Event Marketing Institute Sp. z o.o.
Iwonicka 3, 60-473 Poznań
NIP 7812066079
REGON 527890052
KRS 0001090243
REGON 527890052
KRS 0001090243
© 2024 Kalewski copy
Z tego artykułu dowiesz się: dlaczego standardowy wyjazd integracyjny działa dokładnie do pierwszego poniedziałku, czym różni się wspomnienie z atrakcji od wspólnego dokonania, jaki test sprawdza, czy Wasz ostatni wyjazd cośkolwiek zmienił, i od czego zacząć, jeżeli chcecie zaprojektować wyjazd inaczej.
Trzy dni, ośrodek w górach, quady w sobotę rano, paintball po południu, wieczór przy grillu z otwartym barem. Zdjęcia z drona wyglądają świetnie na firmowym Instagramie. W poniedziałek wszyscy wracają do tych samych biurek, do tych samych działów, które od miesięcy nie zamieniły ze sobą słowa poza mailem „do wiadomości".
Krótka odpowiedź: standardowy program wyjazdu integracyjnego, oparty na sekwencji atrakcji, buduje wspomnienia z atrakcji, nie relacje między ludźmi. Prawdziwa integracja powstaje wtedy, gdy zespół wspólnie coś osiąga albo wspólnie decyduje, nie wtedy, gdy razem jeździ quadem obok siebie.
Bo atrakcje są doświadczeniem równoległym, nie wspólnym. Dwie osoby jadące obok siebie na quadach przeżywają to samo zdarzenie osobno: każda skupiona na trasie, na sterowaniu, na własnej adrenalinie. Rozmowa między nimi ogranicza się do okrzyków nad silnikiem.
Paintball dzieli ludzi na drużyny rywalizujące ze sobą, co bywa świetną zabawą i równocześnie odtwarza podziały, które i tak istnieją w firmie, zamiast je zamazywać. Wieczór przy grillu z otwartym barem sprzyja rozmowom, ale losowym: rozmawiają ze sobą ci, którzy staną przy tym samym stole, czyli najczęściej ci, którzy i tak siedzą obok siebie w biurze.
Widziałem dziesiątki takich wyjazdów po obu stronach stołu, jako dostawca i jako zamawiający, i schemat powtarza się z zadziwiającą regularnością: energia w sobotę, cisza w poniedziałek.
Wspomnienie z atrakcji kończy się razem z atrakcją. Ludzie wracają z quadów, opowiadają sobie nawzajem, jak było, i to jest cały ślad, jaki to zostawia. Przyjemny, krótkotrwały, bez konsekwencji dla tego, jak zespół działa we wtorek.
Wspólne dokonanie zostawia coś, co istnieje po wyjeździe. Prowadziłem grę terenową dla producenta narzędzi, w której zespoły przez cały dzień zdobywały materiały na trasie, żeby wieczorem zbudować z nich prawdziwe budy dla psów ze schroniska. Rok później ci sami pracownicy sami zgłosili kolejną inicjatywę pomocową, bez żadnego bodźca z działu HR. Efekt nie zniknął wraz z końcem eventu, bo event był tylko początkiem czegoś, co ludzie sami postanowili kontynuować.
Jedno pytanie, zadane miesiąc po powrocie: czy ktoś zadzwonił albo napisał do osoby z innego działu, której wcześniej nie znał, w sprawie zawodowej niezwiązanej z wyjazdem. Nie chodzi o wspomnienie wspólnej zabawy na korytarzu, tylko o realny kontakt roboczy, który bez tego wyjazdu by nie powstał.
Nie od katalogu atrakcji, tylko od diagnozy tego, co konkretnie w zespole nie działa. Silosy między działami, brak zaufania po zmianie w strukturze, wypalenie po trudnym kwartale to trzy różne problemy i każdy wymaga innej mechaniki wyjazdu, nie uniwersalnego team buildingu z katalogu.
Drugi krok to skalowanie programu w dół, nie w górę. Przeciążony harmonogram, w którym każda godzina ma przypisaną atrakcję, męczy tak samo jak pusty. Najlepsze rozmowy dzieją się w lukach między punktami programu, nie w samych punktach, więc świadomie zostawiona pustka bywa cenniejsza niż kolejna atrakcja wypełniająca kalendarz. Zasadę doboru mechaniki zamiast atrakcji rozpisałem szerzej w tekście o tym, które atrakcje na imprezę integracyjną naprawdę działają.
Test z jednym telefonem miesiąc później to wersja minimalna pomiaru. Pełną metodykę sprawdzania, czy wydarzenie firmowe zadziałało, opisałem w tekście o ewaluacji eventu firmowego.
Same w sobie nie są, ale rzadko budują coś poza wspomnieniem. Sprawdzają się jako element uzupełniający program, nie jako jego rdzeń, jeżeli celem jest realna integracja między działami.
Zależy od diagnozy, nie od budżetu. Dwa dni wystarczą przy jednym konkretnym problemie do rozwiązania. Dłuższy wyjazd bez jasnego celu zamienia się w kosztowniejszą wersję tego samego błędu.
Pokaż koszt alternatywny: to samo wydaliście w zeszłym roku i nic się między działami nie zmieniło. Konkretny test z jednym pytaniem miesiąc po wyjeździe jest łatwiejszy do obrony niż ogólne przekonanie, że integracja jest ważna.
Nie, jeżeli jest świadomie zaplanowany. Najlepsze rozmowy powstają w lukach między punktami programu, więc przeciążony harmonogram bez przestrzeni na spontaniczną rozmowę sam sobie szkodzi.
Rozmowa z kilkoma osobami z różnych działów, nie ankieta wysłana do wszystkich, zwykle wystarcza. Ludzie w rozmowie powiedzą wprost, gdzie są silosy albo brak zaufania. W ankiecie napiszą tylko, że wszystko jest w porządku.
Po ostatnim wyjeździe: czy coś w Waszej współpracy realnie się zmieniło? Jeżeli nie umiesz odpowiedzieć, zaprojektujmy następny inaczej. Więcej o projektowaniu doświadczeń biznesowych.


Z tego artykułu dowiesz się: czym mapa doświadczeń uczestnika różni się od harmonogramu produkcji, dlaczego organizator i uczestnik oceniają ten sam event zupełnie inaczej, jak zbudować mapę krok po kroku i w którym dokładnie miejscu podłącza się do niej technika, catering i scenografia.

