Event Marketing Institute Sp. z o.o.
Iwonicka 3, 60-473 Poznań
NIP 7812066079
REGON 527890052
KRS 0001090243
REGON 527890052
KRS 0001090243
© 2024 Kalewski copy
Najważniejsze tezy: Standardowy aftermovie dokumentuje, że wydarzenie się odbyło, i na tym jego praca się kończy. Materiał zarabia na siebie wtedy, gdy przed kręceniem dostaje jedno zadanie: sprzedać kolejną edycję albo pokazać zmianę, którą wydarzenie wywołało.
Pierwszy materiał. Dwie minuty i czterdzieści sekund. Otwarcie ujęciem z drona na budynek centrum konferencyjnego, potem szybki montaż: rejestracja, uściski dłoni, prelegent przy pulpicie, sala od tyłu, ktoś się śmieje przy stoliku, wieczorem światła i zespół na scenie. Podkład muzyczny budujący napięcie od trzydziestej sekundy. Na końcu logo i data kolejnej edycji. Trzysta czternaście wyświetleń po roku, z czego większość w pierwszym tygodniu.
Drugi materiał. Minuta i dziesięć sekund, z jednego wydarzenia tej samej wielkości. Zaczyna się od zdania wypowiedzianego przez uczestniczkę do kamery: „przyjechałam tu przekonana, że robimy to źle, i wyjeżdżam przekonana, że robimy to źle, tylko wiem już dlaczego". Potem trzy sceny pokazujące, skąd się wziął ten wniosek. Bez drona. Ten materiał handlowcy tej firmy wysyłali klientom jeszcze osiem miesięcy później.
Krótka odpowiedź: aftermovie w standardowej formule dokumentuje, że impreza się odbyła, i tylko to. Działa wtedy, gdy ma jedno konkretne zadanie: sprzedać kolejną edycję albo pokazać zmianę, którą wydarzenie wywołało. Bez tego zadania jest kosztowną pamiątką, którą obejrzą wyłącznie ci, którzy i tak tam byli.
Bo powstaje bez odpowiedzi na pytanie, kto ma to obejrzeć i co ma dzięki temu zrobić. Zamówienie brzmi zwykle „potrzebujemy fajny aftermovie z eventu", a montażysta dostaje wolność wyboru najlepiej wyglądających ujęć bez wskazanego celu. Robi więc to, co w tej sytuacji jest jedynym sensownym wyborem: składa materiał estetyczny, bo estetyka jest jedynym kryterium, jakie dostał.
Efekt jest przewidywalny. Dwie minuty pięknych obrazów, które nie mówią nic nowego oczom, które na tym wydarzeniu już były, i nie dają żadnego powodu do obejrzenia oczom, które tam nie były. Materiał trafia na firmową stronę, gdzie leży obok aftermovie z poprzednich lat, równie oglądanych.
Jest jeszcze drugi powód, rzadziej nazywany. Aftermovie bywa dowodem wykonania pracy, a nie narzędziem. Osoba, która organizowała wydarzenie, potrzebuje czegoś, co pokaże zarządowi, że impreza się udała. Do tego celu standardowy montaż z uśmiechniętymi twarzami sprawdza się znakomicie. Problem w tym, że cel „pokazać zarządowi" i cel „sprzedać kolejną edycję" wymagają dwóch zupełnie różnych materiałów, a płaci się zwykle za jeden.
Poland Convention Bureau w raporcie „Przemysł spotkań i wydarzeń w Polsce 2025" naliczyło 18 934 wydarzenia biznesowe w roku 2024. Konferencje i kongresy to 46 procent, czyli 8 784 wydarzenia z frekwencją rzędu dwóch i pół miliona uczestników. Wydarzenia korporacyjne i motywacyjne to kolejne 49 procent, czyli 9 201.
Nie ma żadnej statystyki mówiącej, ile z nich zostało sfilmowanych, i nie będę jej zmyślał. Wystarczy jednak przejrzeć kanały firmowe w mediach społecznościowych, żeby zobaczyć, że mowa o tysiącach materiałów rocznie, zbudowanych według jednego, powtarzalnego wzoru. Ten wzór jest tak jednolity, że sam w sobie stanowi problem: materiał nieodróżnialny od kilkuset innych nie zbuduje przewagi żadnej marce.
