Event Marketing Institute Sp. z o.o.
Iwonicka 3, 60-473 Poznań
NIP 7812066079
REGON 527890052
KRS 0001090243
REGON 527890052
KRS 0001090243
© 2024 Kalewski copy
Najważniejsze tezy: O tym, co zostaje po jubileuszu, przesądza odpowiedź na dwa pytania: kogo wydarzenie ma zgromadzić i co ci ludzie mają na nim robić. Akademia ku czci gromadzi wszystkich i nikomu nie daje roli, dlatego pełna sala nie przekłada się na efekt.
Pierwszy scenariusz. Sala bankietowa, sto pięćdziesiąt osób, prezes czyta z kartki historię firmy od roku założenia, potem film archiwalny, potem wręczanie odznaczeń za staż, potem kolacja i zespół coverowy. O dwudziestej drugiej połowa sali jest w szatni.
Drugi scenariusz. Park miejski, cztery i pół tysiąca ludzi, w tym dzieci i dziadkowie, kilkadziesiąt stref, w których można coś zrobić rękami, mural malowany przez uczestników, kapsuła czasu zakopywana wspólnie. Tego samego dnia, ta sama okazja, ta sama okrągła liczba lat.
O różnicy przesądza odpowiedź na pytanie, kogo jubileusz ma zgromadzić i co ci ludzie mają na nim robić.
Jubileusz zostawia ślad, kiedy zamiast opowiadać o przeszłości ze sceny, daje ludziom coś wspólnego do zrobienia. Decydują trzy rzeczy: kto jest zapraszany (sam pracownik czy jego rodzina), co uczestnik robi poza siedzeniem na krześle, oraz co zostaje w firmie po demontażu. Program artystyczny jest dodatkiem do tych trzech decyzji, nie ich zamiennikiem.
Klasyczny jubileusz jest zbudowany wokół nadawcy. Firma ma coś do powiedzenia, więc buduje scenę, ustawia krzesła w rzędach i mówi. Uczestnik jest widownią. Może się dobrze bawić, może być wzruszony przy filmie archiwalnym, ale nic nie robi.
Problem z widownią jest taki, że nie zostaje po niej ślad. Można zapamiętać, że było miło, ale trudniej zapamiętać coś, w czym się nie brało udziału.
Z mojego doświadczenia programy jubileuszowe rozsypują się w tym samym miejscu: między trzecim a czwartym przemówieniem. Ktoś w firmie ma poczucie, że skoro to okrągła rocznica, to trzeba oddać głos wszystkim, którzy na to zasłużyli. Po pół godzinie sala przestaje słuchać, a kolejni mówcy dostają uwagę, której już nie ma.
Tu trzeba oddzielić dwie rzeczy. Uhonorowanie ludzi z długim stażem jest sensowne i ważne. Robienie z tego czterdziestominutowego bloku scenicznego to decyzja produkcyjna, nie decyzja o szacunku. Te same odznaczenia można wręczyć w mniejszym gronie, przy stole, z fotografem, i zrobić z tego materiał, który żyje dłużej niż wieczór.
Zaproszenie rodziny przestawia całą konstrukcję wydarzenia. Zmienia się pora, miejsce, catering, długość programu, profil ryzyka i sposób liczenia budżetu. Zmienia się też odbiorca komunikatu: pracownik słyszy o firmie po raz kolejny, jego partner i dzieci często pierwszy raz widzą, gdzie ta praca się odbywa i co z niej powstaje.
W firmach produkcyjnych i rodzinnych ma to dodatkowy wymiar. Bywa, że w jednym zakładzie pracują trzy pokolenia tej samej rodziny. Wtedy jubileusz przestaje być komunikatem korporacyjnym, a staje się czymś w rodzaju święta sąsiedzkiego.
Co zmienia się operacyjnie, kiedy dopuszczacie rodziny:
Żadna z tych pozycji nie jest trudna sama w sobie. Kłopot pojawia się wtedy, kiedy decyzja o rodzinach zapada późno, po rezerwacji sali i po podpisaniu umowy z cateringiem. Wtedy firma płaci za przeprojektowanie, a nie za projekt.
W czerwcu dwa tysiące dwudziestego szóstego roku NEWAG świętował sto pięćdziesiąt lat istnienia. Według relacji portalu MeetingPlanner oraz serwisu miastoNS.pl wydarzenie odbyło się w Parku Strzeleckim w Nowym Sączu i zgromadziło ponad cztery i pół tysiąca pracowników oraz członków ich rodzin. Za koncepcję i produkcję odpowiadała agencja Creative Brand Stories. Hasłem przewodnim było „Łączymy pokolenia”.
Program miał warstwę sceniczną: koncert Sylwii Grzeszczak, warsztaty taneczne prowadzone przez Stefano Terrazzino, Laserman Show, pokazy strongman. To jest część, którą widać na zdjęciach i o której pisze lokalna prasa.
Ciekawsza jest druga warstwa. W parku stanęło kilkadziesiąt stref aktywności nawiązujących do historii zakładu. Uczestnicy malowali mural, tworzyli fotomozaikę i przygotowywali kapsułę czasu. Ustanowiono też rekord Polski w kategorii największej liczby osób w czapkach z daszkiem: sto pięćdziesiąt pięć osób założyło jednocześnie białe bejsbolówki.
Zwróć uwagę na proporcję między tymi warstwami. Koncert można kupić w każdej firmie i w każdym mieście. Mural, fotomozaika i kapsuła czasu nie dają się kupić, bo powstają z obecności konkretnych ludzi w konkretnym dniu. Po koncercie zostaje wspomnienie. Po muralu zostaje ściana, którą widać przez kolejne lata.