Mapa doświadczeń uczestnika eventu to wizualizacja całej ścieżki człowieka wokół wydarzenia: od chwili, w której pierwszy raz o nim usłyszał, przez rejestrację, dojazd i przebieg dnia, aż po to, co robi tydzień później. Na jednej płaszczyźnie pokazuje, co uczestnik robi, co myśli, co czuje i gdzie wasza organizacja realnie na to wpływa.
Harmonogram produkcji odpowiada na pytanie: kto co robi i o której. Mapa doświadczeń odpowiada na inne pytanie: po co ten człowiek tu w ogóle przyjechał.
To dwa różne dokumenty. W większości projektów, przy których pracowałem, istniał tylko pierwszy. Świetny, rozpisany co do kwadransa, z numerami do techników i buforami na opóźnienia. Tyle że nie da się z niego wyczytać ani jednej rzeczy o tym, czy komukolwiek na sali będzie zależało.
Różnicę widać na konkretach:
Ostatni punkt nie jest moją intuicją. Za chwilę pokażę, skąd się bierze.
Firma Freeman, jeden z największych producentów wydarzeń na świecie, prowadzi cykliczne badanie intencji i zachowań uczestników. Wyniki z podsumowania 2025 roku układają się w rozjazd, który trudno zignorować.
Organizatorzy zapytani o to, co jest momentem szczytowym ich wydarzenia, wskazywali kolejno: keynote (25%), ceremonię otwarcia lub zamknięcia (24%) oraz element zaskoczenia (23%).
Uczestnicy zapytani o własne cele odpowiadali inaczej. Na pierwszym miejscu budowanie relacji z dostawcami (41%), dalej nauka i rozwój (20%), potem nawiązywanie kontaktów (19%). Do tego 84% uznało kontakt z ekspertami merytorycznymi za bardzo lub wyjątkowo ważny, a 57% wskazało jako najbardziej użyteczne demonstracje i możliwość dotknięcia rzeczy własnymi rękami.
Innymi słowy: organizator inwestuje w scenę, uczestnik przyjechał na rozmowę.
Dwa dalsze wyniki z tego samego badania domykają obraz. Ponad połowa uczestników w ogóle nie doświadcza momentu szczytowego na wydarzeniu, w którym bierze udział. A ci, którzy go doświadczają, są o 85% bardziej skłonni wrócić na kolejną edycję. Przy średniej branżowej retencji na poziomie 30 do 35% rok do roku to nie jest kosmetyka. To jest różnica między eventem, który się rozpędza, a eventem, który co roku trzeba sprzedawać od zera.
Jest jeszcze jedna liczba warta zapamiętania: 20% uczestników uważa, że ich cele na wydarzeniu nie zostają zrealizowane. Jedna piąta sali wychodzi z poczuciem straconego dnia i nikt tego nie zgłasza, bo w ankiecie po evencie takiego pytania zwykle nie ma.
Skąd ten rozjazd? Z mojej praktyki wynika rzecz prosta: brief powstaje wokół tego, co firma chce powiedzieć, a nie tego, po co ludzie przyjeżdżają. Cel w dokumencie brzmi „wzmocnienie pozycji eksperckiej". Cel uczestnika brzmi „chcę wyjść stąd z dwoma numerami telefonu i wiedzą, czy warto z nimi rozmawiać". Te cele nie są sprzeczne. Nikt ich po prostu nie położył obok siebie na jednej kartce.
Mapa doświadczeń jest tą kartką.
Tu wchodzi psychologia i akurat w tym miejscu ma bardzo praktyczne konsekwencje budżetowe.
Daniel Kahneman i Barbara Fredrickson opisali w 1993 roku regułę szczytu i końca. Ocena minionego doświadczenia nie jest średnią z tego, co się działo. Jest złożeniem dwóch punktów: najbardziej intensywnego momentu oraz zakończenia. Reszta zapada się w pamięci. Dochodzi do tego pomijanie czasu trwania: długość doświadczenia wpływa na jego zapamiętaną ocenę znacznie słabiej, niż podpowiada zdrowy rozsądek. Metaanaliza opublikowana w 2022 roku w czasopiśmie „Organizational Behavior and Human Decision Processes", obejmująca ponad sto opracowań, potwierdziła obydwa efekty.
Przełóż to na agendę konferencji.
Dokładasz czwarty panel, żeby program był bogatszy. Kosztuje was moderatora, dłuższy catering i dwie dodatkowe godziny wynajmu sali. Wpływ na to, co uczestnik zapamięta: bliski zeru. Pamięć nie liczy godzin, zapisuje szczyt i koniec.
A teraz odwrotnie. Ostatnie dziesięć minut w większości polskich eventów B2B wygląda tak: podziękowania dla partnerów, prośba o ankietę, zaproszenie do kontaktu, wygaszenie świateł. To jeden z dwóch momentów, które zostaną w głowie, a zużywacie go na sprawy organizacyjne.
Widziałem tę zamianę na żywo. Konferencja dla sieci dealerskiej, dzień prezentacji produktowych, dobra technika, poprawny catering, na koniec prezes dziękuje i zaprasza na kolację. Ankieta wyszła przyzwoicie, frekwencja na kolejnej edycji spadła. W następnym roku zmieniliśmy dwie rzeczy. Szczyt przenieśliśmy z keynote na sesję, w której dealerzy pokazywali sobie nawzajem, co u nich zadziałało. Zakończenie zamieniliśmy w dziesięć minut, w których każdy dostawał do ręki jedną konkretną rzecz do zrobienia u siebie w salonie. Program skrócił się o pięćdziesiąt minut. Rozmowy po evencie i frekwencja poszły w drugą stronę.
To jest cała mechanika. Nie wydłużasz. Wyostrzasz.
Nazewnictwo w tym obszarze jest bałaganiarskie i ludzie używają tych trzech pojęć zamiennie. Nielsen Norman Group, jedna z najstarszych instytucji zajmujących się badaniem doświadczeń użytkownika, rozdziela je dość klarownie.
Customer journey map to wizualizacja procesu, który człowiek przechodzi, żeby osiągnąć cel związany z konkretną firmą albo produktem. Chronologiczna, robiona osobno dla każdego typu odbiorcy, w czterech warstwach: etapy, działania, myśli, emocje.
Experience map jest szersza. Pokazuje całościowe zachowanie człowieka w danej sytuacji, niezależnie od tego, czyj produkt akurat jest w grze. Robi się ją wcześniej, żeby zrozumieć kontekst, w którym w ogóle pojawia się wasza propozycja.