Zestaw to z jeszcze jedną liczbą z tego samego raportu: 69 procent konferencji trwa jeden dzień. To znaczy, że materiał powstaje z kilku godzin, w których większość czasu zajmują prelekcje, czyli forma najsłabiej nadająca się do filmu. Kto nie zaplanował wcześniej, co poza prelekcjami ma zostać zarejestrowane, dostanie materiał złożony z prelekcji i przerw kawowych.
Relacja pokazuje, co się wydarzyło. Narracja pokazuje, dlaczego to miało znaczenie. Większość aftermovie zatrzymuje się na pierwszym poziomie: rejestruje sekwencję zdarzeń w kolejności chronologicznej, od rejestracji po wieczór.
Narracja wymaga wyboru, którego wielu producentów unika, bo jest trudniejszy niż wybranie ładnych ujęć. Trzeba zdecydować, jaką historię ten materiał opowiada: o zmianie, którą zapoczątkowało wydarzenie, o problemie, który uczestnicy rozwiązali wspólnie, o momencie, w którym coś przestało się dziać przypadkiem, a zaczęło dziać z rozmysłem. Bez tego wyboru zostaje sam montaż estetycznych fragmentów.
Praktyczna różnica jest prosta do sprawdzenia. Narracja ma bohatera i zmianę. Materiał, po którym nie umiesz powiedzieć, kto jest w nim najważniejszy i co się z nim stało między pierwszą a ostatnią sekundą, jest relacją. Relacja sama w sobie nie jest zła, ma jednak znacznie mniejszą wartość handlową i znacznie krótsze życie.
To pytanie rozstrzyga wszystko inne, a prawie nikt go nie zadaje przed produkcją. Odpowiedź zmienia zarówno treść, jak i długość materiału.
Trzy grupy odbiorców, trzy różne materiały:
Próba zrobienia jednego materiału dla wszystkich trzech grup kończy się materiałem, który nie trafia w żadną. Przy wystarczającym budżecie lepiej zrobić dwie krótsze wersje niż jedną uniwersalną. Montaż drugiej wersji z tego samego materiału źródłowego kosztuje ułamek tego, co kosztował dzień zdjęciowy.
Przy dyskusji o długości materiału prędzej czy później pada zdanie o ośmiu sekundach uwagi, krótszej niż u złotej rybki. Cytuje się przy tym Microsoft. Dobrze wiedzieć, skąd to naprawdę pochodzi, zanim się na tym oprze decyzję produkcyjną.
Liczba pojawiła się w raporcie przygotowanym przez kanadyjski oddział Microsoftu w 2015 roku, który cytował ją za serwisem Statistic Brain. Statistic Brain nie podał metodologii ani źródłowego badania. Porównanie ze złotą rybką nie ma umocowania w żadnej pracy naukowej. Badacze uwagi od lat powtarzają, że „średnia długość uwagi" w ogóle nie jest wielkością, którą dałoby się sensownie zmierzyć jedną liczbą, bo zależy od zadania, kontekstu i motywacji.
To ma praktyczne konsekwencje. Wierząc w osiem sekund, zrobisz materiał cięty co pół sekundy, bo boisz się utraty widza. Wiedząc, że ta liczba jest wymysłem, możesz zostawić w materiale trwającą dwadzieścia sekund wypowiedź klienta, która sprzeda więcej niż czterdzieści cięć. Ludzie oglądają długie rzeczy bez trudu, pod warunkiem że są interesujące. Nudne trzydzieści sekund traci widza szybciej niż wciągające trzy minuty.
Uczciwie: firmy analizujące zachowania widzów wideo, między innymi Wistia w cyklicznych raportach o stanie wideo, konsekwentnie pokazują, że średni odsetek obejrzanego materiału spada wraz z długością. To jest prawdziwe i ważne, tylko mówi co innego niż mit o ośmiu sekundach. Krótszy materiał jest oglądany w większej części, a nie: dłuższy jest nieoglądalny.
Liczba wyświetleń sama w sobie nic nie mówi. Trzeba ją zestawić z celem, który materiał miał zrealizować, zanim powstał.
