Event Marketing Institute Sp. z o.o.
Iwonicka 3, 60-473 Poznań
NIP 7812066079
REGON 527890052
KRS 0001090243
REGON 527890052
KRS 0001090243
© 2024 Kalewski copy
Najważniejsze tezy: Sport daje zespołowi wspólne przeżycie, którego nie da się udawać, i dlatego wypiera klasyczną integrację z animatorem. Jedna impreza sportowa dla firm potrafi obsłużyć kilka celów naraz, pod warunkiem że cel i sposób wykorzystania materiałów są ustalone przed startem.
Przez lata schemat był ten sam. Autokar, ośrodek nad jeziorem, zajęcia z animatorem po obiedzie, wieczorem grill i muzyka z listy przebojów. W poniedziałek wracaliśmy do biur, a jedyne, co zostawało, to kilka zdjęć na intranecie i rozmowa o tym, kto przesadził z winem.
Potem coś się przesunęło. Najpierw pojedyncze firmy zaczęły wystawiać drużyny na biegi. Kilka osób z marketingu, ktoś z produkcji, ktoś z zarządu. Zamiast animatora był pomiar czasu, zamiast konkursu z krzesłami błoto i przeszkody.
Dziś to już nie jest ciekawostka. W 2025 roku w biegach Runmageddon wystartowało ponad 1200 firm z całej Polski, od małych spółek po duże korporacje, co dało ponad 7000 startów pracowników. W tym samym roku w Poland Business Run pobiegło 46 635 osób z 1832 firm. To nie są liczby z niszy. To jest nowa forma integracji, tylko nikt nie wysłał w tej sprawie oficjalnego komunikatu.
Powodem jest to, że sport rozwiązuje problem, którego klasyczna integracja nie umiała rozwiązać: daje ludziom wspólne doświadczenie, którego nie da się udawać.
Bo jest prawdziwy. To cała tajemnica.
Na wyjeździe integracyjnym z zadaniami warsztatowymi wszyscy wiedzą, że biorą udział w ćwiczeniu. Budujecie most z makaronu, żeby przekonać się, jak współpracujecie. Nikt nie zbuduje mostu, po którym ktokolwiek przejdzie. To symulacja i wszyscy to czują.
Na trasie biegu z przeszkodami nie ma symulacji. Jest ściana, na którą trzeba się wspiąć, jest błoto, w którym grzęźnie but, i jest kolega, który podaje rękę albo jej nie podaje. Zmęczenie jest prawdziwe, frustracja też, a satysfakcja na mecie nie wymaga podsumowania od moderatora.
Organizatorzy Biznes Ligi, wspólnego projektu Runmageddonu i Motoroli, mówią o tym wprost: zamiast symulowanych zadań zespołowych uczestnicy stają przed realnym wyzwaniem, przeszkodami, zmęczeniem i nieprzewidywalnymi sytuacjami. To jest różnica między ćwiczeniem współpracy a współpracą.
Druga rzecz: sport spłaszcza hierarchię szybciej niż jakikolwiek warsztat. Na trasie nie widać stanowiska. Dyrektor sprzedaży, który nie daje rady na dwunastym kilometrze, i magazynier, który podaje mu butelkę z wodą, przez chwilę są po prostu dwiema osobami w tej samej sytuacji. Wracają do firmy z czymś, czego nie da się kupić w pakiecie szkoleniowym.
Trzecia: to działa poza jednym dniem. Przygotowania zaczynają się kilka tygodni wcześniej, ludzie umawiają się na wspólne treningi, pojawia się grupa na komunikatorze, ktoś podpowiada, jakie buty kupić. Event trwa jedno popołudnie, mechanizm działa dwa miesiące. Pisałem o tym przy okazji wydarzeń, po których ludzie w firmie nadal się nie znają, i tu jest dokładnie ta sama zasada: liczy się także to, co dzieje się dookoła wydarzenia.
