Event Marketing Institute Sp. z o.o.
Iwonicka 3, 60-473 Poznań
NIP 7812066079
REGON 527890052
KRS 0001090243
REGON 527890052
KRS 0001090243
© 2024 Kalewski copy
Najważniejsze tezy: Program oparty na sekwencji atrakcji zostawia wspomnienia z atrakcji, a relacje robocze powstają wtedy, gdy zespół wspólnie coś osiąga albo o czymś decyduje. Ankieta satysfakcji tego nie pokaże, bo mierzy komfort.
Pierwszy wyjazd. Trzy dni, ośrodek w górach, quady w sobotę rano, paintball po południu, wieczór przy grillu z otwartym barem. Zdjęcia z drona wyglądają świetnie na firmowym profilu. W poniedziałek wszyscy wracają do tych samych biurek, do tych samych działów, które od miesięcy nie zamieniły ze sobą słowa poza mailem „do wiadomości". Ankieta po wyjeździe: średnia 4,6 na 5. Wszyscy zadowoleni, nic się nie zmieniło.
Drugi wyjazd. Ten sam budżet, ta sama liczba osób, jeden dzień krócej. Zespoły przez cały dzień zdobywają na trasie materiały, żeby wieczorem zbudować z nich prawdziwe budy dla psów ze schroniska. Ankieta po wyjeździe wypada niżej niż po tamtym, bo było trudniej i mniej wygodnie. Rok później ci sami pracownicy sami zgłaszają kolejną inicjatywę pomocową, bez żadnego bodźca z działu HR.
Krótka odpowiedź: standardowy program oparty na sekwencji atrakcji buduje wspomnienia z atrakcji, nie relacje między ludźmi. Prawdziwa integracja powstaje wtedy, gdy zespół wspólnie coś osiąga albo wspólnie o czymś decyduje, nie wtedy, gdy razem jeździ quadem obok siebie. Ankieta satysfakcji tego nie zmierzy, bo mierzy komfort, a nie zmianę.
Bo atrakcje są doświadczeniem równoległym, nie wspólnym. Dwie osoby jadące obok siebie na quadach przeżywają to samo zdarzenie osobno: każda skupiona na trasie, na sterowaniu, na własnej adrenalinie. Rozmowa między nimi ogranicza się do okrzyków nad silnikiem. Po powrocie mają wspólny temat, ale nie mają wspólnego doświadczenia współpracy, bo współpracy tam nie było.
Paintball dzieli ludzi na drużyny rywalizujące ze sobą. Bywa świetną zabawą i równocześnie odtwarza podziały, które i tak istnieją w firmie, zamiast je zamazywać. Jeżeli drużyny układają się według działów, a układają się tak niemal zawsze, bo ludzie stają obok tych, których znają, to wyjazd właśnie utrwalił silos, który miał rozbić.
Wieczór przy grillu z otwartym barem sprzyja rozmowom, ale losowym. Rozmawiają ze sobą ci, którzy staną przy tym samym stole, czyli najczęściej ci, którzy i tak siedzą obok siebie w biurze. Do tego dochodzi rzecz, o której mówi się niechętnie: dla części zespołu otwarty bar jest głównym punktem programu, dla innej części powodem, żeby wyjść wcześniej. Program, który dzieli ludzi na te dwie grupy, nie integruje nikogo.
Poland Convention Bureau w raporcie „Przemysł spotkań i wydarzeń w Polsce 2025" naliczyło 18 934 wydarzenia biznesowe w roku 2024. Wydarzenia korporacyjne i motywacyjne to 49 procent z nich, czyli 9 201 wydarzeń z frekwencją przekraczającą dwa miliony uczestników. To największa kategoria w całym zestawieniu.
Druga liczba z tego samego raportu tłumaczy, dlaczego programy są do siebie tak podobne: 79 procent eventów korporacyjnych firmy organizują same, bez agencji. Osoba, która robi to raz w roku, obok swoich normalnych obowiązków, sięga po program, który zna z poprzedniego razu albo z oferty ośrodka. Ośrodek sprzedaje to, co ma: quady, paintball, salę bankietową. Nikt w tym łańcuchu nie ma powodu, żeby zapytać, po co właściwie ten wyjazd się odbywa.
Nie mam pretensji do tych osób, mam pretensję do sposobu zamawiania. Pytanie „jakie atrakcje macie w ofercie" prowadzi do katalogu. Pytanie „co konkretnie w naszym zespole nie działa" prowadzi do programu.