Pięć wskaźników, które mają sens:
Bizzabo w raportach o stanie branży eventowej od lat pokazuje, że mierzenie zwrotu z wydarzeń pozostaje jednym z głównych problemów organizatorów, choć odsetek firm deklarujących trudność wyraźnie spadł w kolejnych edycjach. Aftermovie dziedziczy ten problem w całości: skoro nie wiadomo, po co było wydarzenie, tym bardziej nie wiadomo, po co był film z niego.
Pięć słabych wskaźników naraz wskazuje zwykle na brak decyzji podjętej przed kręceniem. Warunki, które musi spełnić samo wydarzenie, żeby dało materiał nadający się do pracy handlowej, rozpisałem w tekście o tym, dlaczego film z eventu bije film wizerunkowy z aktorami.
Mieści się na jednej stronie i zawiera cztery rzeczy, których brakuje w standardowym zamówieniu.
Jedno zdanie o odbiorcy i działaniu. „Materiał dla dyrektorów operacyjnych z firm produkcyjnych, którzy nie byli na tegorocznej edycji, żeby zapisali się na przyszłoroczną". Nie „aftermovie z konferencji".
Teza materiału. Zdanie, które widz ma mieć w głowie po obejrzeniu. Zdania, którego nie umiesz napisać przed produkcją, montażysta też nie znajdzie w materiale.
Dwie do trzech scen obowiązkowych. Konkretne momenty programu, nie kategorie. Plus jedno zdanie o tym, czego w materiale być nie może, na przykład ujęć z wieczornej części nieformalnej.
Nazwisko osoby, która zatwierdza montaż. Jedno nazwisko. Materiał opiniowany przez sześć osób wychodzi z montażowni pozbawiony każdego wyrazistego wyboru, bo każdy taki wybór ktoś zakwestionuje.
Rzadko da się uratować całość, często da się uratować fragmenty. Obejrzyj materiał źródłowy obok gotowego montażu, bo najcenniejsze ujęcia zwykle odpadły w pierwszej selekcji, ponieważ nie były ładne.
Szuka się trzech rzeczy. Wypowiedzi klienta albo uczestnika, która sama w sobie jest całym argumentem. Sceny pokazującej pracowanie nad czymś, nie pozowanie. Momentu, w którym ktoś reaguje na coś naprawdę, a nie na polecenie operatora. Każda z tych rzeczy działa jako samodzielny klip i zwykle działa lepiej niż całość, z której została wyjęta.
Materiał sprzedażowy z wydarzenia ma największą siłę w B2B, gdzie dowód społeczny waży więcej niż reklama. Jak zbierać takie wypowiedzi na targach i konferencjach, opisałem w tekście o tym, jak zamienić konferencje i targi w leady.
Prognoza autorska, więc zaznaczam wyraźnie, że to nie są dane.
Aftermovie jako jeden, długi materiał podsumowujący będzie tracił na znaczeniu, a jego miejsce zajmie zestaw krótkich, każdy pod inne zadanie. Powodem jest koszt montażu, który spada szybciej niż koszt zdjęć. Uwaga widzów się nie skróciła. Kiedy zrobienie pięciu wersji kosztuje tyle, co dawniej jedna, argument za uniwersalnym materiałem znika.
Druga zmiana dotyczy tego, co będzie w tych materiałach. Efektowne ujęcia przestają być wyróżnikiem, bo da się je wygenerować. Wyróżnikiem staje się to, czego wygenerować się nie da: konkretna osoba mówiąca konkretną rzecz w konkretnym miejscu i czasie. Widać to już teraz po tym, że nagranie z telefonu z prawdziwą wypowiedzią potrafi zrobić więcej niż dopieszczona produkcja bez treści.
Trzecia zmiana jest organizacyjna. Rola „osoby od materiału" przesunie się z marketingu do zespołu organizującego wydarzenie, bo decyzje, które decydują o wartości materiału, zapadają na etapie projektowania programu, nie na etapie montażu.
Muzyka jako substytut treści. Podkład budujący napięcie podkręca emocję, która już istnieje w materiale. Nie tworzy jej tam, gdzie jej nie ma. Materiał, który bez muzyki nie działa wcale, z muzyką działa tylko przez pierwsze piętnaście sekund.