Service blueprint to ta sama oś czasu widziana od zaplecza. Dokłada trzy warstwy pod działaniami klienta: co robi obsługa na widoku, co dzieje się za kulisami i jakie procesy to wspierają. Rozdziela je linia widoczności.
I tu jest odpowiedź na pytanie, które mi się w tym temacie zadaje najczęściej: jak połączyć technikę, catering, show i emocje uczestnika w jednym dokumencie.
Journey map tego nie zrobi, bo pokazuje wyłącznie perspektywę człowieka. Service blueprint zrobi, bo dokłada pod każdą emocją konkretną osobę i konkretny proces, które za nią odpowiadają.
Wygląda to tak. Uczestnik o 9:15 czuje niepewność, bo nie wie, gdzie usiąść. Pod linią widoczności leży: hostessa przy wejściu ma skrypt albo go nie ma, strefy są oznakowane albo nie, a ktoś odpowiedzialny za layout sali zdecydował o okrągłych stołach zamiast rzędów. Trzy różne działy, jedna emocja. Bez blueprintu każdy z nich robi swoją część dobrze i nikt nie odpowiada za wynik.
Dla eventu wystarczą zwykle dwa dokumenty: journey map dla dwóch albo trzech typów uczestnika i blueprint dla dnia realizacji. Experience map przyda się, gdy budujecie format od zera.
Mapowanie ścieżki uczestnika zaczyna być w polskiej branży opisywane. Monika Buchwald pisała o tym w OOH magazine, dzieląc ścieżkę na pięć etapów: świadomość celu, rejestrację, przygotowanie, uczestnictwo i utrzymanie emocji po wydarzeniu. Dobry punkt startu. Ja bym go rozciągnął o jeden etap wcześniej, o którym piszę niżej.
Zanim narysujesz cokolwiek, dokończ zdanie: „po tym wydarzeniu uczestnik ma zrobić…". Nie „ma poczuć", nie „ma zrozumieć". Ma zrobić. Umówić spotkanie, wpisać się na listę pilotażu, powiedzieć o czymś przełożonemu, zmienić jedną rzecz w swojej pracy. Jeśli tego zdania nie da się dokończyć, mapa nic nie uratuje, bo nie ma czego mapować.
Uśredniony uczestnik nie istnieje. Na konferencji dla sieci partnerskiej siedzi obok siebie właściciel firmy z dwudziestoletnim stażem i handlowiec, który dołączył trzy miesiące temu. Inne cele, inne lęki, inny moment szczytowy.
Rozpisz osobne ścieżki i osobne krzywe emocji. Zobaczysz wtedy to, czego z jednej mapy nie widać: ten sam punkt programu jest dla jednej grupy najlepszym momentem dnia, a dla drugiej godziną straconą.
Ścieżka nie zaczyna się przy rejestracji. Zaczyna się w chwili, w której ktoś dostaje zaproszenie i liczy, czy warto wyrwać sobie dzień z kalendarza. Pierwszy punkt styku i pierwsze miejsce, w którym możecie przegrać.
Minimalny zakres osi:
O ostatnim etapie firmy zapominają najczęściej. Więcej o tym, co powinno się dziać po wydarzeniu, napisałem w tekście o obsłudze posprzedażowej i relacjach z uczestnikami.
Tu większość map robi się bezużyteczna. Zespół siada w sali, przykleja karteczki i wpisuje, co jego zdaniem czuje uczestnik. Powstaje ładny dokument o tym, co organizator myśli o sobie.
Skąd brać materiał:
Twarde liczby wpisujcie wprost na mapę. Zdanie „w drugiej sesji sala wykrusza się o 30%" kończy dyskusję szybciej niż godzina argumentowania.
Pod każdym zaznaczonym spadkiem emocji dopiszcie trzy rzeczy: kto z waszej strony w tym momencie działa, co dzieje się za kulisami i jaki proces to obsługuje.
Dopiero teraz technika, catering i scenografia trafiają na mapę. Nie jako pozycje w budżecie, tylko jako przyczyny konkretnych stanów uczestnika. Nagłośnienie przestaje być linią w kosztorysie i staje się odpowiedzią na pytanie, dlaczego w trzecim rzędzie ludzie przestali słuchać po dwudziestu minutach.
Na gotowej krzywej emocji wskaż palcem szczyt i koniec. Potem zadaj dwa pytania.
Czy szczyt jest tam, gdzie chcecie, żeby był? Jeśli najwyższy punkt dnia wypada na kolacji, to znaczy, że merytoryka nie zadziałała i wasz event jest kolacją z prezentacjami w tle.
Czy koniec jest zaprojektowany, czy tylko zaplanowany? Podziękowania i prośba o ankietę to nie jest projekt zakończenia. To jest wygaszanie.
Mapa oklejona karteczkami na flipcharcie jest gotowa wyłącznie dla tych, którzy ją tworzyli. Dla pozostałych to bałagan.
Ostatni etap to porządna wizualizacja: jedna plansza, czytelne warstwy, krzywa emocji, podpisane punkty krytyczne. Dobra mapa nie wymaga, żeby ktoś stał obok i tłumaczył. Wisi w sali projektowej i pracuje sama.
Jedna ogólna ocena w skali od jednego do dziesięciu nie powie wam nic. Uczestnik wystawi ją na podstawie szczytu i końca, czyli zmierzycie dwa momenty, a płacicie za osiem godzin.
Sensowniejszy zestaw:
Metodykę pomiaru rozwijam szerzej w tekście o ewaluacji eventu firmowego. A jeśli chcecie zobaczyć, jak ta sama logika wygląda na poziomie całej marki, a nie pojedynczego wydarzenia, zajrzyjcie do mapy punktów styku.
Mapa doświadczeń nie jest kolejnym warsztatem z karteczkami. Jest jedynym dokumentem w projekcie eventowym, który pokazuje, po co to wszystko robicie, i podpina pod to konkretne decyzje produkcyjne.
Bez niej rozmowa o wydarzeniu toczy się wokół tego, co macie kupić. Z nią wokół tego, co ma się zmienić w głowie człowieka, który przyjechał.
Journey map dotyczy ścieżki do konkretnego celu w relacji z jedną firmą i robi się ją osobno dla każdego typu odbiorcy. Mapa doświadczeń ujmuje sytuację szerzej, niezależnie od tego, czyja marka jest w grze. Dla pojedynczego wydarzenia w praktyce częściej używa się journey mapy uzupełnionej o warstwę zaplecza.
