Event Marketing Institute Sp. z o.o.
Iwonicka 3, 60-473 Poznań
NIP 7812066079
REGON 527890052
KRS 0001090243
REGON 527890052
KRS 0001090243
© 2024 Kalewski copy
Wydarzenie hybrydowe to nowoczesna forma eventu, łącząca uczestników obecnych na miejscu z tymi, którzy biorą udział zdalnie. Kluczem do sukcesu takiego przedsięwzięcia jest stworzenie spójnego doświadczenia, które angażuje wszystkich uczestników, niezależnie od tego, czy siedzą w sali konferencyjnej, czy przed ekranem w domu.
W ostatnich latach popularność wydarzeń w formule hybrydowej znacznie wzrosła, głównie za sprawą rozwoju technologii i zmieniających się potrzeb uczestników, którzy cenią elastyczność i wygodę. Eventy hybrydowe to wyjątkowy typ wydarzeń, który oferuje uczestnikom możliwość wyboru, mogą wziąć w nim udział osobiście, na miejscu, lub zdalnie, korzystając z transmisji online.
Organizatorzy udostępniają streaming na specjalnej platformie lub stronie internetowej, co pozwala na wygodne uczestnictwo z dowolnego miejsca, czy to z domu, czy biura, czy jakiegokolwiek innego miejsca. Czym zatem różni się wydarzenie hybrydowe od wirtualnego? Event wirtualny w całości odbywa się online. Uczestnicy nie mają możliwości fizycznego uczestnictwa na miejscu, wszystko dzieje się w przestrzeni cyfrowej.
Eventy hybrydowe to niezwykle wygodna forma spotkań, która eliminuje wiele problemów logistycznych. Uczestnicy nie muszą martwić się opóźnionymi lotami, korkami czy innymi przeszkodami, mogą dołączyć do wydarzenia z dowolnego miejsca, czy to z biura, czy z domowego zacisza. Dzięki tej formule organizatorzy mają szansę dotrzeć do znacznie szerszego grona odbiorców. Odpowiednia promocja pozwala zainteresować nawet tych, którzy w innej sytuacji nie mogliby uczestniczyć osobiście.
Hybrydowe konferencje skutecznie skracają dystans między uczestnikami a miejscem wydarzenia, oferując korzyści dla obu stron. Co więcej, bilety na część online są zazwyczaj bardziej przystępne cenowo, co zwiększa dostępność wydarzenia. Taka forma pozwala zaspokoić potrzeby zarówno osób preferujących bezpośredni kontakt, jak i zwolenników uczestnictwa wirtualnego.
To rozwiązanie dla współczesnych odbiorców, dla których liczy się elastyczność i otwartość na różne formy komunikacji. Kluczowym aspektem eventów hybrydowych jest równe traktowanie wszystkich uczestników, niezależnie od formy udziału. Dzięki narzędziom takim jak głosowania czy czaty, osoby zdalne również aktywnie uczestniczą w wydarzeniu, stając się integralną częścią całego przedsięwzięcia.
Każdy rodzaj eventu, stacjonarny, online czy hybrydowy, wymaga starannej organizacji. Na co zwrócić uwagę, decydując się na przygotowanie wydarzenia hybrydowego? Zarówno część stacjonarna, jak i online, wymagają precyzyjnego planowania i dostosowania do potrzeb odbiorców, aby każdy mógł poczuć się w pełni zaangażowany w przebieg wydarzenia.
Zanim przejdziemy do organizacji transmisji na żywo, kluczowe jest zadbanie o uczestników obecnych na miejscu. Pierwszym krokiem jest wybór odpowiedniej lokalizacji, może to być hotel, sala konferencyjna lub nietypowe, kreatywne miejsce, które przyciągnie uwagę. Upewnij się, że wybrana przestrzeń jest przystosowana do transmisji online, zwłaszcza pod względem stabilnego połączenia internetowego.
Następnie sporządź szczegółowy budżet, uwzględniając takie elementy jak catering, zakwaterowanie dla gości, wynagrodzenie obsługi oraz inne koszty organizacyjne. Na podstawie tych informacji określ cenę biletów, aby pokryć wydatki i osiągnąć zamierzony zysk. Kolejnym krokiem jest wybór platformy, na której odbędzie się sprzedaż biletów, łatwy proces zakupu to klucz do sukcesu wydarzenia.
Na tym etapie możesz obrać jedną z dwóch dróg. Pierwsza opcja to realizacja transmisji na żywo samodzielnie, zadanie wymagające odpowiedniego przygotowania i sprzętu, ale jak najbardziej wykonalne. Druga opcja to skorzystanie z pomocy profesjonalnej firmy. W tym przypadku odpadają zmartwienia o techniczne szczegóły, takie jak sprzęt, personel czy sama realizacja transmisji. Aby ocenić koszty takiego wsparcia, warto zrobić małe rozeznanie na rynku.
Niezależnie od wybranego podejścia kluczowym krokiem będzie wybór platformy streamingowej. Może to być otwarty serwis, taki jak Facebook czy YouTube, który przyciąga szeroką publiczność, lub zamknięta platforma. Wybór powinien zostać uzależniony od charakteru wydarzenia i grupy docelowej.