Otwarcie ujęciem z drona. Mówi widzowi, gdzie było wydarzenie, czyli rzecz najmniej dla niego istotną. Pierwsze trzy sekundy są najdroższym miejscem w całym materiale i marnowanie ich na budynek to strata.
Kolejność chronologiczna jako domyślna. Wydarzenie miało początek, środek i koniec, ale materiał nie musi ich powtarzać. Najmocniejsza scena może stać na początku.
Zbyt wielu mówiących. Sześć wypowiedzi po pięć sekund daje sześć ogólników. Jedna wypowiedź na dwadzieścia sekund daje argument.
Publikacja bez planu dystrybucji. Materiał wrzucony na stronę i jeden post w mediach społecznościowych to nie jest dystrybucja. Aftermovie z zadaniem sprzedażowym powinien mieć rozpisane, kto go wysyła, do kogo i przy jakiej okazji, przez kolejne pół roku.
Materiał wspomnieniowy dla uczestników może trwać dwie, trzy minuty, bo widz ma osobisty powód, żeby go obejrzeć. Materiał sprzedażowy dla nowych odbiorców powinien zmieścić się w trzydziestu do sześćdziesięciu sekundach. Ludzie umieją patrzeć dłużej, tylko nie mają jeszcze powodu.
Nie musi, a często szkodzi, bo maskuje brak realnej treści. Test jest prosty: wyłącz dźwięk i obejrzyj materiał raz jeszcze. Gdy bez muzyki nie zostaje nic, muzyka była jedyną treścią.
Osoba odpowiedzialna za cel wydarzenia, z montażystą w roli wykonawcy. Decyzja o tym, dla kogo powstaje materiał i co ma sprzedać, musi zapaść przed kręceniem, bo wpływa na to, co w ogóle zostanie nagrane.
Tak, jeżeli służą narracji: zmagania przed sukcesem, moment wątpliwości przed przełomem. Perfekcyjnie wygładzony materiał bez żadnego napięcia wypada płasko i widz go nie pamięta.
Znacznie mniej niż pierwszej, bo materiał źródłowy już istnieje i płacisz wyłącznie za montaż. Ustal to w umowie z góry, zanim producent wyceni drugą wersję jak nową produkcję.
Do materiału wspomnieniowego czasami tak, do sprzedażowego prawie nigdy. Problemem jest dźwięk: wypowiedź nagrana w hałaśliwej sali telefonem jest zwykle nie do użycia, a to wypowiedzi mają największą wartość.


W skrócie: Piotr Kalewski projektuje wydarzenia firmowe jako narzędzie sprzedaży i marketingu. Zaczyna od celu biznesowego zapisanego w jednym zdaniu i od miernika, potem układa scenariusz doświadczenia pod jedno zachowanie gości, a po wydarzeniu oddaje raport: kto z właściwej grupy przyszedł, co zrobił dalej i ile kosztowała każda rozmowa handlowa.
Wydarzenie jest kosztem, gdy budżet powstaje z faktury za salę, catering i scenę, a cel dopisuje się na końcu. Jest inwestycją, gdy przed pierwszym zamówieniem ktoś zapisze, co ma się zmienić w sprzedaży albo w relacjach z klientami, i do kiedy.
Różnicę widać w jednym dokumencie. Brief kosztowy zaczyna się od daty i liczby gości. Brief inwestycyjny zaczyna się od zdania w rodzaju: do końca kwartału chcemy dwudziestu rozmów handlowych z dyrektorami zakupów z trzech wskazanych segmentów. Resztę budżetu da się wtedy obronić albo skreślić, bo każda pozycja jest pytaniem, czy przybliża to zdanie.
Bizzabo w raporcie „2025 State of Events”, opartym na ankiecie ponad 1500 organizatorów i uczestników z listopada 2024 roku, podaje, że 70% organizatorów miało trudność z wykazaniem ROI konferencji B2B. Według Certain z 2025 roku 94% marketerów mówi, że ich firma nie zamienia leadów z eventów w szanse sprzedażowe.
