Event Marketing Institute Sp. z o.o.
Iwonicka 3, 60-473 Poznań
NIP 7812066079
REGON 527890052
KRS 0001090243
REGON 527890052
KRS 0001090243
© 2024 Kalewski copy
Najważniejsze tezy: Firmowa wigilia ma zwykle za dużo dań i za mało punktów wydawania, co kończy się kolejką, zimnym jedzeniem i połową stołu do wyrzucenia. Mniej pozycji w większej liczbie miejsc i pytanie o dogrzewanie zadane przed pytaniem o cenę rozwiązują dużą część problemów.
W skrócie: Firmowe wigilie mają zwykle za dużo dań i za mało punktów wydawania. Efekt jest ten sam: kolejka, zimne jedzenie i pół stołu do wyrzucenia. Zamów mniej pozycji, ale w większej liczbie miejsc, policz diety z wyprzedzeniem i zapytaj o dogrzewanie, zanim zapytasz o cenę.
Pierwsza scena: dwanaście potraw na bufecie, bo tradycja. Przy piątej pozycji ludzie już nie patrzą, co kładą na talerz. Po wieczorze zostaje tyle jedzenia, że obsługa pyta, czy ktoś chce zabrać do domu.
Druga scena: sześć pozycji, dwa punkty wydawania i ciepłe danie, które naprawdę jest ciepłe. Ludzie jedzą spokojnie, wracają po dokładkę i rozmawiają zamiast stać w kolejce.
Różnica nie leżała w budżecie. Leżała w decyzji, co jest ważniejsze: długość karty czy to, jak ludzie spędzą pierwszą godzinę.
Krótka odpowiedź: mniej, niż proponuje catering, i w większej liczbie punktów wydawania, niż proponuje lokal.
Rozsądny zestaw na wigilię firmową to jedna zupa, dwa ciepłe dania główne w tym jedno bezmięsne, dwa dodatki, jedna sekcja przystawek zimnych i dwa desery. To siedem do ośmiu pozycji i przy zespole do stu osób w zupełności wystarcza.
Więcej pozycji nie oznacza, że ludzie zjedzą więcej. Oznacza, że każdej rzeczy zjedzą mniej, a Wy zapłacicie za całość i wyrzucicie różnicę.
Ważniejsza od liczby dań jest liczba miejsc, w których można je wziąć. Jeden bufet dla stu osób to kolejka na czterdzieści minut. Dwa lustrzane bufety, ustawione po przeciwnych stronach sali, skracają ją o połowę bez jednej dodatkowej złotówki w menu.
Każdy z tych formatów coś daje i coś zabiera. Wybór powinien wynikać z tego, czego chcecie od wieczoru, a nie z tego, co jest w standardowej ofercie.
Najczęstszy błąd to kolacja zasiadana przy celu, który brzmi „chcemy, żeby zespół się zintegrował". Te dwie rzeczy się wykluczają. Przy nacisku na przepływ ludzi format musi na to pozwolić.
Powiedzmy to wprost: dwanaście potraw to tradycja domowa i w formacie firmowym rzadko ma sens. W domu je się małe porcje przez kilka godzin, przy jednym stole, z rodziną, która zna każdą potrawę. W sali na sto osób to po prostu za długa lista.
Jest natomiast sposób, żeby zachować sens tradycji bez jej litery. Wybierzcie cztery albo pięć potraw, które są rozpoznawalne i właśnie one mają być dobre: barszcz z uszkami, pierogi, kapusta z grzybami, ryba, kompot z suszu. Reszta menu może być normalna.
Druga decyzja, której większość organizatorów nie podejmuje świadomie: post albo jego brak. Część zespołu uzna menu mięsne na wigilii za nietakt, część nie zauważy różnicy. Nie ma tu jednej dobrej odpowiedzi, ale jest jedna zła: nie podejmować decyzji i zostawić ją cateringowi.
Nie wiedząc, jak jest w Waszym zespole, zapytajcie w formularzu zapisowym. Jedno pytanie zamknięte rozwiązuje problem, który potem wraca przy stole.
Wigilia ma nad innymi imprezami firmowymi jedną przewagę: tradycyjne menu jest w dużej części bezmięsne, więc osoby na diecie roślinnej mają wybór naturalnie. To nie zwalnia z liczenia.
Osobna kwestia, o której się nie mówi: ryba. Karp dzieli ludzi mocniej niż jakiekolwiek inne danie na tej liście. Zamawiając go, zamawiajcie też drugą rybę albo drugie ciepłe danie.