Widziałem dziesiątki takich wyjazdów po obu stronach stołu, jako dostawca i jako zamawiający, i schemat powtarza się z zadziwiającą regularnością: energia w sobotę, cisza w poniedziałek.
Wspomnienie z atrakcji kończy się razem z atrakcją. Ludzie wracają z quadów, opowiadają sobie nawzajem, jak było, i to jest cały ślad, jaki to zostawia. Przyjemny, krótkotrwały, bez konsekwencji dla tego, jak zespół działa we wtorek.
Wspólne dokonanie zostawia coś, co istnieje po wyjeździe. Rzecz, na którą można pokazać palcem. W przypadku bud dla psów ze schroniska istniał przedmiot, zdjęcie i wdzięczność konkretnej organizacji. To trzy różne haki pamięciowe zamiast jednego. Efekt nie zniknął wraz z końcem wydarzenia, bo wydarzenie było początkiem czegoś, co ludzie sami postanowili kontynuować.
Mechanizm jest prosty: wspólne dokonanie wymaga podziału ról, negocjacji, decyzji pod presją czasu i zależności od kogoś, kogo się nie zna. Czyli dokładnie tych rzeczy, których wymaga praca. Atrakcja nie wymaga żadnej z nich.
Trzy tropy są tu użyteczne i warto znać ich ograniczenia, zanim się na nie powoła w rozmowie z zarządem.
Efekt Ringelmanna i próżniactwo społeczne. Maximilien Ringelmann w badaniach opublikowanych w 1913 roku pokazał, że im więcej osób ciągnie za linę, tym mniejszy wkład wnosi każda z nich. Bibb Latané wraz ze współpracownikami rozwinął to w 1979 roku jako zjawisko próżniactwa społecznego. Warunek jego zaniku jest znany: efekt słabnie wtedy, gdy wkład jednostki daje się zidentyfikować i gdy zadanie ma dla niej znaczenie. To najmocniejszy argument przeciwko atrakcjom grupowym bez ról: jeżeli nikt nie odpowiada za nic konkretnego, nikt się nie angażuje.
Model Tuckmana. Bruce Tuckman opisał w 1965 roku sekwencję faz rozwoju zespołu: formowanie, ścieranie, normowanie i działanie. Piątą fazę, rozstanie, dodał wraz z Mary Ann Jensen w 1977 roku. Uczciwie trzeba dodać, że to nie był eksperyment, tylko przegląd kilkudziesięciu wcześniejszych prac, a późniejsze badania pokazały, że fazy rzadko następują po sobie liniowo. Model jest użyteczny jako język do rozmowy o zespole, nie jako harmonogram.
Relacje w pracy a zaangażowanie. Gallup od dekad umieszcza w swoim kwestionariuszu zaangażowania pytanie o posiadanie bliskiego przyjaciela w pracy i konsekwentnie raportuje jego związek z wynikami zespołu. To pytanie budzi opór menedżerów, sam Gallup wielokrotnie się z niego tłumaczył i broni brzmienia, wskazując na siłę korelacji. Mowa o korelacji, nie o dowodzie, że wyjazd integracyjny tworzy przyjaźnie.
W ofertach team buildingu regularnie pojawiają się liczby opisujące zwrot z inwestycji w integrację. Bywa to konkretny procent wzrostu produktywności, bywa wielokrotność zwrotu z każdej wydanej złotówki. Prawie nigdy nie da się dojść do badania, z którego miałyby pochodzić.
Powód jest strukturalny, nie złośliwy. Żeby zmierzyć wpływ wyjazdu na wynik firmy, trzeba by mieć grupę kontrolną, czyli identyczny zespół, który nigdzie nie pojechał, i odizolować dziesiątki innych zmiennych działających w tym samym kwartale. Prawie nikt tego nie robi, bo to kosztuje więcej niż sam wyjazd.
To nie znaczy, że wyjazdy nie działają. To znaczy, że nikt nie ma prawa sprzedawać Wam konkretnego procentu, a Wy nie macie czym go zweryfikować. Praktyczny wniosek: zamiast szukać cudzej statystyki, ustalcie własny wskaźnik przed wyjazdem i sprawdźcie go po. Jedno pytanie, na które umiecie odpowiedzieć, jest warte więcej niż cudzy raport, którego nie umiecie sprawdzić.