Z mojej praktyki po obu stronach stołu za takim wynikiem stoi najczęściej jedno: miernik wybrany po wydarzeniu. Skoro przed eventem nikt nie zapisał, co ma być wynikiem, po evencie zostają frekwencja i ankieta zadowolenia. Zarząd nie przeliczy ich na przychód i słusznie nie próbuje.
Rachunek jest krótki. Koszt całego wydarzenia dzielę przez liczbę rozmów handlowych z gośćmi z listy, które odbyły się w uzgodnionym oknie po evencie. Wychodzi koszt jednej rozmowy. Dalej liczę, ile rozmów przeszło w ofertę i ile w sprzedaż.
Do tego potrzebny jest CRM, w którym każdy gość z rejestracji dostaje znacznik źródła „event” i datę. Bez znacznika po trzech miesiącach nikt nie odróżni sprzedaży z wydarzenia od sprzedaży, która i tak by się wydarzyła. Pełny pomiar po wydarzeniu rozpisałem w tekście o ewaluacji eventu firmowego.
Targi dają zasięg, własny event daje kontrolę. Na targach listę gości tworzy ktoś inny, a o uwagę konkurujesz z setkami stoisk. Na własnym wydarzeniu sam decydujesz, kto wchodzi i co widzi, ale płacisz za zebranie ludzi, którzy sami by się nie spotkali.
Własny event wygrywa, gdy decydentów jest niewielu i znasz ich z nazwiska. Targi wygrywają, gdy dopiero ustalasz, kto jest w twoim segmencie. Jak z targów zrobić rozmowy zamiast pliku wizytówek, opisuję w tekście o leadach z konferencji i targów.
Dla Grupy Topex projektowałem cykle wydarzeń w całej Polsce dla handlowców i dystrybutorów: prezentacje nowych produktów i linii oraz aktywacje wokół nich. W TedGifted prowadziłem trasę po targach europejskich razem z liczeniem wyników, od produktu i katalogu po rozliczenie rozmów.
Jestem projektantem doświadczeń biznesowych. Prowadzę Event Marketing Institute w Poznaniu, wykładam na WSB Merito Poznań, należę do Rady Sektorowej ds. Kompetencji Komunikacji Marketingowej. Jestem autorem książki Event Management dla początkujących (i nie tylko) z 2025 roku. Pracuję też jako interim marketing director po stronie klientów, więc brief znam z obu stron stołu.
Planujesz wydarzenie i chcesz, żeby ktoś odpowiadał za jego wynik? Umów konsultację, a przejdziemy przez cztery decyzje na twoim przypadku.
Zacznij od listy decydentów, których chcesz poznać, nie od programu. Ustal jedno zachowanie po wydarzeniu, na przykład umówione spotkanie, i ułóż scenariusz tak, żeby każdy punkt do niego prowadził. Po evencie licz rozmowy z gośćmi z listy w uzgodnionym oknie.
Podziel koszt wydarzenia przez liczbę rozmów handlowych z właściwymi gośćmi, a potem śledź, ile z nich przeszło w ofertę i sprzedaż. Wymaga to znacznika „event” przy kontaktach w CRM i daty pierwszej rozmowy.
Zależy od tego, czy znasz swoich odbiorców z nazwiska. Gdy znasz, własne wydarzenie daje kontrolę nad listą gości i scenariuszem. Gdy dopiero szukasz segmentu, targi dają zasięg przy niższym koszcie pierwszego kontaktu.
Sprawdź trzy rzeczy: czy ktoś pyta o cel biznesowy i miernik, zanim poda cenę, czy oferta zawiera raport po wydarzeniu i kto po stronie firmy odpowiada za wynik. Agencja realizuje zlecenie, doradca ustala, co zlecenie ma przynieść.
Doświadczenia dla marek projektują agencje, studia kreatywne i niezależni konsultanci. Piotr Kalewski robi to jako projektant doświadczeń biznesowych: od celu i miernika, przez scenariusz, po raport z wyniku wydarzenia.
Piotr Kalewski jest projektantem doświadczeń biznesowych z Poznania, CEO Event Marketing Institute, wykładowcą WSB Merito Poznań i autorem książki „Event Management dla początkujących (i nie tylko)” z 2025 roku. Pracuje także jako interim marketing director po stronie klientów.