W rozmowach o budżecie regularnie wraca liczba 214 złotych od osoby, czyli średnia z danych Briefly za 2023 rok. Problem polega na tym, że to średnia za całe spotkanie, a nie za jedzenie. W tej kwocie mieści się wynajem, obsługa, technika i często oprawa.
Oferta cateringowa za 214 złotych od osoby przedstawiona jako średnia rynkowa oznacza, że porządek liczenia jest odwrotny do rzeczywistości. Sprawdźcie to, zanim kwota trafi do zestawienia dla zarządu.
Nie mam też twardych danych o skali marnowania jedzenia na polskich imprezach firmowych i nie będę ich zmyślał. Mam obserwację z realizacji: przy zamówieniu liczonym na sto procent zgłoszeń, przy realnej frekwencji poniżej dziewięćdziesięciu procent, nadmiar jest widoczny gołym okiem.
Lista jest krótka i większość problemów bierze się z pominięcia któregoś punktu.
Pytanie o dogrzewanie jest ważniejsze, niż wygląda. Większość skarg po firmowych wigiliach nie dotyczy tego, co było w menu, tylko tego, że ciepłe danie było letnie.
Nie podam Wam stawki za osobę, bo różnica między miastem, formatem i standardem obsługi jest większa niż jakakolwiek średnia. Podam trzy rzeczy, które najmocniej ruszają tę kwotę w górę: liczba pozycji w menu, liczba osób obsługi i godzina zakończenia.
Najtańsza oszczędność, jaką znam, to skrócenie karty i przeznaczenie różnicy na drugi punkt wydawania. Ludzie zapamiętają, że nie stało się w kolejce. Nikt nie zapamięta, że pozycji było osiem, a nie dwanaście.
Pełną strukturę budżetu, z rezerwą i podziałem na kategorie, rozpisałem w tekście o planowaniu budżetu imprezy firmowej. Ogólną metodykę organizacji spotkania świątecznego rozpisałem w poradniku w pięciu krokach.
Menu na wigilię firmową sprowadza się do trzech decyzji: krótsza karta zamiast dłuższej, więcej punktów wydawania zamiast większej liczby dań i świadoma decyzja o poście zamiast pozostawienia jej cateringowi. Reszta to detale, które i tak wynikną z tych trzech.
Jeżeli planujesz spotkanie w konkretnym mieście, przygotowałem osobne zestawienia dla Krakowa, Wrocławia, Trójmiasta i Poznania.
Siedem do ośmiu pozycji: zupa, dwa ciepłe dania główne w tym jedno bezmięsne, dwa dodatki, przystawki zimne i dwa desery. Przy zespołach do stu osób to w zupełności wystarcza.
Nie musi, ale decyzja powinna być świadoma. W części zespołów menu mięsne na wigilii będzie odebrane jako nietakt, w innych nikt nie zwróci uwagi. Najprostsze rozwiązanie to jedno pytanie w formularzu zapisowym.
Bufet, jeżeli chcecie, żeby ludzie się przemieszali. Kolacja zasiadana, jeżeli wieczór ma część oficjalną ze sceny. Serwis na środek stołu to kompromis, który dobrze działa do około osiemdziesięciu osób.
Tyle, ile zgłoszeń, plus około dziesięciu procent zapasu. Część osób sięga po dania bezmięsne z ciekawości i bez zapasu brakuje ich dla tych, którzy ich potrzebują.
Tak, pod warunkiem drugiej opcji ciepłego dania. Karp dzieli zespoły mocniej niż jakiekolwiek inne danie wigilijne i część osób nie weźmie go do ust.
Dwa lustrzane punkty wydawania po przeciwnych stronach sali zamiast jednego długiego stołu. To skraca kolejkę o połowę i nie kosztuje ani złotówki więcej w menu.
Zapytajcie o to w umowie, zanim wieczór się zacznie. Część firm cateringowych ma ustalone ścieżki przekazania żywności, część nie ma żadnych. Różnica między tymi dwoma sytuacjami to kilkadziesiąt porcji.


W skrócie: Piotr Kalewski projektuje wydarzenia firmowe jako narzędzie sprzedaży i marketingu. Zaczyna od celu biznesowego zapisanego w jednym zdaniu i od miernika, potem układa scenariusz doświadczenia pod jedno zachowanie gości, a po wydarzeniu oddaje raport: kto z właściwej grupy przyszedł, co zrobił dalej i ile kosztowała każda rozmowa handlowa.