Trzy mechaniki z tego jubileuszu, które da się przenieść niezależnie od skali:
Skala czterech i pół tysiąca osób nie jest tu warunkiem. Mural można pomalować w trzydzieści osób na parkingu przed halą. Kapsułę czasu można zakopać w firmowym ogródku. Mechanika jest ta sama, zmienia się tylko rozmiar.
Rekord Polski brzmi w komunikacji mocniej, niż wygląda w liczbach. Na wydarzeniu było ponad cztery i pół tysiąca osób, a rekord ustanowiło sto pięćdziesiąt pięć. To około trzech procent uczestników. Rekord jest narzędziem komunikacyjnym i punktem zaczepienia dla mediów, nie miarą zaangażowania całej społeczności. Kto planuje podobny element i liczy, że wciągnie całą firmę, powinien wiedzieć, że w opisanym przypadku wciągnął garstkę.
Druga rzecz, którą trzeba powiedzieć wprost: nie znam żadnych opublikowanych danych o tym, co ten jubileusz zmienił w NEWAG. Nie wiem, jak wpłynął na rotację, na wyniki badania zaangażowania ani na liczbę aplikacji. Relacje branżowe i lokalne opisują przebieg wydarzenia, nie jego efekt. To ograniczenie dotyczy prawie wszystkich publicznie opisywanych jubileuszy w Polsce i jest jednym z powodów, dla których ta kategoria wydarzeń tak rzadko trafia do rozmów o zwrocie z inwestycji.
Trzecia rzecz dotyczy tła. Gallup w raporcie „State of the Global Workplace” z dwa tysiące dwudziestego piątego roku, opisującym dane za rok poprzedni, podaje, że w Polsce zaangażowanych jest osiem procent pracowników, w Europie trzynaście, a na świecie dwadzieścia jeden. Jeden dzień w parku tego nie odwróci i nikt rozsądny tego nie obiecuje. Jubileusz może natomiast zrobić coś węższego i sprawdzalnego: dać ludziom powód do rozmowy, której wcześniej nie prowadzili, i pokazać rodzinie, czym zajmuje się ktoś bliski.
Kolejność ma znaczenie, bo miejsce i termin blokują później wszystko inne.
Sami pracownicy, pracownicy z osobą towarzyszącą, czy całe rodziny. To rozstrzygnięcie determinuje porę, miejsce, długość i połowę budżetu. Zapada najczęściej zbyt późno i bywa zmieniane po rezerwacji, co kosztuje. Konstrukcję formatu rodzinnego opisałem szerzej przy okazji pikniku firmowego i family day.
Wypisz jedno zdanie: co człowiek ma zrobić między przyjściem a wyjściem, poza jedzeniem i słuchaniem. Odpowiedź „obejrzy koncert” oznacza, że macie koncert z okazji rocznicy. To nie jest zarzut, czasem koncert jest dokładnie tym, czego firma potrzebuje. Trzeba tylko wiedzieć, co się kupuje.
Materialny ślad, kompetencja, zdjęcia do komunikacji przez kolejny rok, zapis historii zebrany od pracowników, zmieniona procedura. Coś, co da się zobaczyć w październiku. Ta zasada jest tożsama z tym, jak podchodzę do wdrażania wartości w firmie: liczy się to, co ludzie zrobili, nie to, co usłyszeli.
Historia jest najmocniejszym materiałem, jaki daje jubileusz, i jednocześnie najłatwiejszym do zmarnowania. Zmarnowana wygląda tak: film archiwalny, gablota ze zdjęciami, prezes opowiadający o założycielu. Uczestnik ogląda cudzą przeszłość.
Wykorzystana wygląda inaczej. Historia staje się materiałem do działania, a nie do oglądania.
Cztery sposoby na zamianę archiwum w mechanikę:
Wspólny mianownik tych czterech: uczestnik przestaje być odbiorcą historii i zostaje jej współautorem. To jest dokładnie ta różnica, o której pisałem przy mapie doświadczeń uczestnika eventu.
Jubileusz jest wydarzeniem, przy którym najłatwiej poprzestać na metrykach ego: przyszło tylu ludzi, ocenili na tyle gwiazdek, było tyle wyświetleń. To są dane operacyjne. Mówią, że wydarzenie się odbyło.
Poprowadziłem setki gal i jubileuszy i praktycznie zawsze pomiar kończy się na frekwencji. Tymczasem przy tym typie wydarzenia da się zmierzyć kilka rzeczy, które o czymś mówią.
Cztery wskaźniki, które warto ustalić przed wydarzeniem:
Ostatni wskaźnik wymaga uczciwego zastrzeżenia: na liczbę aplikacji wpływa jednocześnie sytuacja na rynku pracy, kampanie rekrutacyjne i sezon. Jubileusz jest jednym z czynników, nie jedynym. Szerzej o tym, jak ustawiać pomiar przed wydarzeniem, a nie po nim, piszę w tekście o ewaluacji eventu firmowego.
Spodziewam się, że w najbliższych latach jubileusze będą przesuwać się z sali bankietowej na zewnątrz i z wieczoru na dzień, a rodziny staną się przy nich standardem. Dwa argumenty za. Pierwszy: firmy produkcyjne, w których ten format ma największy sens, mają dziś realny problem z przyciągnięciem ludzi do zakładu i szukają sposobów, żeby pokazać pracę od środka. Drugi: koszt jednostkowy formatu dziennego jest niższy niż kolacji z alkoholem, a zasięg większy.