Jedno pytanie, zadane miesiąc po powrocie: czy ktoś zadzwonił albo napisał do osoby z innego działu, której wcześniej nie znał, w sprawie zawodowej niezwiązanej z wyjazdem. Chodzi o realny kontakt roboczy, który bez tego wyjazdu by nie powstał.
Trzy możliwe odpowiedzi:
Ten test ma dwie zalety wobec ankiety satysfakcji. Sprawdza zachowanie, nie deklarację. I daje się zadać miesiąc później, kiedy efekt euforii już opadł, czyli wtedy, kiedy widać, co naprawdę zostało.
Projektowanie zaczyna się nie od katalogu atrakcji, tylko od nazwania problemu. Poniżej trzy najczęstsze, z których każdy wymaga czegoś innego.
Silosy między działami. Ludzie znają swoich, nie znają nikogo poza działem. Mechanika: zadanie, którego nie da się wykonać bez kompetencji z drugiego działu, w zespołach ułożonych z góry, nie dobieranych samodzielnie. Ważniejsze jest to drugie. Zespoły dobierane samodzielnie zawsze odtworzą istniejące podziały.
Brak zaufania po zmianie w strukturze. Po fuzji, po zmianie zarządu, po zwolnieniach. Mechanika: zadanie wymagające zależności, czyli takie, w którym każdy musi na kimś polegać, i przestrzeń na rozmowę o tym, co się właśnie stało w firmie. Bez tej drugiej części wyjazd wygląda jak próba zagadania problemu atrakcjami i tak zostanie odczytany.
Wypalenie po trudnym kwartale. Zespół zrobił swoje i jest wyczerpany. Mechanika: mniej programu, nie więcej. Odpoczynek z jednym wspólnym punktem, który daje poczucie sensu, na przykład działaniem na rzecz kogoś z zewnątrz. Wyjazd wypełniony atrakcjami od rana do wieczora jest w tej sytuacji drugą pracą.
Zasadę doboru mechaniki zamiast atrakcji rozpisałem szerzej w tekście o tym, które atrakcje na imprezę integracyjną naprawdę działają.
Rozmowa, nie ankieta. Kilka rozmów z osobami z różnych działów wystarcza, żeby usłyszeć, gdzie realnie jest problem. W ankiecie ludzie napiszą, że wszystko jest w porządku, i poproszą o więcej czasu wolnego.
Jedno zdanie o celu, zatwierdzone przed wyborem miejsca. Nie „integracja zespołu", tylko „chcemy, żeby produkcja i sprzedaż zaczęły ze sobą rozmawiać, zanim pojawi się problem". Cel opisany tak konkretnie sam odrzuca połowę oferty ośrodka.
Program skalowany w dół, nie w górę. Przeciążony harmonogram, w którym każda godzina ma przypisaną atrakcję, męczy tak samo jak pusty. Najciekawsze rozmowy dzieją się w lukach między punktami, więc świadomie zostawiona przestrzeń bywa cenniejsza niż kolejna atrakcja.
Zespoły ułożone z góry. Najprostsza i najskuteczniejsza decyzja w całym programie, a jednocześnie ta, przed którą organizatorzy najczęściej się cofają, bo boją się oporu. Opór trwa piętnaście minut. Efekt trwa rok.
Wskaźnik ustalony przed wyjazdem. Choćby ten jeden telefon miesiąc później. Wskaźnik wymyślony po fakcie potwierdzi to, co chcieliśmy usłyszeć.
Test z jednym telefonem to wersja minimalna pomiaru. Pełną metodykę sprawdzania, czy wydarzenie firmowe zadziałało, opisałem w tekście o ewaluacji eventu firmowego.
Nie na atrakcjach, wbrew pozorom. Największe pozycje w kosztorysie wyjazdu to zwykle nocleg, transport i wyżywienie, czyli rzeczy, które trzeba ponieść niezależnie od programu. Atrakcje bywają dodatkiem, który podnosi koszt o kilkanaście procent.
To ważne, bo zmienia kalkulację. Przejście z programu opartego na atrakcjach na program oparty na zadaniu rzadko kosztuje więcej. Kosztuje więcej pracy na etapie projektowania i mniej pieniędzy na etapie realizacji, bo zadanie z sensem potrzebuje materiałów, a nie wynajętego sprzętu z licznikiem godzinowym.
Największa realna strata jest zresztą niewidoczna w kosztorysie: trzy dni czasu pracy kilkudziesięciu osób. Ta pozycja przewyższa cały budżet wyjazdu i nikt jej nie liczy.