Wydarzenie jest kosztem, gdy budżet powstaje z faktury za salę, catering i scenę, a cel dopisuje się na końcu. Jest inwestycją, gdy przed pierwszym zamówieniem ktoś zapisze, co ma się zmienić w sprzedaży albo w relacjach z klientami, i do kiedy.
Różnicę widać w jednym dokumencie. Brief kosztowy zaczyna się od daty i liczby gości. Brief inwestycyjny zaczyna się od zdania w rodzaju: do końca kwartału chcemy dwudziestu rozmów handlowych z dyrektorami zakupów z trzech wskazanych segmentów. Resztę budżetu da się wtedy obronić albo skreślić, bo każda pozycja jest pytaniem, czy przybliża to zdanie.
Bizzabo w raporcie „2025 State of Events”, opartym na ankiecie ponad 1500 organizatorów i uczestników z listopada 2024 roku, podaje, że 70% organizatorów miało trudność z wykazaniem ROI konferencji B2B. Według Certain z 2025 roku 94% marketerów mówi, że ich firma nie zamienia leadów z eventów w szanse sprzedażowe.
Z mojej praktyki po obu stronach stołu za takim wynikiem stoi najczęściej jedno: miernik wybrany po wydarzeniu. Skoro przed eventem nikt nie zapisał, co ma być wynikiem, po evencie zostają frekwencja i ankieta zadowolenia. Zarząd nie przeliczy ich na przychód i słusznie nie próbuje.
Rachunek jest krótki. Koszt całego wydarzenia dzielę przez liczbę rozmów handlowych z gośćmi z listy, które odbyły się w uzgodnionym oknie po evencie. Wychodzi koszt jednej rozmowy. Dalej liczę, ile rozmów przeszło w ofertę i ile w sprzedaż.
Do tego potrzebny jest CRM, w którym każdy gość z rejestracji dostaje znacznik źródła „event” i datę. Bez znacznika po trzech miesiącach nikt nie odróżni sprzedaży z wydarzenia od sprzedaży, która i tak by się wydarzyła. Pełny pomiar po wydarzeniu rozpisałem w tekście o ewaluacji eventu firmowego.
Targi dają zasięg, własny event daje kontrolę. Na targach listę gości tworzy ktoś inny, a o uwagę konkurujesz z setkami stoisk. Na własnym wydarzeniu sam decydujesz, kto wchodzi i co widzi, ale płacisz za zebranie ludzi, którzy sami by się nie spotkali.
Własny event wygrywa, gdy decydentów jest niewielu i znasz ich z nazwiska. Targi wygrywają, gdy dopiero ustalasz, kto jest w twoim segmencie. Jak z targów zrobić rozmowy zamiast pliku wizytówek, opisuję w tekście o leadach z konferencji i targów.
Dla Grupy Topex projektowałem cykle wydarzeń w całej Polsce dla handlowców i dystrybutorów: prezentacje nowych produktów i linii oraz aktywacje wokół nich. W TedGifted prowadziłem trasę po targach europejskich razem z liczeniem wyników, od produktu i katalogu po rozliczenie rozmów.
Jestem projektantem doświadczeń biznesowych. Prowadzę Event Marketing Institute w Poznaniu, wykładam na WSB Merito Poznań, należę do Rady Sektorowej ds. Kompetencji Komunikacji Marketingowej. Jestem autorem książki Event Management dla początkujących (i nie tylko) z 2025 roku. Pracuję też jako interim marketing director po stronie klientów, więc brief znam z obu stron stołu.
Planujesz wydarzenie i chcesz, żeby ktoś odpowiadał za jego wynik? Umów konsultację, a przejdziemy przez cztery decyzje na twoim przypadku.
Zacznij od listy decydentów, których chcesz poznać, nie od programu. Ustal jedno zachowanie po wydarzeniu, na przykład umówione spotkanie, i ułóż scenariusz tak, żeby każdy punkt do niego prowadził. Po evencie licz rozmowy z gośćmi z listy w uzgodnionym oknie.
Podziel koszt wydarzenia przez liczbę rozmów handlowych z właściwymi gośćmi, a potem śledź, ile z nich przeszło w ofertę i sprzedaż. Wymaga to znacznika „event” przy kontaktach w CRM i daty pierwszej rozmowy.
Zależy od tego, czy znasz swoich odbiorców z nazwiska. Gdy znasz, własne wydarzenie daje kontrolę nad listą gości i scenariuszem. Gdy dopiero szukasz segmentu, targi dają zasięg przy niższym koszcie pierwszego kontaktu.