Argument przeciw jest równie mocny. Format dzienny z rodzinami jest trudniejszy operacyjnie i mniej wygodny dla zarządu, bo nie daje eleganckiej sceny i chwili, w której wszyscy siedzą i słuchają. Część organizacji wróci do sali właśnie z tego powodu. Nie zdziwiłbym się też, gdyby upowszechnił się format mieszany: dzień dla rodzin, wieczór dla zespołu.
Weź kartkę i napisz jedno zdanie: co zostanie w firmie miesiąc po jubileuszu. Zdanie, w którym pojawia się wyłącznie nazwa artysty i liczba gości, mówi, że scenariusz nie jest jeszcze gotowy. Gdy pojawia się w nim coś, co da się zobaczyć, policzyć albo powiesić na ścianie, macie projekt.
Układając taki program po raz pierwszy, zacznijcie od poradnika o organizacji jubileuszu firmy, który prowadzi przez kolejność decyzji i budżet. Jeśli jubileusz już się odbył i chcecie wiedzieć, co z niego wyciągnąć przed następną edycją, przyda się audyt eventu. A jeśli potrzebujecie jednej rozmowy z kimś, kto prowadził takie wieczory z obu stron stołu, umówcie konsultację: sześćdziesiąt minut kosztuje dwieście pięćdziesiąt złotych netto.
Przy formacie plenerowym dla kilkuset osób rozsądne minimum to sześć miesięcy, a przy kilku tysiącach uczestników dziewięć do dwunastu. Rezerwacja terenu bywa wąskim gardłem w parkach miejskich, ale najwięcej czasu zabierają elementy, które wymagają udziału pracowników: zbieranie wspomnień i zdjęć, przygotowanie stref nawiązujących do historii, uzgodnienia z miastem i służbami. Te rzeczy mają swój własny rytm i nie da się ich skrócić dołożeniem budżetu.
W ujęciu całkowitym zwykle tak, bo uczestników jest po prostu więcej. W przeliczeniu na osobę bywa taniej, ponieważ dzieci jedzą mniej, nie ma alkoholu w tej samej skali i nie ma kosztu noclegów. Rosną za to pozycje, których w sali nie ma: zaplecze sanitarne, zabezpieczenie terenu, opieka medyczna, plan na złą pogodę i animacja dla dzieci. Logikę budowania takiego kosztorysu rozpisałem w osobnym tekście o budżecie na imprezę firmową.
Nie odbierać ich, tylko przeprojektować. Trzy przemówienia po dwanaście minut męczą salę bardziej niż jedno mocne wystąpienie na siedem minut i rozmowa prowadzona ze sceny z kilkoma osobami z różnych pokoleń. Uhonorowanie długiego stażu można wyjąć z bloku scenicznego i zrobić z tego osobny moment w mniejszym gronie, z fotografem, który dostarczy materiał na cały rok.
Ma, ale w innej formie i z inną komunikacją. Huczna gala w roku zwolnień odczytywana jest jako sygnał lekceważenia, niezależnie od tego, z jakiego budżetu została opłacona. W takiej sytuacji lepiej działa format skromniejszy, mocniej osadzony we wspólnym działaniu, i komunikat, który nie udaje, że rok był dobry. Milczenie też jest komunikatem, tylko gorzej kontrolowanym.
Najczęściej dwoma wydarzeniami w jednym tygodniu albo dwoma warstwami tego samego dnia. Mieszanie klientów z rodzinami w jednej przestrzeni w jednym czasie zwykle nie służy żadnej z grup: pracownik przy dziecku nie jest w trybie rozmowy handlowej, a partner biznesowy nie przyjechał na dmuchany zamek. Przy budżecie na jedno wydarzenie trzeba wybrać grupę główną i powiedzieć to wprost w zaproszeniu.
Przy zakładach rozproszonych i pracy zmianowej część załogi zostaje poza wydarzeniem. Najgorsze rozwiązanie to udawać, że problem nie istnieje. Działa transmisja z jednym elementem, w którym można wziąć udział zdalnie, powtórzenie skróconej wersji na innej lokalizacji albo przesunięcie części programu na dzień obejmujący inną zmianę. Ten sam problem opisałem przy okazji spotkań świątecznych dla pracowników zmianowych.


Najważniejsze tezy: konferencja z kilkoma tysiącami uczestników potrzebuje strefy networkingu z własnym miejscem i godzinami w programie, bo przerwa kawowa nagradza głównie tych, którzy i tak zaczepiają obcych. Strefa z czytelnymi zasadami daje pretekst do rozmowy ludziom o różnych temperamentach: ekstrawertykom, introwertykom, osobom neuroatypowym i tym, którzy networkingu po prostu nie lubią.
Pierwszą sytuację zna każdy, kto bywa na dużych konferencjach:
Przerwa kawowa trwa 25 minut. Przy stolikach koktajlowych stoją grupki, które przyjechały razem z jednej firmy, a pod ścianą osoby z telefonem w ręce. Ktoś chciałby dopytać prelegenta z porannej sesji, ale prelegent stoi w kręgu pięciu osób i nie widać, kiedy skończy. Po dzwonku wszyscy wracają na salę z tymi samymi kontaktami, z którymi przyszli.