Przy organizacji większych wydarzeń trzeba zaplanować dodatkowy dzień na montaż i testy. Pamiętaj o tym, wynajmując przestrzeń, upewnij się, że dzień przed konferencją będzie możliwość przeprowadzenia wszystkich niezbędnych przygotowań technicznych. Taki harmonogram pozwoli dokładnie sprawdzić sprzęt, dokonać ostatnich korekt i upewnić się, że wszystko działa zgodnie z planem. Dzięki temu unikniesz niepotrzebnego stresu w dniu wydarzenia, a całość przebiegnie płynnie i profesjonalnie.
Po raz pierwszy organizujesz event hybrydowy lub z powodu licznych obowiązków nie możesz poświęcić temu wystarczająco dużo czasu? W takiej sytuacji warto skorzystać ze wsparcia agencji lub specjalisty z zakresu organizacji imprez firmowych, oferującego kompleksowe doradztwo na początkowych etapach przedsięwzięcia oraz profesjonalną pomoc w przygotowaniu i realizacji wydarzenia.


Z tego artykułu dowiesz się: czym keynote różni się od zwykłego wystąpienia i dlaczego projektuje się go po ułożeniu agendy, co badania nad zapamiętywaniem sekwencji mówią o pierwszym i ostatnim punkcie programu, dlaczego z tych samych badań wynika, że otwarcie nie decyduje o ocenie całego dnia, jak zbudować wystąpienie otwierające pod program zamiast pod siebie i co policzyć, żeby sprawdzić, czy zadziałało.
W skrócie: Keynote nie ma być najlepszym wystąpieniem dnia. Ma być ramą, w której reszta programu nabiera sensu. Badania nad zapamiętywaniem sekwencji pokazują przewagę pierwszego i ostatniego elementu, ale prace nad oceną doświadczeń dodają rzecz niewygodną dla otwarcia: o ocenie całości decyduje raczej moment najsilniejszy i zakończenie.
Otwarcie konferencji, dziewiąta trzydzieści, sala pełna po raz jedyny tego dnia. Mówca dostał czterdzieści minut i wykorzystuje je na przegląd trendów w swojej branży. Wystąpienie jest dobre. Nie ma żadnego związku z sześcioma punktami, które nastąpią po nim.
Inna konferencja, ten sam slot. Mówca dostał program dwa tygodnie wcześniej i zbudował wystąpienie wokół jednego pytania, do którego wracają potem trzy kolejne osoby na scenie, każda ze swojej strony. Uczestnik wychodzi z dnia z jedną myślą, a nie z sześcioma.
Różnica nie leży w jakości mówcy. Leży w tym, czy ktoś dał mu program przed napisaniem prezentacji. O tym, jak ten program ułożyć, pisałem w tekście o programie konferencji.
Zakresem odpowiedzialności, nie długością ani honorarium. Prelegent odpowiada za treść swojego bloku i nie musi znać reszty agendy. Keynote odpowiada za ramę całego dnia, więc musi ją znać, zanim cokolwiek napisze.
Praktyczne konsekwencje są trzy. Wystąpienie otwierające powstaje jako ostatnie w kolejności projektowania, bo wymaga gotowego programu. Wymaga rozmowy z organizatorem, nie tylko briefu. I bywa celowo mniej efektowne niż wystąpienia w środku dnia, bo jego zadaniem jest ustawić perspektywę, a nie wygrać konkurs na najmocniejszy punkt.
Jest jeszcze czwarta konsekwencja, czysto operacyjna. Polska Organizacja Turystyczna podaje, że sześćdziesiąt dziewięć procent konferencji w Polsce trwa jeden dzień. Otwarcie jest więc jedynym momentem, w którym sala jest kompletna i wypoczęta. Drugiego takiego momentu nie będzie.
Zjawisko, na które powołują się organizatorzy, mówiąc o sile otwarcia, nazywa się efektem pozycji w szeregu. Bennet Murdock opisał je w badaniach nad swobodnym odtwarzaniem w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym drugim roku, a Murray Glanzer i Anita Cunitz rozdzielili w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym szóstym roku dwa mechanizmy, które za nim stoją.
Wniosek jest prosty: z sekwencji zapamiętujemy lepiej początek i koniec niż środek. Dla programu konferencji oznacza to, że pierwszy i ostatni punkt mają przewagę, której nie da się kupić ani honorarium, ani techniką sceniczną.
Z tego wynikają dwie decyzje projektowe, które kosztują zero złotych. Najważniejszą tezę dnia umieszcza się w otwarciu albo w zamknięciu, nigdy w trzecim bloku po lunchu. A program zamyka się osobą, która streszcza dzień, zamiast pozwolić, żeby ostatnim punktem było przypadkowe wystąpienie wybrane z powodów grzecznościowych.
Trzy zastrzeżenia, o których nie usłyszycie w ofercie mówcy otwierającego.