Prognoza autorska, więc zaznaczam wyraźnie, że to nie są dane.
Wyjazdy będą krótsze i częstsze. Trzydniowy format w odległym ośrodku traci sens w firmach z pracą hybrydową, gdzie problemem jest brak wspólnego kontekstu. Jednodniowe spotkanie z realnym zadaniem, powtarzane trzy razy w roku, zrobi więcej niż jeden wyjazd na trzy dni.
Element sensu przestanie być dodatkiem. Wspólne działanie na rzecz kogoś z zewnątrz przesunie się z kategorii miłego akcentu do rdzenia programu, bo daje to, czego atrakcja nie daje: powód, dla którego warto się postarać. Firmy, które już to robią, notują efekty widoczne rok później, o czym pisałem wyżej.
Ankieta satysfakcji straci status miernika. Będzie dalej wypełniana, bo jest wygodna, ale przestanie być argumentem w rozmowie o budżecie. Zastąpią ją proste pytania o zachowanie, zadawane miesiąc i kwartał po wydarzeniu.
Wybór miejsca przed ustaleniem celu. Ośrodek ma swoją ofertę i program ułoży się pod nią, a nie pod potrzebę zespołu.
Zespoły dobierane samodzielnie. Kończy się tym, że ludzie stają obok tych, których już znają, a wyjazd utrwala istniejące podziały.
Rywalizacja jako domyślna mechanika. Przy diagnozie silosów rywalizacja działa dokładnie odwrotnie do zamierzenia. Ma sens tylko wtedy, gdy drużyny są przemieszane wbrew strukturze firmy.
Otwarty bar jako punkt programu. Dzieli zespół i przenosi ciężar wieczoru na wytrzymałość zamiast na rozmowę. Bez zakazu, wystarczy, żeby nie był głównym wydarzeniem dnia.
Brak jakiegokolwiek podsumowania. Zadanie bez rozmowy o tym, co się właśnie wydarzyło, zostaje zabawą. Kwadrans na koniec, w którym ktoś nazwie, co zadziałało i co nie, zamienia zabawę w doświadczenie, do którego można się później odwołać.
Same w sobie nie są, ale rzadko budują coś poza wspomnieniem. Sprawdzają się jako element uzupełniający program, nie jako jego rdzeń, jeżeli celem jest realna integracja między działami.
Zależy od diagnozy, nie od budżetu. Dwa dni wystarczą przy jednym konkretnym problemie do rozwiązania. Dłuższy wyjazd bez jasnego celu zamienia się w kosztowniejszą wersję tego samego błędu.
Pokazać koszt alternatywny: to samo wydaliście w zeszłym roku i nic się między działami nie zmieniło. Konkretny test z jednym pytaniem miesiąc po wyjeździe jest łatwiejszy do obrony niż ogólne przekonanie, że integracja jest ważna.
Nie, jeżeli jest świadomie zaplanowany. Najciekawsze rozmowy powstają w lukach między punktami programu, więc przeciążony harmonogram bez przestrzeni na spontaniczną rozmowę sam sobie szkodzi.
Rozmowa z kilkoma osobami z różnych działów, nie ankieta wysłana do wszystkich, zwykle wystarcza. Ludzie w rozmowie powiedzą wprost, gdzie są silosy albo brak zaufania. W ankiecie napiszą tylko, że wszystko jest w porządku.
Pomaga, jeżeli zarząd uczestniczy w zadaniu na tych samych zasadach co reszta. Przeszkadza, jeżeli obserwuje albo pojawia się wyłącznie na oficjalnej części. Druga wersja jest czytana jako kontrola i wycisza rozmowy.


W skrócie: Piotr Kalewski projektuje wydarzenia firmowe jako narzędzie sprzedaży i marketingu. Zaczyna od celu biznesowego zapisanego w jednym zdaniu i od miernika, potem układa scenariusz doświadczenia pod jedno zachowanie gości, a po wydarzeniu oddaje raport: kto z właściwej grupy przyszedł, co zrobił dalej i ile kosztowała każda rozmowa handlowa.
Wydarzenie jest kosztem, gdy budżet powstaje z faktury za salę, catering i scenę, a cel dopisuje się na końcu. Jest inwestycją, gdy przed pierwszym zamówieniem ktoś zapisze, co ma się zmienić w sprzedaży albo w relacjach z klientami, i do kiedy.