Druga sytuacja to scenariusz, który 28 i 29 października sprawdzamy w praktyce na festiwalu I Love Marketing & Technology w Poznaniu. Ta sama przerwa i ten sam tłum, ale w jednym miejscu hali stoi tablica z godzinami: o pełnej godzinie startuje Speed Match, przy pięciu stołach czekają tematy z programu, a w punkcie obsługi leżą kolorowe naklejki. Osoba z telefonem ma dokąd pójść i wie, co tam robić. Pierwsze zdanie dostaje od formatu.
Ludzie w obu sytuacjach są tacy sami. Różni się decyzja organizatora: czy dał rozmowom miejsce i czas, czy zostawił je przypadkowi.
Krótka odpowiedź: duża konferencja potrzebuje strefy networkingu, czyli wydzielonej przestrzeni z harmonogramem i prowadzącym, bo uczestnicy przyjeżdżają po kontakty, a w tłumie trudno zacząć rozmowę. W raporcie Freemana z 2025 roku 51 procent uczestników uznaje dobry networking za wystarczający powód, żeby wrócić na wydarzenie. Kilka formatów w jednej strefie daje każdemu temperamentowi inną drogę do pierwszego zdania. Tak zaprojektowaliśmy Networking Zone na I Love Marketing & Technology 2026, opisaną niżej jako case study.
Przerwa w programie ma wiele zadań naraz: kawa, toaleta, telefon do biura, zaległy mail. Rozmowa z nieznajomym konkuruje ze wszystkimi tymi czynnościami i przegrywa u każdego, kto nie ma naturalnej łatwości zagadywania. Z mojej obserwacji z ponad 330 wydarzeń poprowadzonych ze sceny wynika prosta prawidłowość: w przerwie kontakty zbierają ci, którzy zebraliby je w każdych warunkach.
Freeman, amerykańska firma produkująca wydarzenia, opublikował w lipcu 2025 roku raport o networkingu na eventach. 51 procent uczestników mówi w nim, że dobry networking wystarcza jako powód do powrotu na wydarzenie. W grupie, którą raport nazywa NowGen, czyli osób w wieku od 23 do 46 lat, 40 procent uważa networking za niezręczny, a 30 procent przyznaje, że ma problem z rozpoczęciem rozmowy. Prawie połowa tej grupy chciałaby przed wydarzeniem dostać rekomendacje, z kim warto się spotkać.
Te liczby opisują napięcie, które organizator ma rozwiązać. Ludzie płacą za bilet także po to, żeby kogoś poznać, i jednocześnie nie wiedzą, jak to zrobić. Janet Dell, prezeska Freemana, skomentowała raport słowami: „Organizatorzy mają obowiązek projektować intencjonalne doświadczenia networkingowe”. Zgadzam się z nią i dodałbym jedno: przy kilku tysiącach osób intencja musi mieć adres w hali i godzinę w agendzie.
„Przypadek to najgorszy organizator relacji biznesowych. Przy czterech tysiącach uczestników wygrywają w nim ci, którzy poradziliby sobie bez żadnej pomocy. Strefa networkingu jest dla całej reszty.” Piotr Kalewski, Event Marketing Institute
Osoba, która wchodzi do oznaczonej strefy networkingu, wysyła innym czytelny sygnał: przyszłam tu rozmawiać. Ten sam człowiek przy stoliku z kawą może równie dobrze czekać na kolegę, odpoczywać albo udawać, że czyta wiadomości. W strefie koszt zagadania spada, bo nikt nikomu nie przeszkadza. Wszyscy przyszli w tym samym celu.
Miejsce ma też znaczenie poznawcze. Festiwal I Love Marketing & Technology 2026 to według organizatora ponad 4000 uczestników, 12 konferencji tematycznych i ponad 100 wystawców, a wystąpienia w głównych ścieżkach trwają po 18 minut. Po kilku takich blokach głowa jest pełna. Jak ten stan wpływa na zachowanie uczestników, opisałem w tekście o przeciążeniu poznawczym na konferencji. Strefa rozmów działa w innym trybie niż sala: zamiast słuchać, uczestnik mówi o własnym problemie i słucha cudzych rozwiązań.
Od strony fizycznej wystarczy niewiele: wyraźna granica przestrzeni, oznakowanie widoczne z korytarza, punkt obsługi z osobą, która wyjaśni zasady, oraz meble dopasowane do formatów. Stoliki koktajlowe służą krótkim rozmowom na stojąco, a duże stoły pracy w grupie. Projektując strefę, zaczynam od pytania, jakie rozmowy mają się w niej odbyć, a dopiero potem liczę metry i krzesła.
Drugi warunek to czas.
Strefa otwarta „przez cały dzień” bez żadnych godzin startu działa jak większa kawiarnia. Sesja zapisana w agendzie, z godziną rozpoczęcia i końca, pozwala uczestnikowi zaplanować dzień: po porannym bloku idę na Speed Match, po obiedzie siadam przy stole o AI. Networking staje się wtedy wyborem, który można wpisać do kalendarza, tak samo jak wykład.
Czas ma jeszcze jedną funkcję, często pomijaną.
Każda rozmowa w formacie ma z góry znany koniec, ogłaszany sygnałem prowadzącego. Nikt nie musi szukać wymówki, żeby odejść od rozmówcy, i nikt nie zostaje z poczuciem, że został porzucony w połowie zdania. Dla wielu osób właśnie strach przed niezręcznym zakończeniem jest powodem, żeby rozmowy w ogóle nie zaczynać.