Pierwsze i najpoważniejsze: prace Murdocka oraz Glanzera i Cunitz dotyczyły zapamiętywania list słów w warunkach laboratoryjnych, nie sekwencji czterdziestominutowych wystąpień rozłożonych na osiem godzin z przerwami. Przenoszę z nich kierunek, nie wielkość efektu. Kto pokazuje wykres zapamiętywania punktów programu, rysuje go z wyobraźni.
Drugie działa przeciwko tezie o sile otwarcia. Daniel Kahneman i Barbara Fredrickson opisali w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym trzecim roku, że ocena całego doświadczenia zależy głównie od jego najsilniejszego momentu i od zakończenia, a nie od czasu trwania ani od początku. Jeśli to przenieść na konferencję, otwarcie ustawia rozumienie dnia, ale o ocenie całości rozstrzyga coś innego. Keynote, który ma być jednocześnie ramą i najmocniejszym punktem, obiecuje dwie rzeczy naraz.
Trzecie jest rynkowe. Nie znalazłem badania mierzącego wpływ jakości otwarcia na powrót uczestników na kolejną edycję. To jest liczba, którą organizatorzy mogliby policzyć sami, i prawie nikt tego nie robi.
Punktem wyjścia jest gotowa agenda i jedno zdanie opisujące, co uczestnik ma wynieść z całego dnia. Dopiero z tego powstaje wystąpienie.
Pięć decyzji przy budowaniu otwarcia:
Punkt czwarty wymaga od organizatora pracy, której zwykle nie wykonuje: powiedzenia mówcy otwierającemu, co powiedzą inni. Bez tego kolizje są nieuniknione i słychać je z sali.
Czterdzieści minut przy jednodniowej konferencji, po krótkim powitaniu ze strony gospodarza, ale przed jakimkolwiek punktem sponsorskim. Otwarcie poprzedzone prezentacją partnera traci połowę siły, bo sala już raz przełączyła się w tryb oglądania reklamy.
Godzina rozpoczęcia ma znaczenie większe, niż się zakłada. Otwarcie o dziewiątej łapie salę niekompletną, bo część uczestników jeszcze dojeżdża. Otwarcie o dziesiątej trzydzieści łapie salę pełną, ale skraca dzień. Kompromis w okolicach dziesiątej działa w większości przypadków, a przy wydarzeniach ogólnopolskich przesuwa się go jeszcze później.
Czego nie robić: nie stawiać keynote po lunchu. To jest slot, w którym skupienie jest najniższe i w którym potrzebny jest format z udziałem sali, a nie czterdzieści minut słuchania.
Otwarcie zwykle dostaje wysokie oceny, bo sala jest wypoczęta. To nie mówi nic o tym, czy spełniło swoje zadanie.
Cztery pomiary:
Trzeci pomiar jest najtańszy i najbardziej bezlitosny. Jeśli dziesięć osób podaje dziesięć różnych odpowiedzi, dzień nie miał ramy, tylko listę punktów. Szerzej o projektowaniu całego przebiegu piszę w tekście o mapie doświadczeń uczestnika.
Spodziewam się, że rola otwarcia będzie się przesuwać z popisu na robotę redakcyjną, a coraz częściej będzie ją wykonywać ta sama osoba, która prowadzi cały dzień. Dwa argumenty za. Pierwszy: przy jednodniowych wydarzeniach, a takie są w Polsce w większości, nie ma budżetu ani czasu na dwie osobne role, więc naturalnie się zlewają. Drugi: ramę dnia najłatwiej utrzymać komuś, kto jest na scenie przy każdym przejściu między punktami.
Argument przeciw jest sprzedażowy. Nazwisko w otwarciu sprzedaje bilety i pakiety partnerskie, a prowadzący całego dnia nie sprzedaje niczego, bo nikt nie kupuje biletu dla konferansjera. Dopóki program promuje się nazwiskami, osobne otwarcie gwiazdorskie przetrwa.
Nie i lepiej, żeby nie był. Otwarcie ma ustawić perspektywę, w której reszta dnia nabiera sensu. Jeśli jest jednocześnie najmocniejszym punktem, wszystko po nim wypada słabiej, a badania nad oceną doświadczeń sugerują, że o wrażeniu z całości i tak zdecyduje moment najsilniejszy oraz zakończenie.
Około czterdziestu minut przy konferencji jednodniowej. Krótsze nie zdąży ustawić ramy, dłuższe zjada czas potrzebny na resztę programu, którego i tak jest mało, skoro większość polskich konferencji zamyka się w jednym dniu.
Po ułożeniu agendy, bo dopiero wtedy wiadomo, jaką ramę ma zbudować. W praktyce oznacza to zaproszenie z briefem zawierającym program, choćby szkicowy, i rozmowę zamiast samego maila. Kolejność odwrotna, czyli nazwisko najpierw, kończy się wystąpieniem obok programu.
Zwykle nie, choć coraz częściej tak bywa przy mniejszych wydarzeniach. To dwie różne role: otwarcie odpowiada za ramę, prowadzenie za przebieg. Kto za co odpowiada wśród osób na scenie, rozpisuję w tekście o tym, kim jest prelegent.