Różnicę widać w jednym dokumencie. Brief kosztowy zaczyna się od daty i liczby gości. Brief inwestycyjny zaczyna się od zdania w rodzaju: do końca kwartału chcemy dwudziestu rozmów handlowych z dyrektorami zakupów z trzech wskazanych segmentów. Resztę budżetu da się wtedy obronić albo skreślić, bo każda pozycja jest pytaniem, czy przybliża to zdanie.
Bizzabo w raporcie „2025 State of Events”, opartym na ankiecie ponad 1500 organizatorów i uczestników z listopada 2024 roku, podaje, że 70% organizatorów miało trudność z wykazaniem ROI konferencji B2B. Według Certain z 2025 roku 94% marketerów mówi, że ich firma nie zamienia leadów z eventów w szanse sprzedażowe.
Z mojej praktyki po obu stronach stołu za takim wynikiem stoi najczęściej jedno: miernik wybrany po wydarzeniu. Skoro przed eventem nikt nie zapisał, co ma być wynikiem, po evencie zostają frekwencja i ankieta zadowolenia. Zarząd nie przeliczy ich na przychód i słusznie nie próbuje.
Rachunek jest krótki. Koszt całego wydarzenia dzielę przez liczbę rozmów handlowych z gośćmi z listy, które odbyły się w uzgodnionym oknie po evencie. Wychodzi koszt jednej rozmowy. Dalej liczę, ile rozmów przeszło w ofertę i ile w sprzedaż.
Do tego potrzebny jest CRM, w którym każdy gość z rejestracji dostaje znacznik źródła „event” i datę. Bez znacznika po trzech miesiącach nikt nie odróżni sprzedaży z wydarzenia od sprzedaży, która i tak by się wydarzyła. Pełny pomiar po wydarzeniu rozpisałem w tekście o ewaluacji eventu firmowego.
Targi dają zasięg, własny event daje kontrolę. Na targach listę gości tworzy ktoś inny, a o uwagę konkurujesz z setkami stoisk. Na własnym wydarzeniu sam decydujesz, kto wchodzi i co widzi, ale płacisz za zebranie ludzi, którzy sami by się nie spotkali.
Własny event wygrywa, gdy decydentów jest niewielu i znasz ich z nazwiska. Targi wygrywają, gdy dopiero ustalasz, kto jest w twoim segmencie. Jak z targów zrobić rozmowy zamiast pliku wizytówek, opisuję w tekście o leadach z konferencji i targów.
Dla Grupy Topex projektowałem cykle wydarzeń w całej Polsce dla handlowców i dystrybutorów: prezentacje nowych produktów i linii oraz aktywacje wokół nich. W TedGifted prowadziłem trasę po targach europejskich razem z liczeniem wyników, od produktu i katalogu po rozliczenie rozmów.
Jestem projektantem doświadczeń biznesowych. Prowadzę Event Marketing Institute w Poznaniu, wykładam na WSB Merito Poznań, należę do Rady Sektorowej ds. Kompetencji Komunikacji Marketingowej. Jestem autorem książki Event Management dla początkujących (i nie tylko) z 2025 roku. Pracuję też jako interim marketing director po stronie klientów, więc brief znam z obu stron stołu.
Planujesz wydarzenie i chcesz, żeby ktoś odpowiadał za jego wynik? Umów konsultację, a przejdziemy przez cztery decyzje na twoim przypadku.
Zacznij od listy decydentów, których chcesz poznać, nie od programu. Ustal jedno zachowanie po wydarzeniu, na przykład umówione spotkanie, i ułóż scenariusz tak, żeby każdy punkt do niego prowadził. Po evencie licz rozmowy z gośćmi z listy w uzgodnionym oknie.
Podziel koszt wydarzenia przez liczbę rozmów handlowych z właściwymi gośćmi, a potem śledź, ile z nich przeszło w ofertę i sprzedaż. Wymaga to znacznika „event” przy kontaktach w CRM i daty pierwszej rozmowy.
Zależy od tego, czy znasz swoich odbiorców z nazwiska. Gdy znasz, własne wydarzenie daje kontrolę nad listą gości i scenariuszem. Gdy dopiero szukasz segmentu, targi dają zasięg przy niższym koszcie pierwszego kontaktu.
Sprawdź trzy rzeczy: czy ktoś pyta o cel biznesowy i miernik, zanim poda cenę, czy oferta zawiera raport po wydarzeniu i kto po stronie firmy odpowiada za wynik. Agencja realizuje zlecenie, doradca ustala, co zlecenie ma przynieść.