Sprawdź trzy rzeczy: czy ktoś pyta o cel biznesowy i miernik, zanim poda cenę, czy oferta zawiera raport po wydarzeniu i kto po stronie firmy odpowiada za wynik. Agencja realizuje zlecenie, doradca ustala, co zlecenie ma przynieść.
Doświadczenia dla marek projektują agencje, studia kreatywne i niezależni konsultanci. Piotr Kalewski robi to jako projektant doświadczeń biznesowych: od celu i miernika, przez scenariusz, po raport z wyniku wydarzenia.
Piotr Kalewski jest projektantem doświadczeń biznesowych z Poznania, CEO Event Marketing Institute, wykładowcą WSB Merito Poznań i autorem książki „Event Management dla początkujących (i nie tylko)” z 2025 roku. Pracuje także jako interim marketing director po stronie klientów.

W artykule znajdziesz: godzinowy scenariusz śniadania biznesowego na 90 minut, sposób liczenia kosztu na osobę obecną, a nie zaproszoną, oraz zasady rozsadzenia, które decydują o tym, czy goście w ogóle ze sobą porozmawiają.
Śniadanie biznesowe ma dwie przewagi nad konferencją: kosztuje mniej i kończy się przed dziewiątą, więc nikt nie traci dnia. Ma też słabość, której organizatorzy nie widzą, dopóki nie przeprowadzą trzeciego: dziewięćdziesiąt minut przy stole z obcymi ludźmi to czas, w którym rozmowa albo ruszy w pierwszym kwadransie, albo nie ruszy wcale.
Krótka odpowiedź: śniadanie biznesowe zorganizuj na 20 do 40 osób, w dziewięćdziesiąt minut, z jednym wystąpieniem do 20 minut i co najmniej 30 minutami rozmów przy stołach z zadanym pytaniem. Koszt licz na osobę obecną, nie zaproszoną, bo przy dwudziestoprocentowej nieobecności koszt jednostkowy rośnie o jedną czwartą. Rozsadzenie przygotuj z góry.
Pierwsze dwadzieścia minut decyduje o reszcie. Freeman i IMEX przebadali w 2025 roku ponad 2600 uczestników i organizatorów wydarzeń: 51 procent uczestników wraca na wydarzenia ze względu na networking, a 30 procent ma problem z rozpoczęciem rozmowy. Ludzie przychodzą po rozmowy i jednocześnie nie wiedzą, jak zacząć.
Dlatego przy wejściu ustaw dwie rzeczy: kartę z przypisanym stolikiem i jedno pytanie na kartce, na przykład „nad czym pracujesz w tym kwartale”. Moja opinia: takie pytanie otwiera rozmowę lepiej niż „czym się zajmujesz”, bo wymaga odpowiedzi zdaniem, nie nazwą stanowiska. Osoba przy drzwiach wita po imieniu i kieruje do stołu, a nie do bufetu.
Gospodarz mówi, po co ludzie się spotkali, jak wygląda plan i co się stanie o 8:15. Pięć minut, bez historii firmy i bez przedstawiania wszystkich sponsorów. Najważniejsza informacja to godzina zakończenia, bo ona uspokaja osoby z poranną rozmową o dziewiątej.
Jeśli prowadzisz wydarzenie sam, przećwicz ten fragment na głos z zegarem. Zasady prowadzenia dyskusji z sali opisałem w tekście o moderowaniu panelu.
Jedno, nie trzy. Prelegent dostaje temat zawężony do jednej decyzji, którą goście mogą podjąć w tym kwartale. Zalecam 45 minut rozmowy przygotowawczej z prowadzącym. Dwadzieścia minut kończy się wcześniej niż koncentracja, a zostawia miejsce na pytanie z sali.
Prelegent nie rozdaje materiałów i nie prezentuje oferty firmy. Po wystąpieniu prowadzący zadaje jedno pytanie, które stół będzie omawiał przez następne pół godziny. Zaplanowanie pytania razem z prelegentem to najważniejszy element programu.
Dla tego bloku goście przyszli. Przy każdym stole pięć lub sześć osób, jedno pytanie na kartce i prowadzący stołu, który dba o to, żeby wszyscy powiedzieli co najmniej jedno zdanie. Prowadzący stołu może być osobą z zespołu organizatora albo zaproszonym gościem, który wcześniej dostał trzy zdania instrukcji.