Przy jednym typie uczestnika i dostępnych danych z poprzedniej edycji: jeden dzień warsztatowy plus dwa dni na uporządkowanie i wizualizację. Jeśli trzeba zrobić rozmowy z uczestnikami od zera, doliczcie od tygodnia do dwóch. Aktualizacja istniejącej mapy po kolejnej edycji zajmuje zwykle pół dnia.
Minimum cztery perspektywy: osoba odpowiedzialna za cel biznesowy, produkcja, obsługa uczestnika i ktoś z codziennym kontaktem z klientami, na przykład handlowiec. Przy wydarzeniach wewnętrznych dodajcie HR. Mapa zrobiona wyłącznie przez marketing opisuje wyobrażenia marketingu.
Ma, i często większy niż przy dużym. Przy pięćdziesięciu osobach każdy punkt tarcia widać gołym okiem, a naprawa kosztuje niewiele. Mapa zajmuje wtedy pół dnia i zwykle wychodzi z niej kilka decyzji za zero złotych, jak ustawienie stołów albo długość przerwy.
Na warsztacie: ściana, taśma i karteczki. Do wersji finalnej wystarczy dowolne narzędzie do pracy na tablicy, takie jak Miro czy Mural, albo zwykły plik graficzny. Narzędzie nie jest problemem. Problemem jest jakość materiału, który na tę mapę trafia.
Z trzech źródeł: rozmów z osobami z waszej grupy docelowej, własnych doświadczeń z wydarzeń podobnego typu i obserwacji konkurencji. Zaznaczcie wtedy na mapie, które warstwy są założeniami, a które potwierdzonymi danymi. Po pierwszej edycji podmieńcie jedno na drugie.
Jeśli planujecie wydarzenie i chcecie, żeby zaczęło się od mapy, a nie od listy atrakcji, napiszcie do mnie. Zajmuję się organizacją eventów firmowych i biznesowych oraz projektowaniem doświadczeń, które da się później rozliczyć z celu.

Z tego artykułu dowiesz się: dlaczego wiedza ze szkolenia znika w ciągu kilku tygodni, ile polskich firm w ogóle szkoli swoich ludzi i jak bardzo różni się to między małymi a dużymi organizacjami, czym różni się temat zamówiony od tematu potrzebnego, jak wygląda blok wdrożeniowy i sesja kontrolna, co mierzyć na czterech poziomach oceny, kiedy szkolenie jest najdroższym sposobem nierozwiązania problemu i co powinno znaleźć się w briefie, żeby oferty dało się porównać.
Poniedziałek, dziewiąta rano, dwa tygodnie po dwudniowym warsztacie. Segregator leży na półce za plecami. Kalendarz ten sam, ludzie ci sami, procedury te same, przełożony wie o szkoleniu tyle, że trwało dwa dni. W skrzynce czterdzieści maili z weekendu.
Nic z tego, co zadziało się na sali, nie ma tu punktu zaczepienia. Warsztat nie był słaby, on się po prostu kończył w chwili, gdy uczestnik wyszedł z sali. A wszystko, co miało się zmienić, miało się zmienić właśnie tutaj.
Za rok ta sama firma zamawia kolejny program, bo poprzedni „się podobał". Ten tekst jest o tym, co trzeba dołożyć, żeby przestać płacić za dwa dni dobrego samopoczucia.
Zanim o skuteczności, warto zobaczyć skalę, bo ona sporo tłumaczy.
Z badania Głównego Urzędu Statystycznego dotyczącego ustawicznego szkolenia zawodowego w przedsiębiorstwach, obejmującego rok 2020, wynika, że szkolenia prowadziło czterdzieści i dziewięć dziesiątych procent objętych badaniem firm, czyli około czterdziestu czterech i pół tysiąca przedsiębiorstw.
Rozstrzał między klasami wielkości jest ogromny. Wśród firm małych, zatrudniających od dziesięciu do czterdziestu dziewięciu osób, szkoliło trzydzieści pięć i pół procent. Wśród średnich pięćdziesiąt dziewięć i pół procent. Wśród dużych, powyżej dwustu pięćdziesięciu pracowników, osiemdziesiąt dwa i pół procent. W sektorze finansowym i ubezpieczeniowym siedemdziesiąt dziewięć i trzy dziesiąte procent.
Jedna liczba z tego badania jest ważniejsza od pozostałych: ponad siedemdziesiąt jeden procent przedsiębiorstw prowadziło szkolenia w formie nauki na stanowisku pracy.
To znaczy, że najpowszechniejszą formą rozwoju w polskich firmach nie jest sala szkoleniowa, tylko praca pod okiem kogoś, kto już umie. Warsztat zewnętrzny jest dodatkiem do tego procesu, a nie jego zamiennikiem. Traktowanie go jako samodzielnego narzędzia zmiany jest pierwszym błędem, jaki popełnia zamawiający.
Zapominanie nowego materiału nie jest wadą uczestników ani trenera. Jest normalnym zachowaniem pamięci, opisanym po raz pierwszy przez Hermanna Ebbinghausa w badaniach nad krzywą zapominania z końca dziewiętnastego wieku. Największy ubytek następuje w pierwszych dniach po nauce, jeśli nie ma powtórzenia ani zastosowania.
W kontekście firmowym dochodzi drugi mechanizm, poważniejszy od pierwszego. Uczestnik wraca do środowiska, które nie zmieniło się ani o milimetr. Nowe zachowanie wymaga wysiłku, stare działa automatycznie, a presja bieżących zadań rozstrzyga sprawę do końca pierwszego tygodnia.
Badacze zajmujący się transferem szkolenia do praktyki, w tym Timothy Baldwin i Kevin Ford w przeglądzie opublikowanym w „Personnel Psychology" w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym ósmym roku, wskazywali trzy grupy czynników: cechy uczestnika, projekt szkolenia i środowisko pracy.
Tu jedna uwaga porządkowa, bo mit powtarzany jest w branży od lat. Krążąca liczba mówiąca, że do praktyki przechodzi dziesięć procent treści szkoleniowych, nie ma solidnego umocowania w tych badaniach i nie warto jej powtarzać. Kierunek wniosku pozostaje jednak niezmienny i jest niewygodny dla zamawiającego: środowisko pracy waży co najmniej tyle, co samo szkolenie.
Niewygodny, bo przenosi część odpowiedzialności z dostawcy na organizację. I jednocześnie dobry, bo oznacza, że na wynik da się wpłynąć bez zmiany trenera.
