanizmie poleceń?

To jest pytanie, które w materiałach o poleceniach nie pada prawie nigdy, a wraca w rozmowie z działem prawnym w środku projektu, czyli w najgorszym możliwym momencie.

Trzy obszary wymagają ustalenia przed startem. Pierwszy: informacja dla uczestnika, że system rejestruje, kto przyszedł z jego polecenia, i co z tą informacją robicie. Drugi: zakres danych pokazywanych polecającemu, bo „przyszły trzy osoby" to co innego niż lista nazwisk. Trzeci: materiały generowane z wizerunkiem uczestnika, zwłaszcza jeżeli powstają w narzędziu zewnętrznym.

Nie jestem prawnikiem i nie rozstrzygnę tego w akapicie. Mówię natomiast z praktyki projektowej: te trzy pytania zadaje się na etapie projektowania mechanizmu, a nie po jego uruchomieniu, bo zmiana zasad w połowie kampanii kosztuje więcej niż tydzień opóźnienia na starcie.

Jak nie wypalić ambasadorów przy trzeciej edycji?

Przez rotację, przez zmianę roli i przez uczciwe rozliczenie wysiłku.

Mechanizm zużywa się szybciej, niż zakłada większość organizatorów. Pierwsza edycja działa na nowości, druga na przyzwyczajeniu, a przy trzeciej ci sami ludzie zaczynają liczyć, ile już razy prosiliście ich o zasięg. Osoba, która trzeci rok z rzędu dostaje ten sam komunikat z prośbą o udostępnienie, przestaje go czytać.

Trzy rzeczy, które przedłużają żywotność mechanizmu:

Drugi punkt wymaga komentarza, bo jest sprzeczny z intuicją. Nagroda materialna działa raz i traci wartość przy powtórzeniu. Zaproszenie do współdecydowania o programie nie traci, bo za każdym razem dotyczy czegoś innego, a przy okazji poprawia samo wydarzenie.

Trzeci punkt jest najtrudniejszy do przyjęcia przez zespół marketingu i najzdrowszy dla relacji. Rok bez proszenia o zasięg przypomina ludziom, że wydarzenie istnieje dla nich, a nie dla własnej frekwencji.

Liczby, które krążą w tej sprawie, i co z nimi zrobić

Dane o skuteczności poleceń w wydarzeniach pochodzą prawie wyłącznie od dostawców narzędzi do programów ambasadorskich i to trzeba mówić wprost, także wtedy, gdy się je cytuje.

Firma Sharebee opisuje w e-booku Grupy MBE własne wydarzenie, na które zapisało się dwa tysiące sześćset siedemdziesiąt siedem osób, z czego czterdzieści sześć procent trafiło na listę z poleceń, a po wydarzeniu pojawiło się dwieście trzydzieści dziewięć publikacji uczestników. To jest ciekawy przypadek i uczciwie opisany jako własny, ale wymaga trzech zastrzeżeń. Po pierwsze, to firma sprzedająca oprogramowanie do employee advocacy, więc jej wydarzenie gromadzi ludzi już przekonanych do tej mechaniki. Po drugie, nie podano frekwencji rzeczywistej, a przy darmowych zapisach różnica między listą a salą bywa ogromna. Po trzecie, nie podano kosztu mechanizmu.

W tym samym materiale pojawia się zestawienie: średnie zaangażowanie publikacji pracowników na poziomie pięciu przecinek siedmiu procent wobec benchmarku Hootsuite dla profili firmowych rzędu od dwóch dziesiątych do czterech dziesiątych procenta. To porównanie zestawia własny pomiar firmy z benchmarkiem liczonym inną metodą i na innej próbie, więc jako argument sprzedażowy działa, a jako dowód nie. Przywołany jest tam również Edelman Trust Barometer z dwa tysiące dwudziestego szóstego roku z liczbą siedemdziesięciu ośmiu procent pracowników ufających pracodawcy, ale bez wskazania, czy chodzi o dane globalne, czy polskie, a przy tej statystyce to rozróżnienie przesądza o wartości liczby.