Uprzedzić obie strony przed wydarzeniem i ustalić, kto porusza który wątek. Kolizji nie da się naprawić na scenie, a sala słyszy je natychmiast. Obowiązek leży po stronie organizatora, bo tylko on widzi cały program.
Sprzedaje pierwsze bilety, zwłaszcza przy rozpoznawalnym nazwisku. O tym, czy ktoś kupi bilet na kolejną edycję, decyduje raczej całość doświadczenia. Jak rozłożyć progi cenowe i co mierzyć w sprzedaży, opisuję w tekście o cenach biletów.
Krótkim wystąpieniem jednej osoby, która streszcza dzień i nazywa, co dalej. Dziesięć minut wystarczy. Najgorsze zakończenie to ostatni punkt merytoryczny wybrany z powodów grzecznościowych, po którym uczestnicy rozchodzą się bez domknięcia.
Świadomie nie podaję żadnego wykresu zapamiętywania punktów programu konferencji. Przytoczone badania dotyczyły list słów w warunkach laboratoryjnych, a przeniesienie ich wprost na ośmiogodzinny dzień z przerwami byłoby nadużyciem.
Ułóżcie najpierw agendę i napiszcie jedno zdanie o tym, co uczestnik ma wynieść z całego dnia. Bez tego zdania otwarcie będzie dobrym wystąpieniem, które nie ma czego otwierać.
Budujecie program i zastanawiacie się, kto ma otworzyć dzień? Napiszcie, ile bloków macie i wokół czego się kręcą, a powiem, jaką ramę warto postawić na początku i czym zamknąć. Jeśli w programie jest też panel, zacznijcie od tekstu o tym, jak moderować panel dyskusyjny.
A jeśli szukacie otwarcia zbudowanego pod wasz program, a nie gotowego zestawu slajdów, zaproście mnie do współpracy.

Z tego artykułu dowiesz się: co właściwie kupujecie, zamawiając mówcę motywacyjnego, skąd wzięła się słynna liczba mówiąca, że tylko dziesięć procent szkoleń przekłada się na pracę, i dlaczego trzeba ją traktować ostrożnie, dlaczego energia z sali wyparowuje w ciągu kilku dni, które trzy grupy czynników decydują o tym, czy cokolwiek zostanie, oraz w jakich sytuacjach ten format jest dobrym wyborem, a w jakich kosztowną dekoracją.
W skrócie: Mówca motywacyjny sprzedaje stan sali, nie wiedzę do wdrożenia. To jest uczciwy produkt, pod warunkiem że tak się go kupuje. Klasyczny przegląd badań nad transferem szkoleń pokazuje, że o utrzymaniu efektu decyduje przede wszystkim środowisko pracy, czyli to, co dzieje się po zejściu mówcy ze sceny, a nie samo wystąpienie.
Doroczne spotkanie sprzedaży, ośmiuset ludzi na sali, mówca kończy o szesnastej przy owacji na stojąco. W ankiecie wystąpienie dostaje najwyższą ocenę całego dnia. W środę ten sam zespół działa dokładnie tak samo jak w poprzednią środę, bo w międzyczasie nie zmienił się ani jeden cel, ani jeden proces, ani jedno narzędzie.
Inna firma, ten sam format, jedna różnica. Wystąpienie jest o czternastej, nie na koniec, a po nim godzina pracy w zespołach nad jednym pytaniem: co z tego, co usłyszeliśmy, da się zrobić u nas w tym kwartale. Wychodzą z listy trzech rzeczy, każda z nazwiskiem.
W obu przypadkach mówca dostał to samo honorarium i wygłosił to samo wystąpienie. Różnica leży w tym, co organizator postawił po nim w agendzie.
Kupujecie zmianę stanu sali na kilka godzin. To nie jest zarzut, tylko opis produktu. Dobry mówca motywacyjny potrafi podnieść energię grupy, przełamać apatię po trudnym kwartale i dać ludziom wspólne przeżycie, do którego będą się potem odwoływać.
Czego nie kupujecie: umiejętności, procedury ani zmiany zachowania. Te trzy rzeczy wymagają powtórzeń, informacji zwrotnej i czasu, czyli wszystkiego, czego nie ma w czterdziestominutowym wystąpieniu przed ośmiuset osobami.
Kontekst, w którym ten zakup się odbywa, wygląda tak: Gallup w raporcie „State of the Global Workplace" z dwa tysiące dwudziestego piątego roku podaje zaangażowanie pracowników w Polsce na poziomie ośmiu procent, przy trzynastu w Europie i dwudziestu jeden na świecie. To tłumaczy, dlaczego zarządy sięgają po ten format. Nie tłumaczy, dlaczego miałby zadziałać.
W materiałach o szkoleniach regularnie pojawia się teza, że tylko dziesięć procent wydatków szkoleniowych przekłada się na zmianę w pracy. Liczba jest spektakularna i bywa podawana jako ustalenie badawcze.
Sprawdziłem, skąd pochodzi. Przywołują ją Timothy Baldwin i Kevin Ford w przeglądzie „Transfer of Training: A Review and Directions for Future Research", opublikowanym w Personnel Psychology w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym ósmym roku. Sami jednak cytują ją za innym autorem, a nie przedstawiają jako własny pomiar. To jest szacunek, który obrósł powagą przez czterdzieści lat powtarzania.