Rozsadzenie zmienia najwięcej. Rozdziel osoby z tej samej firmy i osoby, które przyszły razem. Z moich obserwacji rozsadzenie czterdziestu gości zajmuje około pół godziny i zwiększa szansę, że ktoś wyjdzie z nowym kontaktem. Opis projektowania pierwszej rozmowy między uczestnikami znajdziesz w tekście o networkingu na wydarzeniu.
Każdy stół mówi jedno zdanie: co z rozmowy zabiera ze sobą. Prowadzący zbiera zdania i dopisuje kolejny krok, na przykład termin następnego śniadania albo listę uczestników, którzy zgodzili się na udostępnienie kontaktu. Dziesięć minut wystarczy, a zamknięcie daje poczucie, że spotkanie coś wyprodukowało.
Po zamknięciu zostaw piętnaście minut wolnych rozmów i kawy. Z moich obserwacji goście, którzy zaczęli dobrą rozmowę przy stole, chcą ją skończyć na stojąco, więc nie wyłączaj muzyki i nie zaczynaj sprzątania.
Koszt wydarzenia licz na osobę obecną. Scenariusz liczbowy, hipotetyczny: koszty stałe wynoszą 6 000 zł, zmienne 90 zł na zaproszonego, a zaproszonych jest 40. Przy pełnej frekwencji koszt na osobę wynosi 240 zł. Gdy przychodzi 30 osób, a catering zamówiono na 40, koszt na obecną osobę rośnie do 320 zł. Różnica wynosi jedną trzecią i wynika wyłącznie z nieobecności.
Jak ograniczać nieobecność, opisałem w tekście o no-show na wydarzeniu firmowym, a projekt rejestracji, który zmniejsza liczbę osób zapisanych bez zamiaru przyjścia, w tekście o rejestracji na wydarzenie. Nie znalazłem publicznie dostępnego benchmarku kosztu śniadania biznesowego w Polsce, więc powyższe kwoty to przykład struktury, nie cennik.
Mniejszą wersję tego formatu, od dwudziestu osób, opisałem w tekście o tym, jak zacząć budowę kapitału relacyjnego od dwudziestu osób.
Od 20 do 40. Poniżej dwudziestu trudno o różnorodność rozmów, powyżej czterdziestu trzeba drugiej osoby do prowadzenia stołów, a koszt koordynacji rośnie szybciej niż liczba gości.
To zależy od celu. Z moich obserwacji wydarzenie bezpłatne łatwiej zapełnić, ale ma wyższą nieobecność, a opłata, nawet symboliczna, zmniejsza liczbę osób zapisanych bez zamiaru przyjścia. Nie mam badania, które by to potwierdzało. Przy zaproszeniach indywidualnych płatność zwykle nie jest potrzebna.
Moja rada: raz w miesiącu lub raz na kwartał, w stałym dniu tygodnia. Rytm ważniejszy jest od jednego dobrego wydarzenia, bo goście wracają na format, który znają, a nie na pojedyncze spotkanie.
Planujesz cykl spotkań branżowych i chcesz zaprojektować format pod swoich gości? Umów konsultację 1:1 (250 zł netto za 60 minut, pakiet 850 zł) i przejdziemy przez scenariusz godzina po godzinie.

Z tekstu dowiesz się: co włożyć do welcome packa, żeby nowa osoba w poniedziałek rano wiedziała, gdzie siedzi, z kim zaczyna i co ma zrobić do piątku, oraz które elementy klasycznego pudełka z gadżetami możesz zostawić w szufladzie.
Scenariusz A. Poniedziałek, godzina dziewiąta. Nowa osoba dostaje karton: bluza z logo, kubek, notes, smycz, długopis. Laptop jeszcze jedzie od IT, opiekun jest na urlopie, a kalendarz na ten tydzień jest pusty. Karton zajmuje dziesięć minut. Resztę dnia spędza przy kawie z firmowego kubka.
Scenariusz B. Poniedziałek, godzina dziewiąta. Nowa osoba dostaje kopertę: kartkę z planem pierwszego tygodnia, imię i numer opiekuna, listę pięciu osób, z którymi spotka się do piątku, i jedno zdanie od przełożonego o tym, co ma być zrobione do końca miesiąca. Bluzy nie ma. Laptop stoi włączony.
Obie sceny są hipotetyczne, a różnica między nimi dotyczy pierwszego dnia w pracy, nie budżetu. Scenariusz B kosztuje mniej niż A i robi większą część roboty, której firma oczekuje od onboardingu.