Zapytania przychodzą zwykle w formie tematu: komunikacja, delegowanie, zarządzanie zespołem rozproszonym, informacja zwrotna. Temat jest odpowiedzią, a nie pytaniem. Warto cofnąć się o krok i zapytać, jakie zachowanie ma się w firmie zmienić.
Przykład, który powtarza się najczęściej. Firma zamawia szkolenie z komunikacji, bo „ludzie się nie dogadują". Po dwóch rozmowach okazuje się, że menedżerowie nie mają ustalonego rytmu spotkań ze swoimi zespołami, więc informacja krąży przypadkiem. Deficytu kompetencji tu nie ma, jest brak procesu. Szkolenie z komunikacji przejdzie dobrze i niczego nie naprawi.
Trzy pytania przed wyborem tematu
Jeżeli na pierwsze pytanie nie ma konkretnej odpowiedzi, program zostanie zamówiony pod objaw. Trener zrobi swoją robotę, uczestnicy ocenią ją wysoko, a problem zostanie w firmie na kolejny rok.
Szkolenie, po którym coś zostaje, ma trzy warstwy i żadna nie zastępuje pozostałych.
Modele, narzędzia, język do nazwania zjawisk. Najłatwiejsza do dostarczenia i najmniej trwała. Sama w sobie nie zmienia zachowań, ale bez niej uczestnik nie ma czym myśleć o problemie.
Praca na własnych przypadkach uczestników, nie na przykładach z podręcznika. Menedżer, który ćwiczy trudną rozmowę na sytuacji ze swojego zespołu, wychodzi z gotowym scenariuszem. Ten, kto ćwiczy na wymyślonym przykładzie, wychodzi z ogólną świadomością.
Różnica jest widoczna już na sali. Przy własnym przypadku ludzie się spierają, przy wymyślonym grzecznie wykonują polecenie.
Konkretne zadanie do wykonania w firmie w ciągu najbliższych tygodni, z przypisanym właścicielem, terminem i sposobem sprawdzenia. Tę warstwę wycina się najczęściej, bo wydłuża projekt i wymaga zaangażowania po stronie klienta.
Jest jednocześnie jedyną, która przekłada się na zmianę mierzalną w organizacji. Reszta jest przygotowaniem do niej.
Sposób, który stosuję w warsztatach wyjazdowych i który przenosi się na szkolenia stacjonarne, jest niewygodny dla wszystkich stron i dlatego działa.
Ostatnie dwie godziny programu nie są podsumowaniem. Są sesją planowania. Każdy uczestnik zapisuje jedno zadanie, które wdroży w swoim obszarze, termin i sposób sprawdzenia. Zadanie musi być na tyle małe, żeby dało się je zrobić w cztery tygodnie, i na tyle konkretne, żeby ktoś inny mógł ocenić, czy zostało wykonane. „Będę lepiej komunikować się z zespołem" nie przechodzi. „Wprowadzę cotygodniowe piętnastominutowe spotkanie statusowe z każdą z trzech osób" przechodzi.
Lista zadań zostaje spisana i trafia do przełożonych uczestników. To jest moment, w którym wychodzi, czy organizacja traktuje program poważnie. Jeżeli przełożeni nie chcą jej dostać, wiadomo, jak skończy się wdrożenie.
Po sześciu tygodniach odbywa się sesja kontrolna. Dwie godziny, zdalnie, w tej samej grupie. Każdy mówi, co zrobił, co nie wyszło i dlaczego. Nie ma oceniania, jest przegląd przeszkód.
Ta sesja robi trzy rzeczy naraz. Wymusza wykonanie zadania przed terminem, bo nikt nie chce być jedynym, który nic nie zrobił. Pokazuje wzorce blokad wspólne dla całej organizacji, co bywa cenniejsze niż samo szkolenie. I przypomina treści w momencie, w którym pamięć naturalnie już je gubi, czyli dokładnie tam, gdzie Ebbinghaus umieścił największy ubytek.
Koszt tej sesji jest ułamkiem kosztu programu. Efekt w postaci realnie wdrożonych zmian jest nieporównywalnie większy.
Ankieta wypełniana na koniec dnia szkoleniowego mierzy nastrój i sympatię do trenera. Jest przydatna operacyjnie i bezużyteczna jako dowód efektu.
Najsensowniejszą ramą pozostaje model czterech poziomów Donalda Kirkpatricka: reakcja, wiedza, zachowanie, wynik dla organizacji. W praktyce warto rozłożyć pomiar na trzy momenty.
| Kiedy | Co mierzysz | Czego to dowodzi |
|---|---|---|
| bezpośrednio po | ocena zajęć, poczucie przydatności, deklaracja zastosowania | jakość realizacji, nie efekt |
| po czterech do sześciu tygodni | wykonanie zadań wdrożeniowych, przeszkody, samoocena zmiany | transfer do praktyki |
| po trzech do sześciu miesięcy | wskaźniki po stronie zespołów: rotacja, wyniki, jakość informacji zwrotnej | wpływ na organizację |
Trzeci poziom wymaga uczciwości. Pojedynczy program rzadko da się połączyć ze wskaźnikiem biznesowym w sposób, który obroni się przed dyrektorem finansowym, bo w tym samym czasie działa kilkanaście innych czynników. Zamiast udawać precyzję, warto rzetelnie mierzyć poziom drugi i traktować go jako główny dowód. Sposób prowadzenia takiego pomiaru opisałem w tekście o ewaluacji i mierzeniu efektu.
Zapytanie złożone z tematu, liczby uczestników i budżetu daje oferty, których nie da się porównać. Dobry brief ma pięć elementów.
Pięć elementów briefu
Ostatni punkt najlepiej odsiewa dostawców. Firma szkoleniowa, która ucieszy się z pytania o wdrożenie, myśli o efekcie. Ta, która potraktuje je jako komplikację, sprzedaje dni szkoleniowe.
Powiem to wprost, choć rzadko mówi to ktoś, kto szkolenia prowadzi. Są sytuacje, w których program rozwojowy jest najdroższym możliwym sposobem nierozwiązania problemu.
Cztery sytuacje, w których odradzam szkolenie
W każdej z tych sytuacji uczciwa odpowiedź dostawcy brzmi: to nie jest temat na szkolenie. Prowadząc zajęcia na uczelni i warsztaty dla zespołów widzę, że najlepiej ocenianymi projektami bywają te, w których zakres został na wstępie zawężony albo przeformułowany.
Wyjazd sam z siebie nie poprawia efektywności nauki. Poprawiają ją dwie rzeczy, które przy wyjeździe pojawiają się przy okazji.