Nie podważam kierunku, bo kierunek zgadza się ze wszystkim, co widać w praktyce. Podważam używanie tej liczby jako dowodu w rozmowie o budżecie, bo przy pierwszym pytaniu o metodologię argument się rozpada.
Znacznie mocniejsze jest to, co Baldwin i Ford faktycznie wnieśli: model, który rozkłada transfer na czynniki i pokazuje, że wystąpienie jest tylko jednym z nich. Uczciwa uwaga: ich przegląd dotyczył szkoleń zawodowych, nie wystąpień motywacyjnych przed dużą salą. Mechanizm przenoszę, wyników nie.
Bo nic jej nie podtrzymuje. Uczestnik wraca do tego samego biurka, tych samych celów i tego samego przełożonego, który nie był na sali albo był i uznał wystąpienie za miłą przerwę.
Baldwin i Ford opisują transfer jako dwie osobne rzeczy: generalizację, czyli przeniesienie do kontekstu pracy, oraz utrzymanie w czasie. Wystąpienie motywacyjne bywa niezłe w pierwszej i bezradne w drugiej, bo utrzymanie zależy od warunków, na które mówca nie ma wpływu.
Praktyczny wniosek jest niewygodny dla sprzedających ten format: jeśli firma nie planuje zmienić niczego w warunkach pracy, wystąpienie zadziała dokładnie tak, jak powinno, czyli poprawi nastrój na jeden dzień. Problem pojawia się wtedy, kiedy kupuje się je z obietnicą czegoś innego.
Model z tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego ósmego roku dzieli wpływy na trzy grupy: sposób zaprojektowania szkolenia, cechy uczestników oraz środowisko pracy, w tym wsparcie przełożonego i możliwość przećwiczenia nowej rzeczy.
Przełożony na to wydarzenie, w praktyce, wygląda tak.
Pięć decyzji wokół wystąpienia:
Punkt trzeci bywa pomijany, bo wydaje się oczywisty, a rozstrzyga najwięcej. Środowisko pracy jest w tym modelu osobną grupą czynników nie bez powodu.
W trzech sytuacjach sprawdza się naprawdę dobrze i w każdej z nich cel jest emocjonalny, nie rozwojowy.
Pierwsza: otwarcie trudnego roku albo domknięcie dobrego. Firma potrzebuje wspólnego momentu, a nie treści do wdrożenia. Wtedy wystąpienie robi dokładnie to, za co się płaci.
Druga: zespół po serii porażek, który przestał wierzyć, że cokolwiek się uda. Osoba z zewnątrz może powiedzieć rzeczy, których nie da się powiedzieć wewnątrz bez podejrzenia o interes.
Trzecia: duże zgromadzenie, na którym i tak nie da się pracować warsztatowo. Przy ośmiuset osobach wystąpienie jest jednym z niewielu formatów, które w ogóle działają, o czym piszę szerzej przy okazji układania programu konferencji.
Kiedy nie: gdy problem leży w procesie, w celach albo w narzędziach. Handlowiec z nierealnym celem nie potrzebuje motywacji, tylko innego celu. Wystąpienie w takiej sytuacji buduje cynizm, bo ludzie słyszą, że mają się bardziej starać w warunkach, których nikt nie zamierza zmienić.
Ankieta po wydarzeniu zmierzy wystąpienie i będzie to najwyższa ocena dnia, niezależnie od tego, czy cokolwiek z niego wyniknie. To nie jest przydatna informacja.
Cztery pomiary:
Zestawienie pierwszego i drugiego wskaźnika bywa nieprzyjemne i jest jedynym sposobem, żeby rozmawiać o tym zakupie liczbami. Jak zbudować pełny pomiar, opisuję w materiale o ewaluacji eventu firmowego.
Spodziewam się, że format będzie się dzielił na dwa osobne produkty: krótkie wystąpienie kupowane świadomie jako element świętowania oraz wystąpienie z blokiem roboczym, sprzedawane razem z prowadzącym tę część. Środek, czyli czterdzieści minut energii z obietnicą trwałej zmiany, będzie się kurczył. Dwa argumenty za. Pierwszy: działy HR coraz częściej muszą uzasadnić wydatek czymś więcej niż zdjęciami z sali. Drugi: ludzie widzieli już wiele takich wystąpień i rozpoznają schemat szybciej niż dekadę temu.
Argument przeciw jest organizacyjny i mocny. Wystąpienie jest łatwe do kupienia, zamyka się w jednej pozycji budżetowej i nie wymaga niczyjej pracy po stronie firmy. Blok roboczy po nim wymaga menedżerów, którzy przyjdą i się zaangażują, a tego nie da się kupić fakturą.
Podnosi nastrój, a wyniki tylko wtedy, kiedy po wystąpieniu zmienia się coś w warunkach pracy. Klasyczny model transferu szkoleń umieszcza środowisko pracy, czyli wsparcie przełożonego i możliwość przećwiczenia nowej rzeczy, jako osobną grupę czynników. Bez niej efekt zostaje na poziomie emocji.