Struktura czasu dotyczy też tempa całej strefy. Krótkie rundy pozwalają poznać więcej osób, dłuższe pozwalają pogłębić temat. Dlatego obok siebie działają formaty o różnym rytmie: osiem trzyminutowych wypowiedzi w godzinę i dwudziestominutowa rozmowa przy stole. O tym, jak zaprojektować sam moment pierwszego kontaktu, pisałem w tekście o projektowaniu networkingu na wydarzeniu.
Teorię najłatwiej sprawdzić na konkretnym wydarzeniu. 28 i 29 października 2026 roku w Poznań Congress Center odbywa się dwudziesta druga edycja festiwalu I Love Marketing & Technology, organizowanego przez sprawny.marketing. Event Marketing Institute jest partnerem merytorycznym festiwalu i gospodarzem nowej strefy, Networking Zone. Strefę zaprojektowaliśmy od zera i prowadzimy ją przez oba dni pięcioosobowym zespołem, a ja koordynuję całość na miejscu. Opisuję ją jako case w toku: wyzwanie, decyzje projektowe i plan pomiaru, a wyniki dopiszę po festiwalu.
Organizator zapowiada ponad 4000 uczestników, 12 konferencji tematycznych, ponad 100 wystawców i ścieżki PRO poświęcone AI. Na sali uczestnicy słuchają osiemnastominutowych wystąpień, więc program jest gęsty, a przerwy krótkie. Do tego publiczność jest mieszana: marketing, social media, e-commerce, PR, HR, sprzedaż i AI to osobne ścieżki, które w ciągu dnia prawie się nie przecinają.
Na #ILOVEMKT nie było dotąd wydzielonej strefy rozmów. Przy takiej skali osoba z HR i osoba z e-commerce mogą spędzić dwa dni w tym samym budynku i nie zamienić ze sobą słowa, choć obie szukają odpowiedzi na podobne pytanie o AI w swoim dziale.
W ofercie dla organizatora zapisaliśmy cel jednym zdaniem: miarą strefy będą spotkania, które uczestnicy zechcą kontynuować po festiwalu. Pod nim są cztery cele pomocnicze. Strefa ma sadzać przy jednym stole ludzi z różnych ścieżek programu, dać kontakt z praktykami poza sceną, ułatwić start osobom, które nie czują się dobrze w klasycznym networkingu, i przedłużyć wartość wystąpień o wymianę doświadczeń przy stole.
„Jedni podchodzą do nieznajomych bez namysłu. Inni potrzebują tematu, zadania albo wyraźnego zaproszenia. Zaprojektowaliśmy strefę tak, żeby każdy znalazł w niej swój sposób na pierwszą rozmowę.” Piotr Kalewski
Blind Date z ekspertem. Wybierasz temat, a nie nazwisko. W punkcie obsługi rezerwujesz dziesięciominutowy termin, siadasz po jednej stronie przegrody, a po drugiej czeka praktyk z wybranej dziedziny. Rozmawiacie o twoim problemie, bez prezentacji firmy i bez sprzedaży. Kim jest rozmówca, dowiadujesz się na koniec. Format ma najniższy próg dla osób, które nie chcą rozmawiać o sobie, i odcina kolejkę do najbardziej znanych nazwisk.
Speed Match. Dwadzieścia osób, dziesięć stolików i osiem rozmów jeden na jeden w 60 minut. Każda osoba ma trzy minuty na przedstawienie siebie i tego, czego szuka, po czym głos przejmuje rozmówca, a po sygnale prowadzącego zmieniasz stolik. Na sesje obowiązują zapisy, a przy pełnym obłożeniu w Speed Match weźmie udział do 100 osób dziennie. Ten format jest dla tych, którzy chcą w godzinę zebrać tyle kontaktów, ile w przerwach zbieraliby przez cały festiwal.
Hot Tables. Pięć stołów, pięć tematów z programu festiwalu, bez zapisów. Na każdym stole leżą przygotowane przez nas Karty Rozmów z problemami i tezami, więc nikt nie musi wymyślać pierwszego pytania. Runda trwa około 20 minut, po niej możesz zostać przy temacie albo przesiąść się do innego stołu. Stoły łączą ścieżki programu: temat wspólny dla marketingu i sprzedaży sadza obok siebie ludzi, którzy na sali siedzieli w innych salach.
Color Code. Format samoobsługowy, działający przez cały czas otwarcia strefy. W punkcie obsługi odbierasz dwie naklejki na identyfikator: kolor oznacza obszar tematyczny, który cię interesuje, a symbol etap zawodowy, od „zaczynam” po „rozwijam własną firmę”. Szukasz osoby z tym samym kolorem albo z ciekawym połączeniem oznaczeń, a karta gry podpowiada pierwsze pytanie. Na dwa dni przygotowaliśmy do 1000 zestawów.
Strefa zajmuje ok. 100 m² na pierwszym poziomie Poznań Congress Center. Projekt zabudowy przewiduje przestrzeń wygrodzoną od korytarza, dziesięć stolików barowych do Speed Match, stoły do pracy w grupie, dwie budki z czarną kotarą do Blind Date i zieleń, która oddziela strefę od ruchu w hali. Ekspertów do Blind Date zapewnia organizator, a nasz pięcioosobowy zespół prowadzi zapisy, listy rezerwowe, rotację przy stolikach, Karty Rozmów i punkt obsługi.
Pięć decyzji z tego projektu da się zastosować na konferencji dowolnej wielkości. Nazwy formatów są uniwersalne i nie odwołują się do marki festiwalu, więc działają też na innym wydarzeniu. Temat przed nazwiskiem w Blind Date zdejmuje presję rozmowy ze znaną osobą. Zapisy obowiązują tylko tam, gdzie liczba miejsc jest ograniczona, a reszta działa z marszu. Rozmowy nie są nagrywane, a zdjęcie po spotkaniu robimy wyłącznie za zgodą obu osób. Każda rozmowa ma z góry znany czas i sygnał końca.