Pierwsza to odcięcie od bieżących zadań i jest marnowana najczęściej. Grupa jedzie sto kilometrów od biura i przez cały dzień odbiera telefony z pracy. Bez wyraźnej umowy o niedostępności wyjazd staje się drogim sposobem na zrobienie tego samego, co dałoby się zrobić w sali konferencyjnej. Reszta zależy od tego, jak zaplanujesz warsztaty od strony organizacyjnej.
Druga jest niedoceniana. Wieczór na wyjeździe szkoleniowym nie jest doklejoną integracją, tylko częścią programu, w której zapadają ustalenia nieformalne. Warto go zaprojektować, a nie zostawiać barowi hotelowemu. Wspólne zadanie, kolacja z ustaloną mechaniką rozmów albo krótka sesja o wnioskach z dnia dają więcej niż kolejny moduł merytoryczny.
Moja prognoza, oparta na danych i na tym, co widzę u klientów: sens ma coraz mniej programów, ale te, które go mają, będą coraz lepiej rozliczane.
Argument za jest w liczbach GUS. Osiemdziesiąt dwa i pół procent dużych firm szkoli, więc rynek istnieje i jest dojrzały. Jednocześnie ponad siedemdziesiąt jeden procent przedsiębiorstw uczy na stanowisku pracy, czyli kompetencja przekazywana jest wewnętrznie. Zewnętrzny warsztat musi więc wnosić coś, czego nie ma w firmie: perspektywę spoza organizacji, przypadki z innych branż i kogoś, kto może powiedzieć rzeczy niewygodne.
Argument za zmianą formy jest równie mocny. Programy jednorazowe przegrywają z rozłożonymi w czasie, bo między spotkaniami uczestnik ma szansę czegoś spróbować. Dostawcy, którzy sprzedają dni szkoleniowe, będą pod presją tych, którzy sprzedają efekt razem ze sposobem jego sprawdzenia.
Przegrają na tym firmy, które co roku zamawiają ten sam temat u innego dostawcy, dziwiąc się, że nic się nie zmienia.
Program rozwojowy działa na tyle, na ile zaprojektowano to, co dzieje się po nim. Sala, trener i materiały są warunkiem koniecznym i niewystarczającym. Warstwa wdrożeniowa kosztuje ułamek budżetu i decyduje o całej reszcie.
Dwa dni to zwykle maksimum, jakie ma sens jednorazowo. Lepsze wyniki daje podział na krótsze bloki rozłożone w czasie, z zadaniem wdrożeniowym pomiędzy nimi. Dwa spotkania po dniu, w odstępie miesiąca, przekładają się na praktykę znacznie lepiej niż dwa dni z rzędu, bo pomiędzy nimi uczestnik ma szansę czegoś spróbować i wrócić z pytaniem.
W samym szkoleniu zwykle nie, bo obecność szefa zmienia dynamikę grupy i ogranicza szczerość. W procesie wokół szkolenia zdecydowanie tak. Przełożony powinien znać zakres, dostać listę zadań wdrożeniowych swojego zespołu i wiedzieć, kiedy odbywa się sesja kontrolna. Bez tego wdrożenie nie ma zaczepienia w organizacji.
Zapytaj o trzy rzeczy: jak pracują na przypadkach uczestników, co przewidują po zakończeniu programu i kiedy ostatnio odradzili klientowi szkolenie. Trzecie pytanie jest najlepszym testem. Dostawca, który nigdy nikomu niczego nie odradził, sprzedaje dni, a nie efekt.
Przy zespole poniżej pięciu menedżerów program grupowy bywa nieefektywny, bo brakuje różnorodności przypadków, a te są głównym paliwem warsztatu. Lepiej sprawdzają się sesje indywidualne albo dołączenie do grupy otwartej, w której uczestnicy z innych firm wnoszą perspektywę spoza waszej organizacji.
Zacznij od diagnozy, nie od zamówienia kolejnego. Sprawdź, czy problem tkwił w doborze tematu, w braku warstwy wdrożeniowej, czy w środowisku pracy, które nie pozwoliło nowym zachowaniom przetrwać. Powtórzenie tego samego programu u innego dostawcy naprawia najrzadszą z tych trzech przyczyn.
Rzetelnie i w sposób odporny na pytania działu finansowego: rzadko. Na wskaźniki biznesowe wpływa w tym samym czasie zbyt wiele rzeczy. Da się natomiast wiarygodnie zmierzyć poziom drugi, czyli wykonane zadania wdrożeniowe i zmianę zachowań, i to jest liczba, którą warto pokazywać zarządowi.
Dla menedżerów zwykle tak, bo to część roli, ale obowiązek dotyczy obecności, nie zaangażowania. Tego drugiego nie da się zarządzić. Jedyne, co realnie działa, to sensowny dobór tematu i informacja, po co ten program powstał i co po nim nastąpi.
Wróć do ostatniego szkolenia, za które zapłaciliście, i zapytaj trzech uczestników, co konkretnie zmienili w swojej pracy po powrocie. Nie o wrażenia, o zmiany. Jeżeli usłyszysz odpowiedzi ogólne, przyczyną zwykle nie jest trener, tylko brak warstwy, której nikt nie zamówił.
Zanim wyślesz kolejne zapytanie, dopisz do niego dwa zdania: jakie zachowanie ma się zmienić i kiedy sprawdzicie, czy się zmieniło. Te dwa zdania zmieniają charakter ofert bardziej niż zmiana dostawcy.
Chcesz to przegadać przed wysłaniem zapytania? Napisz, jakie zachowanie ma się zmienić i ilu menedżerów to dotyczy. Więcej o projektowaniu doświadczeń biznesowych.

Wybór zwykle sprowadza się do dwóch opcji. Albo zlecacie wszystko agencji i płacicie za pakiet z marżą doliczoną do każdego podwykonawcy, albo robicie to sami i uczycie się na własnych błędach w projekcie, w którym błąd kosztuje realne pieniądze. Obie drogi mają sens w określonych sytuacjach i obie bywają wybierane w sytuacjach, w których sensu nie mają. Istnieje trzecia opcja, o której rzadko się mówi, bo nikt jej nie sprzedaje w formie gotowego pakietu.
Organizacja imprez firmowych ma trzy modele: pełne zlecenie agencji, realizacja własnym zespołem oraz wynajęcie doświadczonego event managera na określoną liczbę godzin, który pracuje po stronie firmy i prowadzi projekt razem z jej ludźmi. Wybór zależy od skali wydarzenia, liczby projektów w roku i tego, czy w firmie jest osoba z czasem na prowadzenie projektu.