Firmy, które mówią „zróbmy coś sportowego", zwykle mają na myśli jedną z trzech zupełnie różnych rzeczy. Rozdzielcie je, zanim ktokolwiek zacznie liczyć pieniądze.
Pierwsza: wystawiacie ekipę na cudze wydarzenie. Ktoś inny zbudował trasę, załatwił pozwolenia, zabezpieczenie medyczne i pomiar czasu. Wy kupujecie pakiety startowe, dajecie ludziom koszulki i jedziecie. Najtańsze wejście, najmniejsze ryzyko, ale też najmniejsza kontrola nad przebiegiem.
Druga: jesteście partnerem albo sponsorem. Płacicie za obecność marki na wydarzeniu, które ma już swoją publiczność. Dostajecie strefę, widoczność, kontakt z uczestnikami i materiał do komunikacji. Kotwiczycie markę w kontekście, który sami by was kosztował lata budowania.
Trzecia: tworzycie własne wydarzenie. Wasz bieg, wasz rajd, wasze zawody. Najdroższe, najbardziej pracochłonne i jedyne, w którym wszystko, od trasy po nagrody, mówi waszym głosem.
Te trzy drogi nie wykluczają się nawzajem. Znam firmy, które zaczęły od wystawienia dwóch drużyn na bieg, po dwóch latach zostały sponsorem lokalnej imprezy, a po czterech mają własny format, na który zapraszają klientów. To jest naturalna kolejność i nie warto jej przeskakiwać.
[GRAFIKA 1: porównanie trzech dróg wejścia w sport]
To najprostszy sposób, żeby sprawdzić, czy sport w ogóle pasuje do waszej organizacji.
Rynek jest gotowy i czeka. Runmageddon organizuje biegi przeszkodowe w całej Polsce, w 2025 roku wystartowało w nich ponad 74 tysiące uczestników, z czego co trzecia osoba biegła pierwszy raz w życiu. Formuły są różne: Intro na trzy kilometry, Rekrut na sześć, klasyczny Runmageddon na dwanaście, Hardcore na dwadzieścia jeden i Ultra na czterdzieści dwa. Nikt nie każe zaczynać od najtrudniejszego.
Survival Race działa podobnie. Jedenasta edycja w 2025 roku, trasy we Wrocławiu i Poznaniu, trzy dystanse: Starter na trzy kilometry z piętnastoma przeszkodami, Warrior na sześć z trzydziestoma i Machine na dwanaście z pięćdziesięcioma. Zniżki naliczają się już od pięciu osób w drużynie, więc ekipa z pracy jest tańsza niż pięć osobnych zgłoszeń.
Poland Business Run to inna bajka i z perspektywy firmy najłatwiejsza. Pięcioosobowe sztafety, każdy zawodnik pokonuje cztery kilometry, bieg odbywa się w Krakowie i Warszawie, a od kilku lat także zdalnie z aplikacją. Dystans jest przyjazny dla osoby, która nie trenuje, a w wersji wirtualnej można iść, spacerować z psem albo maszerować z kijkami. W 2025 roku w formule zdalnej wystartowało ponad 28 tysięcy osób z dwudziestu dwóch krajów.
Co robi firma, która wystawia ekipę? Kupuje pakiety, zamawia koszulki z logo, organizuje transport i kogoś, kto ogarnia całość. Koszt na osobę to opłata startowa plus koszulka plus dojazd. W praktyce mieści się w kwocie, którą wydalibyście na jedną kolację dla tego samego zespołu.
Wartość jest gdzie indziej. Runmageddon wprowadził razem z Motorolą Biznes Ligę, czyli całoroczną klasyfikację firmowych drużyn, w której każdy start pracownika przelicza się na punkty dla firmy. Zamiast jednorazowego wyjazdu dostajecie powód, żeby wracać przez cały sezon. To jest różnica między wydarzeniem a formatem.
[GRAFIKA 2: mapa polskich imprez sportowych otwartych dla drużyn firmowych]
Tu przestajemy mówić o integracji, a zaczynamy o marketingu. Inny budżet, inny właściciel projektu, inne wskaźniki.