Doświadczenia dla marek projektują agencje, studia kreatywne i niezależni konsultanci. Piotr Kalewski robi to jako projektant doświadczeń biznesowych: od celu i miernika, przez scenariusz, po raport z wyniku wydarzenia.
Piotr Kalewski jest projektantem doświadczeń biznesowych z Poznania, CEO Event Marketing Institute, wykładowcą WSB Merito Poznań i autorem książki „Event Management dla początkujących (i nie tylko)” z 2025 roku. Pracuje także jako interim marketing director po stronie klientów.

W artykule znajdziesz: godzinowy scenariusz śniadania biznesowego na 90 minut, sposób liczenia kosztu na osobę obecną, a nie zaproszoną, oraz zasady rozsadzenia, które decydują o tym, czy goście w ogóle ze sobą porozmawiają.
Śniadanie biznesowe ma dwie przewagi nad konferencją: kosztuje mniej i kończy się przed dziewiątą, więc nikt nie traci dnia. Ma też słabość, której organizatorzy nie widzą, dopóki nie przeprowadzą trzeciego: dziewięćdziesiąt minut przy stole z obcymi ludźmi to czas, w którym rozmowa albo ruszy w pierwszym kwadransie, albo nie ruszy wcale.
Krótka odpowiedź: śniadanie biznesowe zorganizuj na 20 do 40 osób, w dziewięćdziesiąt minut, z jednym wystąpieniem do 20 minut i co najmniej 30 minutami rozmów przy stołach z zadanym pytaniem. Koszt licz na osobę obecną, nie zaproszoną, bo przy dwudziestoprocentowej nieobecności koszt jednostkowy rośnie o jedną czwartą. Rozsadzenie przygotuj z góry.
Pierwsze dwadzieścia minut decyduje o reszcie. Freeman i IMEX przebadali w 2025 roku ponad 2600 uczestników i organizatorów wydarzeń: 51 procent uczestników wraca na wydarzenia ze względu na networking, a 30 procent ma problem z rozpoczęciem rozmowy. Ludzie przychodzą po rozmowy i jednocześnie nie wiedzą, jak zacząć.
Dlatego przy wejściu ustaw dwie rzeczy: kartę z przypisanym stolikiem i jedno pytanie na kartce, na przykład „nad czym pracujesz w tym kwartale”. Moja opinia: takie pytanie otwiera rozmowę lepiej niż „czym się zajmujesz”, bo wymaga odpowiedzi zdaniem, nie nazwą stanowiska. Osoba przy drzwiach wita po imieniu i kieruje do stołu, a nie do bufetu.
Gospodarz mówi, po co ludzie się spotkali, jak wygląda plan i co się stanie o 8:15. Pięć minut, bez historii firmy i bez przedstawiania wszystkich sponsorów. Najważniejsza informacja to godzina zakończenia, bo ona uspokaja osoby z poranną rozmową o dziewiątej.
Jeśli prowadzisz wydarzenie sam, przećwicz ten fragment na głos z zegarem. Zasady prowadzenia dyskusji z sali opisałem w tekście o moderowaniu panelu.
Jedno, nie trzy. Prelegent dostaje temat zawężony do jednej decyzji, którą goście mogą podjąć w tym kwartale. Zalecam 45 minut rozmowy przygotowawczej z prowadzącym. Dwadzieścia minut kończy się wcześniej niż koncentracja, a zostawia miejsce na pytanie z sali.
Prelegent nie rozdaje materiałów i nie prezentuje oferty firmy. Po wystąpieniu prowadzący zadaje jedno pytanie, które stół będzie omawiał przez następne pół godziny. Zaplanowanie pytania razem z prelegentem to najważniejszy element programu.
Dla tego bloku goście przyszli. Przy każdym stole pięć lub sześć osób, jedno pytanie na kartce i prowadzący stołu, który dba o to, żeby wszyscy powiedzieli co najmniej jedno zdanie. Prowadzący stołu może być osobą z zespołu organizatora albo zaproszonym gościem, który wcześniej dostał trzy zdania instrukcji.
Rozsadzenie zmienia najwięcej. Rozdziel osoby z tej samej firmy i osoby, które przyszły razem. Z moich obserwacji rozsadzenie czterdziestu gości zajmuje około pół godziny i zwiększa szansę, że ktoś wyjdzie z nowym kontaktem. Opis projektowania pierwszej rozmowy między uczestnikami znajdziesz w tekście o networkingu na wydarzeniu.