Czterdzieści pięć do sześćdziesięciu minut przy dużej sali. Krótsze nie zdąży zbudować napięcia, dłuższe zaczyna męczyć, zwłaszcza po pełnym dniu programu. Ważniejsze od długości jest to, co stoi w agendzie bezpośrednio po, bo tam rozstrzyga się, czy cokolwiek z tego zostanie.
Raczej nie na samym końcu, mimo że tam trafia najczęściej. Wystąpienie zamykające zostawia ludzi w dobrym nastroju i wypuszcza ich do domu. Przesunięcie przed ostatni blok daje godzinę na pracę zespołową, a to jest jedyna część, która przekłada się na poniedziałek.
Nazwisko pomaga w sprzedaży wydarzenia wewnątrz firmy i nie ma wpływu na to, co zostanie po. Praktyczniejszym filtrem jest to, czy mówca zgadza się na rozmowę o sytuacji firmy przed wystąpieniem i czy dostosuje choć część przykładów. Kto za co odpowiada wśród osób na scenie, rozpisuję w tekście o tym, kim jest prelegent.
Nie zamawiać wystąpienia motywacyjnego jako pierwszego ruchu. W takiej sytuacji energia ze sceny jest odbierana jako lekceważenie sytuacji i pogłębia dystans. Najpierw rozmowa o tym, co się stało, prowadzona przez zarząd, a format motywacyjny dopiero wtedy, kiedy jest co odbudowywać.
Da się, ale nie ankietą. Mierzy się liczbę konkretów zapisanych w bloku roboczym po wystąpieniu, ich status po trzydziestu dniach, obecność menedżerów na sali oraz to, czy teza wraca w rozmowach po kwartale. Ankieta zmierzy wyłącznie to, że wystąpienie się podobało.
Celem i formatem pracy. Mówca pracuje z dużą salą przez godzinę i odpowiada za stan grupy. Trener pracuje z mniejszą grupą przez wiele sesji i odpowiada za umiejętność. Jeśli celem jest zmiana konkretnego zachowania, właściwym zakupem jest to drugie, o czym piszę w tekście o grach szkoleniowych.
Świadomie nie podaję liczby opisującej wzrost wyników po wystąpieniu motywacyjnym. Nie znalazłem badania, które by go mierzyło, a szacunki krążące w materiałach sprzedażowych nie mają metodologii.
Odpowiedzcie na jedno pytanie: co stoi w agendzie bezpośrednio po tym wystąpieniu. Jeśli odpowiedź brzmi „kolacja" albo „wyjazd uczestników", kupujecie czterdzieści minut dobrego nastroju i to jest w porządku, pod warunkiem że tak to nazwiecie w rozmowie z zarządem.
Planujecie spotkanie roczne i zastanawiacie się, czy wystąpienie motywacyjne ma sens? Napiszcie, ilu jest uczestników i co ma być inaczej za miesiąc, a powiem, czy format pasuje i co postawić w agendzie po nim. Jeśli celem jest zmiana sposobu pracy zespołu, zacznijcie od tekstu o wyjeździe integracyjnym.
A jeśli chcecie omówić wystąpienie razem z tym, co ma po nim nastąpić, zaproście mnie do współpracy.

Z tego artykułu dowiesz się: czym prelegent różni się od keynote speakera, mówcy motywacyjnego i konferansjera, dlaczego pomylenie tych czterech ról kosztuje więcej niż samo honorarium, skąd biorą się krążące po rynku widełki stawek i czemu nie da się ich niczym podeprzeć, o co toczy się w Polsce spór o płacenie prelegentom, po czym poznać kogoś, kto naprawdę przygotuje się do waszej sali, i co policzyć po wystąpieniu.
W skrócie: Prelegent to osoba, która przekazuje treść merytoryczną, zwykle w bloku od dwudziestu do czterdziestu minut. Nie prowadzi wydarzenia, nie zapowiada punktów programu i nie odpowiada za nastrój sali. Rynek myli te zadania z trzema innymi rolami, a potem dziwi się, że wystąpienie nie zadziałało. Stawki są jawną niewiadomą: żadne polskie badanie ich nie mierzy.
Telefon do organizatora konferencji: „Potrzebujemy prelegenta na otwarcie, kogoś, kto rozrusza salę i poprowadzi cały dzień". W jednym zdaniu trzy różne zlecenia, każde dla innej osoby, każde w innej cenie.
Drugi telefon, ta sama firma, rok później: „Szukamy czterdziestu minut o tym, jak liczyć koszt utrzymania klienta, dla dyrektorów sprzedaży, po lunchu". To jest brief, na który da się odpowiedzieć nazwiskiem i kwotą.
Różnica między tymi rozmowami to nie kwestia doświadczenia organizatora. To kwestia tego, czy ktoś wcześniej rozstrzygnął, jaką pracę kupuje. O tym, jak ułożyć cały program, pisałem w tekście o tym, jak ułożyć program konferencji. Tu chodzi o jedną osobę w tym programie.