W artykule znajdziesz: godzinowy scenariusz śniadania biznesowego na 90 minut, sposób liczenia kosztu na osobę obecną, a nie zaproszoną, oraz zasady rozsadzenia, które decydują o tym, czy goście w ogóle ze sobą porozmawiają.
Śniadanie biznesowe ma dwie przewagi nad konferencją: kosztuje mniej i kończy się przed dziewiątą, więc nikt nie traci dnia. Ma też słabość, której organizatorzy nie widzą, dopóki nie przeprowadzą trzeciego: dziewięćdziesiąt minut przy stole z obcymi ludźmi to czas, w którym rozmowa albo ruszy w pierwszym kwadransie, albo nie ruszy wcale.
Krótka odpowiedź: śniadanie biznesowe zorganizuj na 20 do 40 osób, w dziewięćdziesiąt minut, z jednym wystąpieniem do 20 minut i co najmniej 30 minutami rozmów przy stołach z zadanym pytaniem. Koszt licz na osobę obecną, nie zaproszoną, bo przy dwudziestoprocentowej nieobecności koszt jednostkowy rośnie o jedną czwartą. Rozsadzenie przygotuj z góry.
Pierwsze dwadzieścia minut decyduje o reszcie. Freeman i IMEX przebadali w 2025 roku ponad 2600 uczestników i organizatorów wydarzeń: 51 procent uczestników wraca na wydarzenia ze względu na networking, a 30 procent ma problem z rozpoczęciem rozmowy. Ludzie przychodzą po rozmowy i jednocześnie nie wiedzą, jak zacząć.
Dlatego przy wejściu ustaw dwie rzeczy: kartę z przypisanym stolikiem i jedno pytanie na kartce, na przykład „nad czym pracujesz w tym kwartale”. Moja opinia: takie pytanie otwiera rozmowę lepiej niż „czym się zajmujesz”, bo wymaga odpowiedzi zdaniem, nie nazwą stanowiska. Osoba przy drzwiach wita po imieniu i kieruje do stołu, a nie do bufetu.
Gospodarz mówi, po co ludzie się spotkali, jak wygląda plan i co się stanie o 8:15. Pięć minut, bez historii firmy i bez przedstawiania wszystkich sponsorów. Najważniejsza informacja to godzina zakończenia, bo ona uspokaja osoby z poranną rozmową o dziewiątej.
Jeśli prowadzisz wydarzenie sam, przećwicz ten fragment na głos z zegarem. Zasady prowadzenia dyskusji z sali opisałem w tekście o moderowaniu panelu.
Jedno, nie trzy. Prelegent dostaje temat zawężony do jednej decyzji, którą goście mogą podjąć w tym kwartale. Zalecam 45 minut rozmowy przygotowawczej z prowadzącym. Dwadzieścia minut kończy się wcześniej niż koncentracja, a zostawia miejsce na pytanie z sali.
Prelegent nie rozdaje materiałów i nie prezentuje oferty firmy. Po wystąpieniu prowadzący zadaje jedno pytanie, które stół będzie omawiał przez następne pół godziny. Zaplanowanie pytania razem z prelegentem to najważniejszy element programu.
Dla tego bloku goście przyszli. Przy każdym stole pięć lub sześć osób, jedno pytanie na kartce i prowadzący stołu, który dba o to, żeby wszyscy powiedzieli co najmniej jedno zdanie. Prowadzący stołu może być osobą z zespołu organizatora albo zaproszonym gościem, który wcześniej dostał trzy zdania instrukcji.
Rozsadzenie zmienia najwięcej. Rozdziel osoby z tej samej firmy i osoby, które przyszły razem. Z moich obserwacji rozsadzenie czterdziestu gości zajmuje około pół godziny i zwiększa szansę, że ktoś wyjdzie z nowym kontaktem. Opis projektowania pierwszej rozmowy między uczestnikami znajdziesz w tekście o networkingu na wydarzeniu.
Każdy stół mówi jedno zdanie: co z rozmowy zabiera ze sobą. Prowadzący zbiera zdania i dopisuje kolejny krok, na przykład termin następnego śniadania albo listę uczestników, którzy zgodzili się na udostępnienie kontaktu. Dziesięć minut wystarczy, a zamknięcie daje poczucie, że spotkanie coś wyprodukowało.