Mój wniosek jest prosty i nie podważa mechanizmu. Polecenia działają i widzę to w projektach, przy których pracowałem. Nie mamy natomiast polskich danych o skali tego efektu poza przypadkami opisanymi przez dostawców, więc przy planowaniu warto założyć wynik skromniejszy niż w cudzym case study i sprawdzić go na własnym wydarzeniu.

Skąd wiadomo, czy budujecie społeczność, czy kupujecie ruch?

Po jednym wskaźniku mierzonym między edycjami: jaki odsetek zapisów pochodzi od osób, które były rok wcześniej, albo od ich poleceń.

Rosnący udział oznacza, że wydarzenie zaczyna mieć własną publiczność i że zaproszenia krążą bez waszego udziału. Spadający oznacza, że każdą kolejną edycję kupujecie od nowa, niezależnie od tego, jak dobrze wyszła poprzednia. To jest ten sam wskaźnik, który decyduje o tym, czy wydarzenie ma markę, czy tylko datę w kalendarzu.

Cztery liczby warte zbierania przy każdej edycji:

Ostatnia pozycja jest najbardziej niewygodna i najbardziej potrzebna. Kanały różnią się liczbą zapisów oraz tym, ilu zapisanych faktycznie przychodzi. Jeżeli polecenia dają mniej rejestracji, ale wyższą obecność, w rachunku końcowym wygrywają, a w raporcie z zapisów przegrywają.

Czego ten mechanizm nie naprawi

Nie naprawi wydarzenia, na które ludzie nie chcą przyjść. To brzmi banalnie, dopóki nie zobaczy się firmy, która wdraża program ambasadorski, żeby ratować frekwencję formatu, który od dwóch lat traci publiczność. Polecenia przyspieszają to, co już działa, i przyspieszają też rozejście się wiadomości, że nie warto.

Nie zadziała też tam, gdzie pracownicy nie chcą się firmą chwalić. Program ambasadorski w organizacji z niskim zaufaniem wewnętrznym staje się kolejnym zadaniem służbowym, a wymuszone publikacje rozpoznaje każdy odbiorca.

I ostatnia rzecz, uczciwie: nie mam danych, które porównywałyby jakość uczestników z poleceń i z kanałów płatnych na polskim rynku wydarzeń B2B. Mam obserwację, że rozmowy z osobami przyprowadzonymi przez kogoś zaczynają się od innego poziomu, bo ktoś już za wydarzenie ręczył. Traktuję to jako obserwację, nie jako pomiar.

Co się zmieni w ciągu kilku lat

Uważam, że w ciągu kilku lat atrybucja poleceń stanie się standardowym elementem systemów rejestracji na wydarzenia, tak jak standardem stały się przypomnienia i ankiety. Nie z powodu mody na advocacy, tylko dlatego, że bez niej organizator nie wie, skąd naprawdę ma ludzi, a to jest dziś jedna z niewielu rzeczy, które da się w wydarzeniach policzyć uczciwie.

Argument za: koszt dotarcia w kanałach płatnych rośnie szybciej niż budżety, a jednocześnie każdy organizator ma pod ręką listę ludzi, którzy już raz powiedzieli „tak".

Argument przeciw: mechanizm wymaga stałej obsługi i przy małych zespołach konkuruje o te same godziny, co produkcja samego wydarzenia. W organizacji, w której jedna osoba robi wszystko, dołożenie kampanii poleceń zwykle odbywa się kosztem czegoś innego, a to nie zawsze się opłaca.

Najważniejsze ustalenia

FAQ: polecenia i frekwencja na wydarzeniu

Od ilu uczestników ma sens budowanie systemu poleceń?

Od takiej liczby, przy której ręczne liczenie przestaje działać, czyli zwykle od stu zapisów w górę. Poniżej tej skali wystarczy prosta wersja: osobista prośba do kilkunastu osób, które i tak polecą, i zapisanie w arkuszu, kto kogo przyprowadził. Mechanizm z linkami i progami zaczyna się opłacać, gdy koszt jego konfiguracji rozkłada się na setki rejestracji i na kolejne edycje.

Czy nagrody muszą być drogie?