Rozmowa o kosztach organizacji imprez firmowych rozjeżdża się zwykle dlatego, że porównuje się rzeczy nieporównywalne: fakturę od agencji z kosztem podwykonawców, pomijając czas własnych ludzi.
Agencja pełnym pakietem. Płacisz za koncepcję, koordynację, zabezpieczenie ryzyka i za marżę doliczaną do każdego elementu, który agencja kupuje w twoim imieniu. Ta marża jest normalna, bo agencja bierze na siebie odpowiedzialność za dowiezienie całości. Dostajesz jednego rozmówcę, jedną umowę i sytuację, w której nie musisz wiedzieć, ile kosztuje wynajem sceny.
Własny zespół. Nie płacisz marży pośrednika, płacisz czasem ludzi, którzy mają inne obowiązki, i ryzykiem błędów, których nie widać do dnia wydarzenia. Ten model wygląda najtaniej w arkuszu i najczęściej okazuje się najdroższy przy pierwszym projekcie, bo koszt pomyłki w umowie z obiektem albo w harmonogramie montażu przewyższa oszczędność na marży.
Event manager na godziny. Płacisz za czas jednej osoby, która prowadzi projekt po twojej stronie stołu: pisze brief, robi rozeznanie rynku, negocjuje z podwykonawcami w twoim imieniu i pilnuje harmonogramu. Podwykonawców płacisz bezpośrednio, bez marży pośrednika. Zostaje ci decyzyjność i przejrzystość kosztów, a ktoś inny wie, gdzie szukać problemów.
Żaden z tych modeli nie jest z natury lepszy. Różnią się tym, co bierzesz na siebie, a co oddajesz.
Są cztery sytuacje, w których pełne zlecenie agencji ma przewagę, której nie da się odtworzyć w innym modelu.
Interpretacja jest prosta: agencję kupujesz wtedy, gdy potrzebujesz mocy produkcyjnej i przejęcia ryzyka, a nie wtedy, gdy nie wiesz, od czego zacząć. Na to drugie pytanie agencja odpowie, ale zapłacisz za tę odpowiedź w cenie całego projektu.
Wewnętrzna realizacja ma jedną przewagę, której żadna agencja nie kupi: znajomość organizacji. Wasi ludzie wiedzą, kto z kim nie rozmawia, który dział poczuje się pominięty i o czym nie mówi się przy zarządzie. W wydarzeniach wewnętrznych, employer brandingowych i integracyjnych ta wiedza bywa ważniejsza niż jakość produkcji.
Model wewnętrzny działa, kiedy spełnione są trzy warunki naraz. Jest osoba z formalnie odblokowanym czasem, a nie z dodatkiem do etatu. Jest mandat do podejmowania decyzji, w tym budżetowych, bez czekania tygodnia na akceptację. Jest skala, przy której błąd nie jest katastrofą, czyli zwykle wydarzenie do stu osób bez skomplikowanej techniki.
Najczęstszy błąd wygląda tak: firma powierza organizację osobie, która ma to robić przy okazji. Projekt eventowy składa się z kilkuset drobnych decyzji rozłożonych na kilka miesięcy, a każda odłożona decyzja przesuwa kolejne. Data jest nieprzesuwalna, więc opóźnienia nie rozkładają się w czasie, tylko kumulują w ostatnich dwóch tygodniach.
Model, o którym mowa, jest prosty. Wynajmujesz doświadczonego event managera na określoną liczbę godzin w projekcie. Nie jest podwykonawcą, który sprzedaje ci swoje usługi produkcyjne. Siedzi po twojej stronie stołu i pomaga wydać twoje pieniądze lepiej.
W praktyce zakres wygląda tak: doprecyzowanie celu i briefu, rozeznanie rynku i wybór dostawców, negocjacje w twoim imieniu, harmonogram i pilnowanie kamieni milowych, obecność w dniu wydarzenia, podsumowanie z wnioskami na następny raz. Umowy z podwykonawcami podpisujesz ty i płacisz im bezpośrednio.
Dwie rzeczy odróżniają ten model od agencyjnego. Pierwsza to przejrzystość kosztów: widzisz każdą fakturę od dostawcy, bez warstwy pośredniej. Druga to konflikt interesów, a właściwie jego brak. Agencja, która sprzedaje ci produkcję, ma naturalny interes w tym, żeby produkcja była większa. Osoba rozliczana za godziny nie ma powodu, żeby doradzać ci droższą scenę.
Ten model ma też ograniczenia i warto je znać przed decyzją. Nie zastąpi zespołu produkcyjnego przy dużym wydarzeniu. Nie zdejmuje z ciebie odpowiedzialności kontraktowej, bo umowy są twoje. Wymaga od firmy zaangażowania, bo ktoś po twojej stronie musi te umowy podpisywać i decyzje podejmować.
Orientacyjne zakresy z projektów, które prowadziłem w tym trybie, wyglądają następująco. Konsultacja koncepcyjna i przegląd briefu to kilka godzin. Prowadzenie średniej wielkości wydarzenia firmowego od koncepcji do podsumowania to zwykle kilkadziesiąt godzin rozłożonych na dwa do czterech miesięcy. Wsparcie punktowe, na przykład przy wyborze dostawcy albo negocjacjach, mieści się zwykle w kilkunastu godzinach.
Nie podam stawki godzinowej jako liczby uniwersalnej, bo zależy ona od zakresu odpowiedzialności i od tego, czy w grę wchodzi obecność na miejscu. Podam za to sposób liczenia, który warto zastosować przy porównaniu: policz marżę, którą agencja doliczyłaby do podwykonawców w twoim budżecie, i porównaj ją z kosztem godzin. Przy wydarzeniach średniej wielkości ta prosta arytmetyka zwykle rozstrzyga sprawę bez dalszej dyskusji.
| Sytuacja | Agencja | Własny zespół | Event manager na godziny |
|---|---|---|---|
| Duża produkcja, ponad 300 osób, technika i zabudowa | tak | ryzykowne | jako wsparcie zespołu |
| Wydarzenie wewnętrzne do 100 osób | zwykle za drogo | tak | tak, przy pierwszym projekcie |
| Brak osoby z czasem po stronie firmy | tak | nie | ograniczone |
| Potrzeba przejrzystości kosztów | ograniczona | pełna | pełna |
| Kilkanaście wydarzeń rocznie | tak, stała współpraca | tak, z własnym etatem | jako wsparcie strategiczne |
Tabela nie rozstrzyga za ciebie. Pokazuje, że pytanie agencja czy sami jest źle postawione, dopóki nie odpowiesz na dwa wcześniejsze: jaka jest skala produkcji i ile masz w firmie realnie odblokowanego czasu. Warto przy tym porównać modele od strony kosztu, bo intuicja myli się tu najczęściej.