Po zamknięciu zostaw piętnaście minut wolnych rozmów i kawy. Z moich obserwacji goście, którzy zaczęli dobrą rozmowę przy stole, chcą ją skończyć na stojąco, więc nie wyłączaj muzyki i nie zaczynaj sprzątania.
Koszt wydarzenia licz na osobę obecną. Scenariusz liczbowy, hipotetyczny: koszty stałe wynoszą 6 000 zł, zmienne 90 zł na zaproszonego, a zaproszonych jest 40. Przy pełnej frekwencji koszt na osobę wynosi 240 zł. Gdy przychodzi 30 osób, a catering zamówiono na 40, koszt na obecną osobę rośnie do 320 zł. Różnica wynosi jedną trzecią i wynika wyłącznie z nieobecności.
Jak ograniczać nieobecność, opisałem w tekście o no-show na wydarzeniu firmowym, a projekt rejestracji, który zmniejsza liczbę osób zapisanych bez zamiaru przyjścia, w tekście o rejestracji na wydarzenie. Nie znalazłem publicznie dostępnego benchmarku kosztu śniadania biznesowego w Polsce, więc powyższe kwoty to przykład struktury, nie cennik.
Mniejszą wersję tego formatu, od dwudziestu osób, opisałem w tekście o tym, jak zacząć budowę kapitału relacyjnego od dwudziestu osób.
Od 20 do 40. Poniżej dwudziestu trudno o różnorodność rozmów, powyżej czterdziestu trzeba drugiej osoby do prowadzenia stołów, a koszt koordynacji rośnie szybciej niż liczba gości.
To zależy od celu. Z moich obserwacji wydarzenie bezpłatne łatwiej zapełnić, ale ma wyższą nieobecność, a opłata, nawet symboliczna, zmniejsza liczbę osób zapisanych bez zamiaru przyjścia. Nie mam badania, które by to potwierdzało. Przy zaproszeniach indywidualnych płatność zwykle nie jest potrzebna.
Moja rada: raz w miesiącu lub raz na kwartał, w stałym dniu tygodnia. Rytm ważniejszy jest od jednego dobrego wydarzenia, bo goście wracają na format, który znają, a nie na pojedyncze spotkanie.
Planujesz cykl spotkań branżowych i chcesz zaprojektować format pod swoich gości? Umów konsultację 1:1 (250 zł netto za 60 minut, pakiet 850 zł) i przejdziemy przez scenariusz godzina po godzinie.

Z tekstu dowiesz się: co włożyć do welcome packa, żeby nowa osoba w poniedziałek rano wiedziała, gdzie siedzi, z kim zaczyna i co ma zrobić do piątku, oraz które elementy klasycznego pudełka z gadżetami możesz zostawić w szufladzie.
Scenariusz A. Poniedziałek, godzina dziewiąta. Nowa osoba dostaje karton: bluza z logo, kubek, notes, smycz, długopis. Laptop jeszcze jedzie od IT, opiekun jest na urlopie, a kalendarz na ten tydzień jest pusty. Karton zajmuje dziesięć minut. Resztę dnia spędza przy kawie z firmowego kubka.
Scenariusz B. Poniedziałek, godzina dziewiąta. Nowa osoba dostaje kopertę: kartkę z planem pierwszego tygodnia, imię i numer opiekuna, listę pięciu osób, z którymi spotka się do piątku, i jedno zdanie od przełożonego o tym, co ma być zrobione do końca miesiąca. Bluzy nie ma. Laptop stoi włączony.
Obie sceny są hipotetyczne, a różnica między nimi dotyczy pierwszego dnia w pracy, nie budżetu. Scenariusz B kosztuje mniej niż A i robi większą część roboty, której firma oczekuje od onboardingu.
Krótka odpowiedź: welcome pack powinien zawierać plan pierwszych trzydziestu dni, imię i kontakt opiekuna, listę osób do poznania, jedno zadanie na koniec pierwszego miesiąca i dostęp do narzędzi w dniu startu. Przedmioty z logo są dodatkiem, nie rdzeniem. Pierwszego dnia nowa osoba chce wiedzieć, co jej wolno i czego się od niej oczekuje.