Nie i często lepiej, żeby nie były. Najsilniej działają nagrody niedostępne w sprzedaży: wcześniejsze wejście, miejsce przy stole z prelegentem, wpływ na jeden element programu, materiał przygotowany tylko dla polecających. Rzecz, którą da się kupić, konkuruje ceną, a rzecz, której kupić się nie da, konkuruje statusem, i to drugie jest tańsze oraz trwalsze.

Jak uniknąć spamu ze strony najbardziej aktywnych?

Przez sufit i przez jakość zamiast ilości. Górny próg nagród sprawia, że po jego osiągnięciu nie ma po co zapraszać dalej na siłę. Drugi mechanizm to liczenie osób, które faktycznie przyszły, a nie tych, które kliknęły, bo wtedy opłaca się zaprosić pięć właściwych osób zamiast pięćdziesięciu przypadkowych.

Co zrobić, gdy prelegenci nie promują wydarzenia?

Dać im materiał o nich, nie o was. Grafika z agendą i dwudziestoma twarzami nie jest treścią, którą ktokolwiek chce publikować na swoim profilu. Krótki materiał o temacie wystąpienia, z nazwiskiem i sensownym powodem, dla którego warto go posłuchać, publikuje się sam. Ogłaszanie prelegentów pojedynczo działa z tego samego powodu.

Czy da się to zrobić bez dedykowanego narzędzia?

Da się przy jednej edycji i przy skali do kilkuset osób. Wystarczy formularz z polem „kto cię zaprosił", arkusz, w którym to zliczacie, i konsekwencja w informowaniu ludzi o wyniku. Narzędzie kupuje się wtedy, gdy ręczna obsługa zaczyna zjadać więcej godzin niż jego wdrożenie, i zwykle dzieje się to przy trzeciej albo czwartej edycji.

Czy mechanizm poleceń nadaje się do wydarzeń wewnętrznych?

Nadaje się, tylko waluta jest inna. W wydarzeniu wewnętrznym liczy się to, żeby zaproszenie przyszło od kolegi z zespołu zamiast z centrali. Najprostsza wersja to poproszenie liderów o osobistą wiadomość do swoich ludzi zamiast przekazania komunikatu ogólnego. Efekt frekwencyjny bywa większy niż przy trzech mailingach z działu komunikacji.

Jak policzyć, czy to się opłaciło?

Zestawiając koszt mechanizmu w godzinach i pieniądzach z kosztem kampanii, która dowiozłaby tę samą liczbę obecnych osób, nie zapisanych. Do tego dochodzi jedna rzecz, której kampania nie daje: lista imienna polecających, która jest aktywem na kolejną edycję. Ta lista bywa warta więcej niż sama oszczędność.

Źródła

Czego świadomie nie podaję: procentowego udziału poleceń, którego można oczekiwać na własnym wydarzeniu. Jedyne dostępne liczby pochodzą od dostawców narzędzi i opisują ich własne wydarzenia, więc przenoszenie ich do cudzego planu byłoby nadużyciem.

Co zrobić przed otwarciem zapisów

Dodaj do formularza rejestracji jedno pole: kto cię zaprosił. To kosztuje pięć minut, nie wymaga żadnego narzędzia i po pierwszej edycji dostaniesz odpowiedź na pytanie, które dziś jest zgadywanką, czyli ile osób przyszło dzięki innym uczestnikom.

Resztę mechaniki opisałem osobno. Pierwszy punkt styku uczestnika z wydarzeniem rozbieram w tekście o projektowaniu rejestracji, a to, co dzieje się między edycjami, w materiale o tym, dlaczego konferencja co roku zaczyna od zera. Warstwę relacji na samym wydarzeniu opisuje tekst o projektowaniu networkingu, mechanikę cenową zapisów tekst o cenach early bird, a to, co zostaje po wydarzeniu w materiale wideo, tekst o aftermovie, którego nikt nie ogląda.

Było pomocne? Podaj dalej
→ Zobacz pozostałe artykuły

Przeczytaj również

ZGARNIJ BONUSY!

Dołącz do społeczności świadomych marketerów i otrzymaj pakiet bonusów za darmo! 🎉 Co 2 tygodnie wyślemy Ci też newsletter pełen konkretnych inspiracji z obszaru marketingu doświadczeń.

Dziękujemy! Zapisaliśmy Cię do Newslettera
Ups! Coś poszło nie tak