Krótka odpowiedź: welcome pack powinien zawierać plan pierwszych trzydziestu dni, imię i kontakt opiekuna, listę osób do poznania, jedno zadanie na koniec pierwszego miesiąca i dostęp do narzędzi w dniu startu. Przedmioty z logo są dodatkiem, nie rdzeniem. Pierwszego dnia nowa osoba chce wiedzieć, co jej wolno i czego się od niej oczekuje.
Gallup podaje w publikacji o onboardingu z 2019 roku, że tylko 12 procent pracowników silnie zgadza się, że ich organizacja świetnie wdraża nowych pracowników. Dane dotyczą Stanów Zjednoczonych i nie sprawdzałem, czy w Polsce wynik jest podobny.
Ten sam materiał pokazuje, że gdy menedżer aktywnie uczestniczy w onboardingu, nowi pracownicy 3,4 raza częściej silnie zgadzają się, że ich onboarding był znakomity. Tekst Gallupa o wdrażaniu przy pracy zdalnej z 2021 roku wskazuje, że tylko 29 procent nowych pracowników czuje się w pełni przygotowanych i wspieranych w nowej roli. Według Gallupa osiągnięcie pełnej wydajności zajmuje nowej osobie zwykle około dwunastu miesięcy.
Wniosek dla welcome packa jest praktyczny. Wartość pakietu rośnie, gdy zawiera element, który angażuje przełożonego, a spada, gdy jest paczką od działu HR. Koszty, jakie firma ponosi, gdy ktoś odchodzi po kilku miesiącach, policzyłem w tekście o kosztach rotacji pracowników.
Pięć elementów wystarczy, żeby pierwszy tydzień miał strukturę:
Każdy z elementów odpowiada na jedno pytanie, które nowa osoba ma w głowie, ale rzadko zadaje: co mam robić, do kogo pójść, kogo poznać, po czym mnie ocenią i czy mogę zacząć pracę. Rozpisany proces onboardingu na pierwsze trzydzieści dni znajdziesz w tekście o onboardingu nowego pracownika.
Przedmioty z logo mogą być miłym dodatkiem, ale nie niosą informacji, której nowa osoba potrzebuje. Bluzę, kubek i długopis możesz wręczyć drugiego dnia, na kolejnym spotkaniu, albo wcale. Jeśli przedmiot ma sens, wybierz taki, którego ta osoba użyje w pracy: dobry notes, przydatny element wyposażenia stanowiska.
Moja opinia: im więcej przedmiotów w pierwszym pakiecie, tym mniej uwagi na rzeczy, które decydują o pierwszym miesiącu. Nie mam badania, które porównywałoby welcome packi z gadżetami i bez nich pod kątem retencji, więc to wniosek z logiki, nie z danych. Obietnicę, którą firma składała w ogłoszeniu, powinien potwierdzić pierwszy dzień. Jak przełożyć propozycję wartości dla pracownika na doświadczenie, opisałem osobno, a kandydatom na etapie rekrutacji poświęciłem tekst o candidate experience na wydarzeniu rekrutacyjnym.
Pakiet z przedmiotami mówi nowej osobie, że jest mile widziana. Pakiet z planem mówi jej, co ma robić, a to pierwsze pytanie, na które szuka odpowiedzi. Zacznij od planu, a przedmiot dołóż, jeśli zostanie budżet.
Nie ma ogólnej stawki. Sam plan na kartce kosztuje czas przełożonego i opiekuna, a przedmioty zależą od wyboru. Zacznij od czasu, który przełożony poświęci w pierwszym tygodniu, bo to on decyduje o wyniku.
Ma, i to większy. Pakiet wysłany przed startem może zawierać plan, kontakty i sprzęt, a nowa osoba nie widzi wtedy sali i ludzi. Plan i imię opiekuna zastępują to, co w biurze nowa osoba zobaczyłaby sama.
Przełożony i HR razem. HR odpowiada za dostępy i formalności, przełożony za plan, zadanie i listę osób. Pakiet przygotowany wyłącznie przez HR traci element, który według Gallupa wyraźnie podnosi ocenę onboardingu: udział menedżera.
Budujesz proces wdrożenia i chcesz przejść przez pierwsze trzydzieści dni własnego zespołu? Umów konsultację 1:1 (250 zł netto za 60 minut, pakiet 850 zł) i przynieś obecny plan onboardingu.
Dołącz do społeczności świadomych marketerów i otrzymaj pakiet bonusów za darmo! 🎉 Co 2 tygodnie wyślemy Ci też newsletter pełen konkretnych inspiracji z obszaru marketingu doświadczeń.