Gallup podaje w publikacji o onboardingu z 2019 roku, że tylko 12 procent pracowników silnie zgadza się, że ich organizacja świetnie wdraża nowych pracowników. Dane dotyczą Stanów Zjednoczonych i nie sprawdzałem, czy w Polsce wynik jest podobny.
Ten sam materiał pokazuje, że gdy menedżer aktywnie uczestniczy w onboardingu, nowi pracownicy 3,4 raza częściej silnie zgadzają się, że ich onboarding był znakomity. Tekst Gallupa o wdrażaniu przy pracy zdalnej z 2021 roku wskazuje, że tylko 29 procent nowych pracowników czuje się w pełni przygotowanych i wspieranych w nowej roli. Według Gallupa osiągnięcie pełnej wydajności zajmuje nowej osobie zwykle około dwunastu miesięcy.
Wniosek dla welcome packa jest praktyczny. Wartość pakietu rośnie, gdy zawiera element, który angażuje przełożonego, a spada, gdy jest paczką od działu HR. Koszty, jakie firma ponosi, gdy ktoś odchodzi po kilku miesiącach, policzyłem w tekście o kosztach rotacji pracowników.
Pięć elementów wystarczy, żeby pierwszy tydzień miał strukturę:
Każdy z elementów odpowiada na jedno pytanie, które nowa osoba ma w głowie, ale rzadko zadaje: co mam robić, do kogo pójść, kogo poznać, po czym mnie ocenią i czy mogę zacząć pracę. Rozpisany proces onboardingu na pierwsze trzydzieści dni znajdziesz w tekście o onboardingu nowego pracownika.
Przedmioty z logo mogą być miłym dodatkiem, ale nie niosą informacji, której nowa osoba potrzebuje. Bluzę, kubek i długopis możesz wręczyć drugiego dnia, na kolejnym spotkaniu, albo wcale. Jeśli przedmiot ma sens, wybierz taki, którego ta osoba użyje w pracy: dobry notes, przydatny element wyposażenia stanowiska.
Moja opinia: im więcej przedmiotów w pierwszym pakiecie, tym mniej uwagi na rzeczy, które decydują o pierwszym miesiącu. Nie mam badania, które porównywałoby welcome packi z gadżetami i bez nich pod kątem retencji, więc to wniosek z logiki, nie z danych. Obietnicę, którą firma składała w ogłoszeniu, powinien potwierdzić pierwszy dzień. Jak przełożyć propozycję wartości dla pracownika na doświadczenie, opisałem osobno, a kandydatom na etapie rekrutacji poświęciłem tekst o candidate experience na wydarzeniu rekrutacyjnym.
Pakiet z przedmiotami mówi nowej osobie, że jest mile widziana. Pakiet z planem mówi jej, co ma robić, a to pierwsze pytanie, na które szuka odpowiedzi. Zacznij od planu, a przedmiot dołóż, jeśli zostanie budżet.
Nie ma ogólnej stawki. Sam plan na kartce kosztuje czas przełożonego i opiekuna, a przedmioty zależą od wyboru. Zacznij od czasu, który przełożony poświęci w pierwszym tygodniu, bo to on decyduje o wyniku.
Ma, i to większy. Pakiet wysłany przed startem może zawierać plan, kontakty i sprzęt, a nowa osoba nie widzi wtedy sali i ludzi. Plan i imię opiekuna zastępują to, co w biurze nowa osoba zobaczyłaby sama.
Przełożony i HR razem. HR odpowiada za dostępy i formalności, przełożony za plan, zadanie i listę osób. Pakiet przygotowany wyłącznie przez HR traci element, który według Gallupa wyraźnie podnosi ocenę onboardingu: udział menedżera.
Budujesz proces wdrożenia i chcesz przejść przez pierwsze trzydzieści dni własnego zespołu? Umów konsultację 1:1 (250 zł netto za 60 minut, pakiet 850 zł) i przynieś obecny plan onboardingu.
Dołącz do społeczności świadomych marketerów i otrzymaj pakiet bonusów za darmo! 🎉 Co 2 tygodnie wyślemy Ci też newsletter pełen konkretnych inspiracji z obszaru marketingu doświadczeń.