Wspólny mianownik tych decyzji to obniżenie kosztu pierwszego kroku. Uczestnik nie musi wiedzieć, kogo szuka, nie musi się przedstawiać przed grupą i nie musi wymyślać, jak skończyć rozmowę.
Zapisy, dostęp i lokalizację strefy zebrałem w zapowiedzi Networking Zone na I Love Marketing & Technology 2026.
Klasyczny networking projektuje się pod jeden temperament: pod osobę, która lubi tłum, łatwo zagaduje i dobrze czuje się w krótkich rozmowach. Kilka formatów obok siebie pozwala ten błąd odwrócić. Zapraszamy do strefy wszystkich, a każdy wybiera wejście, które mu odpowiada.
Speed Match daje ci osiem nowych kontaktów w godzinę, co w zwykłej przerwie wymagałoby całego dnia krążenia po hali. Przy Hot Tables możesz wziąć na siebie rolę osoby, która rozkręca rozmowę i wciąga do niej resztę stołu. Prośba ode mnie: zostaw przestrzeń tym, którzy odezwą się dopiero w dziesiątej minucie. Często mają najciekawsze przykłady.
Susan Cain w książce „Ciszej, proszę” z 2012 roku szacuje, że introwertykami jest od jednej trzeciej do połowy ludzi. Osobom z tej grupy polecam start od Blind Date z ekspertem: jedna osoba, jeden temat, dziesięć minut i rozmowa o sprawie, która cię zajmuje, zamiast rozmowy o sobie. Przy Hot Tables możesz przez pierwszą rundę tylko słuchać. Nikt nie odpytuje uczestników po kolei.
Nancy Doyle w przeglądzie opublikowanym w 2020 roku w British Medical Bulletin szacuje, że osoby neuroatypowe stanowią od 15 do 20 procent populacji. Projektując strefę, przyjęliśmy kilka decyzji, które mają obniżyć niepewność: każdy format ma spisane zasady, znany czas trwania i jasny sygnał końca. W Blind Date rozmowa toczy się przez przegrodę, bez kontaktu wzrokowego. Color Code działa bez przedstawiania się przez mikrofon i bez wystąpień przed grupą. Zasady każdego formatu możesz spokojnie przejść z naszym zespołem w punkcie obsługi, zanim zdecydujesz, czy chcesz wziąć udział. Szerzej o dopasowaniu wydarzenia do różnych potrzeb uczestników piszę w tekście o dopasowaniu wydarzenia do różnych uczestników.
Jest na to dobry powód. Networking w wersji „podejdź i opowiedz o sobie” przypomina sprzedaż, a mało kto lubi sprzedawać siebie obcym. W strefie zaczynasz od tematu, karty z pytaniem albo koloru na identyfikatorze, a znajomość przychodzi przy okazji rozmowy o konkretnej sprawie. Możesz też przyjść, popatrzeć z boku i wyjść. Takie wejście też się liczy.
„Nikogo nie wyciągamy na środek i nikogo nie zmuszamy do autoprezentacji. Każdy format ma wyjście: z rozmowy, ze stołu, ze strefy. Rozmowa, do której nikt nie został zmuszony, ma większą szansę na ciąg dalszy.” Piotr Kalewski
Raport Freemana podaje, że ponad jedna trzecia uczestników uważa, że networking musi być kuratorowany, żeby działał. Odwrotna strona tej liczby jest równie ważna: niemal dwie trzecie tego nie deklaruje. Część ludzi woli spontaniczne rozmowy przy kawie i dobrze się w nich czuje. Dlatego strefa networkingu działa obok przerw w programie i ich nie zastępuje.
Druga rozbieżność dotyczy kontekstu. Dane Freemana pochodzą z rynku, na którym ustrukturyzowany networking jest standardem dużych wydarzeń od lat. Wiarygodnych polskich badań o networkingu na konferencjach w ostatnich latach nie znalazłem. Nie wiem więc, czy polski uczestnik reaguje na zapisy i sygnały prowadzącego tak samo jak amerykański. Część odpowiedzi przyniosą te dwa dni w Poznaniu.
Ustaliliśmy mierniki przed startem, a nie po fakcie. Policzymy zapisy i obecności na sesjach Speed Match, obłożenie stołów Hot Tables w kolejnych rundach, liczbę wydanych zestawów Color Code i rozmów Blind Date. Najważniejszy pomiar przyjdzie później: zapytamy uczestników po dwóch tygodniach, z iloma osobami poznanymi w strefie mieli kontakt po festiwalu.
„Frekwencję przy stolikach policzę, ale strefę ocenię po jednym: ile rozmów ktoś zechciał kontynuować po powrocie do pracy.” Piotr Kalewski
Wyniki opiszę w recenzji po festiwalu, razem z tym, które formaty zadziałały i co zmienimy przy kolejnej edycji.
Osoba z telefonem pod ścianą z pierwszej sceny nie potrzebowała odwagi ani szkolenia z small talku. Potrzebowała miejsca, w którym wolno zagadać, godziny, o której coś się zaczyna, i pretekstu do pierwszego zdania. Te trzy rzeczy organizator może zaprojektować przy każdej konferencji powyżej kilkuset osób.