Prelegentem nazywamy osobę, która występuje przed publicznością z przygotowanym materiałem merytorycznym. Zadaniem jest treść, nie prowadzenie wydarzenia. Prelegent wchodzi na scenę, mówi swoje, odpowiada na pytania i schodzi.
Skala, na której to się dzieje, jest większa, niż się wydaje. Polska Organizacja Turystyczna w raporcie „Przemysł spotkań i wydarzeń w Polsce 2025" podaje osiem tysięcy siedemset osiemdziesiąt cztery konferencje i kongresy w roku dwa tysiące dwudziestym czwartym, z blisko dwoma i pół milionami uczestników. Polska zajmuje dziewiętnaste miejsce w rankingu ICCA i dwudzieste trzecie w rankingu UIA.
Ważniejsza dla prelegenta jest jednak inna liczba z tego samego raportu: sześćdziesiąt dziewięć procent konferencji zamyka się w jednym dniu. To znaczy, że w programie mieści się sześć, może siedem wystąpień, a slot na jedno z nich rzadko przekracza czterdzieści minut. Cały rynek pracy prelegenta odbywa się w tych czterdziestu minutach.
Większość nieporozumień przy zamawianiu bierze się z tego, że te słowa traktuje się wymiennie. Nie są wymienne, bo odpowiadają za różne rzeczy i wyceniane są inaczej.
Kto za co odpowiada:
Najdroższy błąd to zamówienie prelegenta i oczekiwanie od niego pracy konferansjera. Osoba z dobrą treścią i słabym prowadzeniem wypadnie źle w roli, której nie wzięła, a organizator zapamięta, że „prelegenci są drodzy i nic z tego nie wyszło". Różnicę między dwiema z tych ról rozpisuję osobno, w tekście o tym, czym się różni mistrz ceremonii od konferansjera.
Zacznę od rzeczy, której nie zrobię: nie podam widełek. Sprawdziłem i nie znalazłem żadnego polskiego badania, które mierzyłoby honoraria prelegentów. Liczby krążące po branżowych rozmowach pochodzą od pojedynczych agencji i od samych mówców, czyli od stron transakcji.
To, co da się pokazać, to spór o sam fakt płacenia. Wirtualne Media opisały go w maju dwa tysiące dwudziestego szóstego roku w materiale o kulisach rynku konferencji. Dagmara Pakulska, Kamil Bolek i Jakub Biel mówią w nim o braku przejrzystości i o tym, że przygotowanie wartościowej prezentacji zajmuje tygodnie pracy. Pada zdanie, które dobrze oddaje istotę sprawy: jeśli konferencja bierze duże pieniądze za bilety i nie oferuje prelegentowi wynagrodzenia, coś jest nie tak. Po drugiej stronie agencja sprawny.marketing przyznaje, że to jest realna praca, i wprowadza wynagrodzenie zależne od ocen publiczności.
Z tego sporu wynikają trzy praktyczne wnioski dla organizatora.
Pierwszy: cena zależy od roli, nie od rozpoznawalności. Czterdzieści minut treści przygotowanej pod waszą branżę kosztuje inaczej niż ta sama osoba mówiąca swój standardowy zestaw. Drugi: jeśli wydarzenie jest biletowane, brak honorarium jest decyzją biznesową, którą trzeba umieć obronić przed zapraszanym. Trzeci: model wynagrodzenia zależnego od ocen brzmi sprawiedliwie i przenosi ryzyko na osobę, która nie ma wpływu na miejsce w programie, salę ani na to, co mówił poprzednik.
Uczciwa uwaga do mojej własnej pozycji w tej sprawie: sam występuję na konferencjach, więc nie jestem tu bezstronnym obserwatorem. Dlatego nie podaję stawek, tylko mechanizm.
Rozpoznawalność nie jest tu dobrym filtrem, bo mówi o zasięgu w internecie, nie o tym, co się wydarzy na scenie. Filtry, które działają, są nudniejsze i skuteczniejsze.
Pięć pytań przed zaproszeniem:
Pytanie drugie odsiewa najwięcej i jest najrzadziej zadawane, bo wydaje się nieuprzejme. Nie jest. Kandydat, który występuje regularnie, ma nagrania i chętnie je podaje. Szerzej o samym procesie doboru pisałem w tekście o tym, jak dobrać prelegentów na konferencję.
Znacznie mniej, niż się zakłada, ale konkretnie. Trzy rzeczy rozstrzygają o jakości wystąpienia i wszystkie trzy leżą po stronie organizatora.
Pierwsza to teza wydarzenia w jednym zdaniu. Nie hasło z plakatu, tylko zdanie mówiące, co uczestnik ma wynieść z całego dnia. Bez tego każde wystąpienie ciągnie w swoją stronę.
Druga to opis publiczności, który wykracza poza nazwy stanowisk. Kto podejmuje decyzje, z czym się mierzą w tym kwartale, co już wiedzą. Prelegent, który to dostanie, wytnie trzydzieści procent slajdów, bo przestaną być potrzebne.
Trzecia to warunki techniczne podane wcześniej: rozmiar sali, odległość pierwszego rzędu, czy jest podgląd slajdów, czy mikrofon jest nagłowny, czy do ręki. Brzmi drobiazgowo i decyduje o tym, czy ktoś patrzy na salę, czy na ekran za plecami.