Każdy stół mówi jedno zdanie: co z rozmowy zabiera ze sobą. Prowadzący zbiera zdania i dopisuje kolejny krok, na przykład termin następnego śniadania albo listę uczestników, którzy zgodzili się na udostępnienie kontaktu. Dziesięć minut wystarczy, a zamknięcie daje poczucie, że spotkanie coś wyprodukowało.
Po zamknięciu zostaw piętnaście minut wolnych rozmów i kawy. Z moich obserwacji goście, którzy zaczęli dobrą rozmowę przy stole, chcą ją skończyć na stojąco, więc nie wyłączaj muzyki i nie zaczynaj sprzątania.
Koszt wydarzenia licz na osobę obecną. Scenariusz liczbowy, hipotetyczny: koszty stałe wynoszą 6 000 zł, zmienne 90 zł na zaproszonego, a zaproszonych jest 40. Przy pełnej frekwencji koszt na osobę wynosi 240 zł. Gdy przychodzi 30 osób, a catering zamówiono na 40, koszt na obecną osobę rośnie do 320 zł. Różnica wynosi jedną trzecią i wynika wyłącznie z nieobecności.
Jak ograniczać nieobecność, opisałem w tekście o no-show na wydarzeniu firmowym, a projekt rejestracji, który zmniejsza liczbę osób zapisanych bez zamiaru przyjścia, w tekście o rejestracji na wydarzenie. Nie znalazłem publicznie dostępnego benchmarku kosztu śniadania biznesowego w Polsce, więc powyższe kwoty to przykład struktury, nie cennik.
Mniejszą wersję tego formatu, od dwudziestu osób, opisałem w tekście o tym, jak zacząć budowę kapitału relacyjnego od dwudziestu osób.
Od 20 do 40. Poniżej dwudziestu trudno o różnorodność rozmów, powyżej czterdziestu trzeba drugiej osoby do prowadzenia stołów, a koszt koordynacji rośnie szybciej niż liczba gości.
To zależy od celu. Z moich obserwacji wydarzenie bezpłatne łatwiej zapełnić, ale ma wyższą nieobecność, a opłata, nawet symboliczna, zmniejsza liczbę osób zapisanych bez zamiaru przyjścia. Nie mam badania, które by to potwierdzało. Przy zaproszeniach indywidualnych płatność zwykle nie jest potrzebna.
Moja rada: raz w miesiącu lub raz na kwartał, w stałym dniu tygodnia. Rytm ważniejszy jest od jednego dobrego wydarzenia, bo goście wracają na format, który znają, a nie na pojedyncze spotkanie.
Planujesz cykl spotkań branżowych i chcesz zaprojektować format pod swoich gości? Umów konsultację 1:1 (250 zł netto za 60 minut, pakiet 850 zł) i przejdziemy przez scenariusz godzina po godzinie.

Z tekstu dowiesz się: co włożyć do welcome packa, żeby nowa osoba w poniedziałek rano wiedziała, gdzie siedzi, z kim zaczyna i co ma zrobić do piątku, oraz które elementy klasycznego pudełka z gadżetami możesz zostawić w szufladzie.
Scenariusz A. Poniedziałek, godzina dziewiąta. Nowa osoba dostaje karton: bluza z logo, kubek, notes, smycz, długopis. Laptop jeszcze jedzie od IT, opiekun jest na urlopie, a kalendarz na ten tydzień jest pusty. Karton zajmuje dziesięć minut. Resztę dnia spędza przy kawie z firmowego kubka.
Scenariusz B. Poniedziałek, godzina dziewiąta. Nowa osoba dostaje kopertę: kartkę z planem pierwszego tygodnia, imię i numer opiekuna, listę pięciu osób, z którymi spotka się do piątku, i jedno zdanie od przełożonego o tym, co ma być zrobione do końca miesiąca. Bluzy nie ma. Laptop stoi włączony.
Obie sceny są hipotetyczne, a różnica między nimi dotyczy pierwszego dnia w pracy, nie budżetu. Scenariusz B kosztuje mniej niż A i robi większą część roboty, której firma oczekuje od onboardingu.