Przy planowaniu najbliższego wydarzenia odpowiedz sobie na jedno pytanie: gdzie i o której godzinie uczestnik, który nikogo nie zna, ma rozpocząć pierwszą rozmowę? Brak odpowiedzi oznacza, że networking w waszym programie zależy od przypadku.
Główne źródła:
Pozostałe: Poradnik Przedsiębiorcy, materiał o festiwalu I Love Marketing & Technology, 2026; Event Marketing Institute, koncepcja i parametry formatów Networking Zone, 2026; Międzynarodowe Targi Poznańskie, projekt zabudowy strefy networkingowej, 2026.
Organizujesz konferencję albo spotkanie branżowe i chcesz, żeby rozmowy między uczestnikami miały miejsce, czas i pretekst? Zobacz, jak projektujemy strefę networkingową na konferencji, i napisz, ilu uczestników się spodziewasz.
Przeczytaj też:

W skrócie: Piotr Kalewski projektuje wydarzenia firmowe jako narzędzie sprzedaży i marketingu. Zaczyna od celu biznesowego zapisanego w jednym zdaniu i od miernika, potem układa scenariusz doświadczenia pod jedno zachowanie gości, a po wydarzeniu oddaje raport: kto z właściwej grupy przyszedł, co zrobił dalej i ile kosztowała każda rozmowa handlowa.
Wydarzenie jest kosztem, gdy budżet powstaje z faktury za salę, catering i scenę, a cel dopisuje się na końcu. Jest inwestycją, gdy przed pierwszym zamówieniem ktoś zapisze, co ma się zmienić w sprzedaży albo w relacjach z klientami, i do kiedy.
Różnicę widać w jednym dokumencie. Brief kosztowy zaczyna się od daty i liczby gości. Brief inwestycyjny zaczyna się od zdania w rodzaju: do końca kwartału chcemy dwudziestu rozmów handlowych z dyrektorami zakupów z trzech wskazanych segmentów. Resztę budżetu da się wtedy obronić albo skreślić, bo każda pozycja jest pytaniem, czy przybliża to zdanie.
Bizzabo w raporcie „2025 State of Events”, opartym na ankiecie ponad 1500 organizatorów i uczestników z listopada 2024 roku, podaje, że 70% organizatorów miało trudność z wykazaniem ROI konferencji B2B. Według Certain z 2025 roku 94% marketerów mówi, że ich firma nie zamienia leadów z eventów w szanse sprzedażowe.
Z mojej praktyki po obu stronach stołu za takim wynikiem stoi najczęściej jedno: miernik wybrany po wydarzeniu. Skoro przed eventem nikt nie zapisał, co ma być wynikiem, po evencie zostają frekwencja i ankieta zadowolenia. Zarząd nie przeliczy ich na przychód i słusznie nie próbuje.
Rachunek jest krótki. Koszt całego wydarzenia dzielę przez liczbę rozmów handlowych z gośćmi z listy, które odbyły się w uzgodnionym oknie po evencie. Wychodzi koszt jednej rozmowy. Dalej liczę, ile rozmów przeszło w ofertę i ile w sprzedaż.
Do tego potrzebny jest CRM, w którym każdy gość z rejestracji dostaje znacznik źródła „event” i datę. Bez znacznika po trzech miesiącach nikt nie odróżni sprzedaży z wydarzenia od sprzedaży, która i tak by się wydarzyła. Pełny pomiar po wydarzeniu rozpisałem w tekście o ewaluacji eventu firmowego.
Targi dają zasięg, własny event daje kontrolę. Na targach listę gości tworzy ktoś inny, a o uwagę konkurujesz z setkami stoisk. Na własnym wydarzeniu sam decydujesz, kto wchodzi i co widzi, ale płacisz za zebranie ludzi, którzy sami by się nie spotkali.
Własny event wygrywa, gdy decydentów jest niewielu i znasz ich z nazwiska. Targi wygrywają, gdy dopiero ustalasz, kto jest w twoim segmencie. Jak z targów zrobić rozmowy zamiast pliku wizytówek, opisuję w tekście o leadach z konferencji i targów.
Dla Grupy Topex projektowałem cykle wydarzeń w całej Polsce dla handlowców i dystrybutorów: prezentacje nowych produktów i linii oraz aktywacje wokół nich. W TedGifted prowadziłem trasę po targach europejskich razem z liczeniem wyników, od produktu i katalogu po rozliczenie rozmów.
Jestem projektantem doświadczeń biznesowych. Prowadzę Event Marketing Institute w Poznaniu, wykładam na WSB Merito Poznań, należę do Rady Sektorowej ds. Kompetencji Komunikacji Marketingowej. Jestem autorem książki Event Management dla początkujących (i nie tylko) z 2025 roku. Pracuję też jako interim marketing director po stronie klientów, więc brief znam z obu stron stołu.
Planujesz wydarzenie i chcesz, żeby ktoś odpowiadał za jego wynik? Umów konsultację, a przejdziemy przez cztery decyzje na twoim przypadku.

W artykule znajdziesz: godzinowy scenariusz śniadania biznesowego na 90 minut, sposób liczenia kosztu na osobę obecną, a nie zaproszoną, oraz zasady rozsadzenia, które decydują o tym, czy goście w ogóle ze sobą porozmawiają.
Śniadanie biznesowe ma dwie przewagi nad konferencją: kosztuje mniej i kończy się przed dziewiątą, więc nikt nie traci dnia. Ma też słabość, której organizatorzy nie widzą, dopóki nie przeprowadzą trzeciego: dziewięćdziesiąt minut przy stole z obcymi ludźmi to czas, w którym rozmowa albo ruszy w pierwszym kwadransie, albo nie ruszy wcale.