Ocena wystąpienia w ankiecie zbiorczej mierzy cały dzień. Żeby wiedzieć, czy ten konkretny zakup się zwrócił, trzeba pytać inaczej.
Cztery pomiary:
Drugi wskaźnik jest jedynym, który odróżnia dobre wystąpienie od przyjemnego. Jak zbudować cały pomiar po wydarzeniu, opisuję w materiale o ewaluacji eventu firmowego.
Spodziewam się, że honoraria przestaną być tematem tabu i zaczną pojawiać się w zaproszeniach razem z warunkami, tak jak dziś pojawia się czas wystąpienia. Dwa argumenty za. Pierwszy: spór wszedł do mediów branżowych i osoby występujące zaczęły mówić o tym publicznie, a to zwykle kończy się jawnością. Drugi: rynek konferencji w Polsce jest duży i konkurencyjny, więc organizatorzy walczący o te same nazwiska prędzej czy później zaczną konkurować warunkami.
Argument przeciw jest ekonomiczny. Duża część polskich konferencji utrzymuje się z pakietów partnerskich, w których wystąpienie jest elementem pakietu, czyli partner płaci za to, żeby mówić. Dopóki ten model finansuje wydarzenia, będzie istniał równoległy rynek, w którym pytanie o honorarium nie ma sensu, bo przepływ idzie w drugą stronę.
Zakresem odpowiedzialności. Prelegent odpowiada za treść swojego bloku i nie musi znać reszty programu. Keynote ustawia ramę całego dnia, więc wymaga rozmowy o programie, zanim napisze prezentację. W praktyce oznacza to inny nakład pracy przed wydarzeniem i inną cenę.
Zależy od modelu wydarzenia, ale przy konferencji biletowanej brak honorarium jest decyzją, którą trzeba umieć uzasadnić przed zapraszanym. Spór o to toczy się w polskiej branży otwarcie od dwa tysiące dwudziestego szóstego roku. Alternatywą bywa pakiet partnerski, w którym to mówca albo jego firma płaci za miejsce w programie, i wtedy pytanie o honorarium nie ma zastosowania.
Od dwudziestu pięciu do czterdziestu minut, zależnie od miejsca w programie. Krótsze bloki wystarczają na tezę albo na dowód, ale nie na jedno i drugie naraz. Przy jednodniowej konferencji, a takich jest w Polsce zdecydowana większość, dłuższe wystąpienia zabierają czas potrzebny uczestnikom na rozmowy.
Przez konferencje sąsiednie, publikacje branżowe i przez pytanie własnych klientów, kogo ostatnio słuchali z pożytkiem. Katalogi mówców działają dobrze przy tematach ogólnych i słabo przy specjalistycznych, bo zawierają osoby, które zapłaciły za obecność w katalogu, a nie te, które mają najwięcej do powiedzenia w waszej niszy.
Tak, i powinien być krótki. Teza wydarzenia w jednym zdaniu, opis publiczności wykraczający poza stanowiska, miejsce w programie z informacją o sąsiadach, warunki techniczne i jedno zdanie o tym, co ma się zmienić po wystąpieniu. Pięć punktów na jedną stronę wystarczy.
Ustalić sygnały przed wydarzeniem i mieć osobę odpowiedzialną za ich dawanie. Kartka z liczbą minut widoczna ze sceny działa lepiej niż zegar, bo wymaga kontaktu wzrokowego. Konferansjer wchodzący na scenę po upływie czasu jest ostatecznością, ale musi być ustalony wcześniej, inaczej wygląda jak konflikt.
Buduje, pod warunkiem że po wystąpieniu coś się dzieje. Samo wejście na scenę daje dwadzieścia minut uwagi i kończy się w momencie zejścia. O tym, co trzeba zrobić wokół wystąpienia, żeby zostało po nim coś więcej, pisałem w tekście o wystąpieniu publicznym a marce osobistej.
Świadomie nie podaję widełek honorariów prelegentów. Szukałem polskiego badania, które by je mierzyło, i takiego nie ma, a liczby krążące w branży pochodzą od stron transakcji.
Napiszcie jedno zdanie o tym, jaką pracę kupujecie: treść, ramę dnia, stan sali czy prowadzenie. Jeśli w tym zdaniu są dwie z tych rzeczy naraz, potrzebujecie dwóch osób, nie jednej.
Układacie program i nie wiecie, kogo zaprosić do którego bloku? Napiszcie, ilu spodziewacie się uczestników i kim oni są, a powiem, które sloty wymagają nazwiska, a które treści. Jeśli szukacie osoby do prowadzenia całego dnia, zacznijcie od tekstu o konferansjerze na wydarzeniu firmowym.
A jeśli szukacie kogoś do konkretnego bloku w programie, zaproście mnie do współpracy.
Dołącz do społeczności świadomych marketerów i otrzymaj pakiet bonusów za darmo! 🎉 Co 2 tygodnie wyślemy Ci też newsletter pełen konkretnych inspiracji z obszaru marketingu doświadczeń.