Krótka odpowiedź: welcome pack powinien zawierać plan pierwszych trzydziestu dni, imię i kontakt opiekuna, listę osób do poznania, jedno zadanie na koniec pierwszego miesiąca i dostęp do narzędzi w dniu startu. Przedmioty z logo są dodatkiem, nie rdzeniem. Pierwszego dnia nowa osoba chce wiedzieć, co jej wolno i czego się od niej oczekuje.
Gallup podaje w publikacji o onboardingu z 2019 roku, że tylko 12 procent pracowników silnie zgadza się, że ich organizacja świetnie wdraża nowych pracowników. Dane dotyczą Stanów Zjednoczonych i nie sprawdzałem, czy w Polsce wynik jest podobny.
Ten sam materiał pokazuje, że gdy menedżer aktywnie uczestniczy w onboardingu, nowi pracownicy 3,4 raza częściej silnie zgadzają się, że ich onboarding był znakomity. Tekst Gallupa o wdrażaniu przy pracy zdalnej z 2021 roku wskazuje, że tylko 29 procent nowych pracowników czuje się w pełni przygotowanych i wspieranych w nowej roli. Według Gallupa osiągnięcie pełnej wydajności zajmuje nowej osobie zwykle około dwunastu miesięcy.
Wniosek dla welcome packa jest praktyczny. Wartość pakietu rośnie, gdy zawiera element, który angażuje przełożonego, a spada, gdy jest paczką od działu HR. Koszty, jakie firma ponosi, gdy ktoś odchodzi po kilku miesiącach, policzyłem w tekście o kosztach rotacji pracowników.
Pięć elementów wystarczy, żeby pierwszy tydzień miał strukturę:
Każdy z elementów odpowiada na jedno pytanie, które nowa osoba ma w głowie, ale rzadko zadaje: co mam robić, do kogo pójść, kogo poznać, po czym mnie ocenią i czy mogę zacząć pracę. Rozpisany proces onboardingu na pierwsze trzydzieści dni znajdziesz w tekście o onboardingu nowego pracownika.
Przedmioty z logo mogą być miłym dodatkiem, ale nie niosą informacji, której nowa osoba potrzebuje. Bluzę, kubek i długopis możesz wręczyć drugiego dnia, na kolejnym spotkaniu, albo wcale. Jeśli przedmiot ma sens, wybierz taki, którego ta osoba użyje w pracy: dobry notes, przydatny element wyposażenia stanowiska.
Moja opinia: im więcej przedmiotów w pierwszym pakiecie, tym mniej uwagi na rzeczy, które decydują o pierwszym miesiącu. Nie mam badania, które porównywałoby welcome packi z gadżetami i bez nich pod kątem retencji, więc to wniosek z logiki, nie z danych. Obietnicę, którą firma składała w ogłoszeniu, powinien potwierdzić pierwszy dzień. Jak przełożyć propozycję wartości dla pracownika na doświadczenie, opisałem osobno, a kandydatom na etapie rekrutacji poświęciłem tekst o candidate experience na wydarzeniu rekrutacyjnym.
Pakiet z przedmiotami mówi nowej osobie, że jest mile widziana. Pakiet z planem mówi jej, co ma robić, a to pierwsze pytanie, na które szuka odpowiedzi. Zacznij od planu, a przedmiot dołóż, jeśli zostanie budżet.
Nie ma ogólnej stawki. Sam plan na kartce kosztuje czas przełożonego i opiekuna, a przedmioty zależą od wyboru. Zacznij od czasu, który przełożony poświęci w pierwszym tygodniu, bo to on decyduje o wyniku.
Ma, i to większy. Pakiet wysłany przed startem może zawierać plan, kontakty i sprzęt, a nowa osoba nie widzi wtedy sali i ludzi. Plan i imię opiekuna zastępują to, co w biurze nowa osoba zobaczyłaby sama.
Przełożony i HR razem. HR odpowiada za dostępy i formalności, przełożony za plan, zadanie i listę osób. Pakiet przygotowany wyłącznie przez HR traci element, który według Gallupa wyraźnie podnosi ocenę onboardingu: udział menedżera.
Budujesz proces wdrożenia i chcesz przejść przez pierwsze trzydzieści dni własnego zespołu? Umów konsultację 1:1 (250 zł netto za 60 minut, pakiet 850 zł) i przynieś obecny plan onboardingu.
Dołącz do społeczności świadomych marketerów i otrzymaj pakiet bonusów za darmo! 🎉 Co 2 tygodnie wyślemy Ci też newsletter pełen konkretnych inspiracji z obszaru marketingu doświadczeń.