Krótka odpowiedź: śniadanie biznesowe zorganizuj na 20 do 40 osób, w dziewięćdziesiąt minut, z jednym wystąpieniem do 20 minut i co najmniej 30 minutami rozmów przy stołach z zadanym pytaniem. Koszt licz na osobę obecną, nie zaproszoną, bo przy dwudziestoprocentowej nieobecności koszt jednostkowy rośnie o jedną czwartą. Rozsadzenie przygotuj z góry.
Pierwsze dwadzieścia minut decyduje o reszcie. Freeman i IMEX przebadali w 2025 roku ponad 2600 uczestników i organizatorów wydarzeń: 51 procent uczestników wraca na wydarzenia ze względu na networking, a 30 procent ma problem z rozpoczęciem rozmowy. Ludzie przychodzą po rozmowy i jednocześnie nie wiedzą, jak zacząć.
Dlatego przy wejściu ustaw dwie rzeczy: kartę z przypisanym stolikiem i jedno pytanie na kartce, na przykład „nad czym pracujesz w tym kwartale”. Moja opinia: takie pytanie otwiera rozmowę lepiej niż „czym się zajmujesz”, bo wymaga odpowiedzi zdaniem, nie nazwą stanowiska. Osoba przy drzwiach wita po imieniu i kieruje do stołu, a nie do bufetu.
Gospodarz mówi, po co ludzie się spotkali, jak wygląda plan i co się stanie o 8:15. Pięć minut, bez historii firmy i bez przedstawiania wszystkich sponsorów. Najważniejsza informacja to godzina zakończenia, bo ona uspokaja osoby z poranną rozmową o dziewiątej.
Jeśli prowadzisz wydarzenie sam, przećwicz ten fragment na głos z zegarem. Zasady prowadzenia dyskusji z sali opisałem w tekście o moderowaniu panelu.
Jedno, nie trzy. Prelegent dostaje temat zawężony do jednej decyzji, którą goście mogą podjąć w tym kwartale. Zalecam 45 minut rozmowy przygotowawczej z prowadzącym. Dwadzieścia minut kończy się wcześniej niż koncentracja, a zostawia miejsce na pytanie z sali.
Prelegent nie rozdaje materiałów i nie prezentuje oferty firmy. Po wystąpieniu prowadzący zadaje jedno pytanie, które stół będzie omawiał przez następne pół godziny. Zaplanowanie pytania razem z prelegentem to najważniejszy element programu.
Dla tego bloku goście przyszli. Przy każdym stole pięć lub sześć osób, jedno pytanie na kartce i prowadzący stołu, który dba o to, żeby wszyscy powiedzieli co najmniej jedno zdanie. Prowadzący stołu może być osobą z zespołu organizatora albo zaproszonym gościem, który wcześniej dostał trzy zdania instrukcji.
Rozsadzenie zmienia najwięcej. Rozdziel osoby z tej samej firmy i osoby, które przyszły razem. Z moich obserwacji rozsadzenie czterdziestu gości zajmuje około pół godziny i zwiększa szansę, że ktoś wyjdzie z nowym kontaktem. Opis projektowania pierwszej rozmowy między uczestnikami znajdziesz w tekście o networkingu na wydarzeniu.
Każdy stół mówi jedno zdanie: co z rozmowy zabiera ze sobą. Prowadzący zbiera zdania i dopisuje kolejny krok, na przykład termin następnego śniadania albo listę uczestników, którzy zgodzili się na udostępnienie kontaktu. Dziesięć minut wystarczy, a zamknięcie daje poczucie, że spotkanie coś wyprodukowało.
Po zamknięciu zostaw piętnaście minut wolnych rozmów i kawy. Z moich obserwacji goście, którzy zaczęli dobrą rozmowę przy stole, chcą ją skończyć na stojąco, więc nie wyłączaj muzyki i nie zaczynaj sprzątania.
Koszt wydarzenia licz na osobę obecną. Scenariusz liczbowy, hipotetyczny: koszty stałe wynoszą 6 000 zł, zmienne 90 zł na zaproszonego, a zaproszonych jest 40. Przy pełnej frekwencji koszt na osobę wynosi 240 zł. Gdy przychodzi 30 osób, a catering zamówiono na 40, koszt na obecną osobę rośnie do 320 zł. Różnica wynosi jedną trzecią i wynika wyłącznie z nieobecności.
Jak ograniczać nieobecność, opisałem w tekście o no-show na wydarzeniu firmowym, a projekt rejestracji, który zmniejsza liczbę osób zapisanych bez zamiaru przyjścia, w tekście o rejestracji na wydarzenie. Nie znalazłem publicznie dostępnego benchmarku kosztu śniadania biznesowego w Polsce, więc powyższe kwoty to przykład struktury, nie cennik.
Mniejszą wersję tego formatu, od dwudziestu osób, opisałem w tekście o tym, jak zacząć budowę kapitału relacyjnego od dwudziestu osób.
Planujesz cykl spotkań branżowych i chcesz zaprojektować format pod swoich gości? Umów konsultację 1:1 (250 zł netto za 60 minut, pakiet 850 zł) i przejdziemy przez scenariusz godzina po godzinie.
Dołącz do społeczności świadomych marketerów i otrzymaj pakiet bonusów za darmo! 🎉 Co 2 tygodnie wyślemy Ci też newsletter pełen konkretnych inspiracji z obszaru marketingu doświadczeń.