Cztery miejsca, w których budżet ucieka tak samo przy agencji, jak przy własnych siłach.
Brief, który opisuje wydarzenie zamiast celu. Zamawiający pisze chcemy imprezę integracyjną dla dwustu osób z kolacją i zespołem. Dostaje dokładnie to, o co poprosił, i dopiero po fakcie okazuje się, że problemem była komunikacja między dwoma działami, a nie brak wspólnego wieczoru.
Decyzje podejmowane za późno. Każdy tydzień zwłoki przy wyborze obiektu zawęża wybór i podnosi cenę. W sezonie jesiennym i przedświątecznym ten mechanizm działa najostrzej.
Zmiany zakresu w trakcie. Dołożony punkt programu, zmieniona liczba uczestników, przesunięta godzina rozpoczęcia. Każda z tych zmian osobno wygląda niewinnie, a razem odpowiadają za większość przekroczeń budżetu, jakie widziałem.
Brak budżetu na to, co dzieje się po wydarzeniu. Follow-up, materiały, komunikacja wewnętrzna, wnioski. Ta pozycja jest wycinana pierwsza i to ona decyduje, czy po wydarzeniu cokolwiek zostanie.
Nie da się kupić modelu współpracy, który naprawi te cztery rzeczy za ciebie. Można natomiast wybrać taki, w którym ktoś powie ci o nich na czas.
Niezależnie od wybranego modelu, pięć pytań oszczędza najwięcej pieniędzy.
Ostatnie pytanie warto zadać także samemu sobie. Jeśli odpowiedź brzmi zdjęcia i dobre wspomnienia, model współpracy jest najmniejszym z problemów tego projektu.
Premiera produktu, przy której pracowałem, miała klasyczny scenariusz: prezentacja zarządu, film, bankiet. Zamiast tego zrobiliśmy grę menedżerską, w której uczestnicy dostali role, budżet i zadanie rozwinięcia własnej wersji produktu. Bez slajdów. Koszt produkcji był niższy niż w pierwotnym pomyśle, bo pieniądze poszły w mechanikę zamiast w scenografię.
To jest argument, który przemawia za trzecim modelem najmocniej. Największe oszczędności w wydarzeniach firmowych nie biorą się z negocjowania stawek, tylko z lepszego pomysłu na to samo. A dobry pomysł powstaje w rozmowie z kimś, kto zna wasz problem i jednocześnie widział kilkaset innych wydarzeń.
Weź ostatnią ofertę, którą dostałeś od agencji, i spróbuj rozdzielić ją na koszty zewnętrzne i wynagrodzenie za koordynację. Jeśli nie da się tego zrobić, to jest pierwsza informacja. Jeśli da się, porównaj tę drugą część z kosztem kilkudziesięciu godzin pracy doświadczonej osoby po twojej stronie. Wynik tego porównania powie ci więcej niż wszystkie prezentacje ofertowe razem wzięte.
Jeśli chcesz przegadać konkretny projekt i sprawdzić, który model do niego pasuje, umów konsultację 1:1. Sześćdziesiąt minut kosztuje 250 zł netto, pakiet trzech spotkań 850 zł. Zwykle to wystarcza, żeby ustalić zakres i uniknąć zapytania ofertowego wysłanego w złą stronę.## FAQ: organizacja imprez firmowych
Zależy od trzech rzeczy: liczby uczestników, standardu gastronomii i skali produkcji technicznej. Największym pojedynczym kosztem jest zwykle gastronomia razem z obiektem, a nie atrakcje, którymi zaczyna się rozmowa. Zamiast pytać o cenę wydarzenia, ustal budżet na osobę i zapytaj dostawców, co realnie da się w nim zrobić. To skraca rozmowę o kilka tygodni.
Na fakturze tak, w całkowitym rachunku niekoniecznie. Do kosztu własnego trzeba doliczyć czas ludzi, którzy w tym czasie nie robią swojej pracy, oraz koszt błędów pierwszego projektu. Przy pojedynczym dużym wydarzeniu agencja bywa tańsza, przy serii mniejszych spotkań rzadko.
Przy wydarzeniu firmowym średniej wielkości realnie trzy do czterech miesięcy. W sezonie przedświątecznym i przy dużych grupach obiekty rezerwuje się z półrocznym wyprzedzeniem, a w niektórych miastach jeszcze wcześniej. Krótsze terminy są wykonalne, kosztują jednak więcej, bo wybór dostawców jest mniejszy, a ich stawki wyższe.
Freelancer produkcyjny wykonuje zadania: koordynuje montaż, pilnuje harmonogramu na miejscu, obsługuje dostawców. Event manager na godziny pracuje wcześniej, na etapie, na którym zapadają decyzje o celu, formacie i budżecie. Można mieć obu, przy czym pierwszego potrzebujesz na kilka dni, drugiego przez cały projekt.
Tak i to jest najczęstsze rozwiązanie przy średnich projektach. Firma zatrudnia event managera do prowadzenia projektu i zleca agencji albo domowi produkcyjnemu wyłącznie realizację techniczną, na podstawie przygotowanego przez siebie zapytania. Dostajesz kontrolę nad koncepcją i kosztami oraz moc produkcyjną tam, gdzie jest naprawdę potrzebna.
W modelu agencyjnym zwykle agencja, ale trzeba to mieć zapisane w umowie, bo zakres bywa węższy, niż zamawiający zakłada. W pozostałych modelach odpowiedzialność zostaje po stronie firmy jako organizatora. Przed podpisaniem czegokolwiek warto sprawdzić, kto odpowiada za zgłoszenia, ubezpieczenie, ochronę i plan ewakuacji, i czy ta osoba wie, że odpowiada.
Projektuję doświadczenia biznesowe i prowadzę organizację eventów firmowych i biznesowych dla firm, które chcą, żeby po wydarzeniu coś zostało.
Dołącz do społeczności świadomych marketerów i otrzymaj pakiet bonusów za darmo! 🎉 Co 2 tygodnie wyślemy Ci też newsletter pełen konkretnych inspiracji z obszaru marketingu doświadczeń.