Wydarzenia sportowe mają coś, czego nie ma większość kanałów reklamowych: emocjonalnie zaangażowaną publiczność, która sama przyszła i sama chce tam być. Na wiosennej edycji Runmageddonu w Warszawie wystartowało ponad 9000 uczestników, a ich zmagania śledziło niemal 25 500 kibiców. To nie są odbiorcy, którzy przewijają reklamę. To ludzie, którzy stoją w błocie, bo chcą.
Skala aktywacji też jest konkretna. W 2025 roku w pakietach startowych i w strefach mety Runmageddonu uczestnicy dostali ponad 1,26 miliona produktów od partnerów i sponsorów. Każdy taki produkt to moment kontaktu z marką w sytuacji, w której człowiek jest zmęczony, szczęśliwy i otwarty. Trudno o lepszy kontekst.
Sponsorzy Poland Business Run to UBS, Standard Chartered i Enea, czyli firmy, które doskonale wiedzą, ile kosztuje zbudowanie wizerunku pracodawcy i marki odpowiedzialnej społecznie. Kupują nie tyle widoczność, co sąsiedztwo z sensem.
Błąd, który widzę najczęściej: firma kupuje pakiet sponsorski, wiesza baner i na tym kończy. Baner nie sprzedaje. Sprzedaje to, co dzieje się w strefie: rozmowa, doświadczenie, powód do zatrzymania się. Planując sponsoring, zaplanujcie też, co konkretnie uczestnik ma u was zrobić, bo samo oglądanie logo nic po sobie nie zostawia. Ta sama zasada obowiązuje przy stoisku targowym, gdzie obecność bez pomysłu jest najdroższym rodzajem obecności.
Najtrudniejsza i najciekawsza. Tu nie dołączacie do cudzej historii, tylko piszecie własną.
Własna impreza sportowa ma sens w trzech sytuacjach. Gdy obok pracowników chcecie zaprosić klientów. Gdy zależy wam na powtarzalności i budowaniu tradycji, a nie na jednorazowym wyjeździe. Gdy macie w firmie temat, który da się opowiedzieć sportem: rocznicę, wartość, lokalną społeczność, cel charytatywny.
Formatów jest więcej, niż się wydaje. Rajd rowerowy po okolicy zakładu, w którym trasa prowadzi przez miejsca ważne dla firmy. Bieg nocny z czołówkami, który sam w sobie jest atrakcją i świetnie wygląda na zdjęciach. Bieg na orientację, w którym wygrywa nie najszybszy, tylko ten, kto najlepiej czyta mapę i podejmuje decyzje w grupie. Zawody wewnętrzne w kilku dyscyplinach, rozłożone na cały rok, z klasyfikacją działów.
Firma produkcyjna w Wielkopolsce, z którą pracowałem, zamieniła doroczny piknik z dmuchańcami na rajd rowerowy z trzema trasami o różnej trudności. Najkrótsza była dla rodzin z dziećmi, najdłuższa dla tych, którzy jeżdżą regularnie. Na mecie było to samo, co zawsze: grill i muzyka. Różnica polegała na tym, że ludzie przyjechali tam na własnych nogach, a nie autokarem, i mieli o czym rozmawiać.
Co trzeba ogarnąć samodzielnie: trasę i pozwolenia, zabezpieczenie medyczne, pomiar czasu jeśli jest rywalizacja, ubezpieczenie, oznakowanie, obsługę, wodę i jedzenie, plan na złą pogodę. To jest realna produkcja eventowa i tu kończą się żarty. Bezpieczeństwo przy wydarzeniu z wysiłkiem fizycznym to nie jest pozycja, na której się oszczędza.
To jest powód, dla którego wydarzenia sportowe wygrywają z klasyczną integracją w rozmowie z zarządem. Integracja obsługuje jeden cel: atmosferę. Impreza sportowa obsługuje cztery i każdy da się pokazać w tabelce.
Cel pracowniczy. Wspólne przygotowania, wspólny start, wspólne zdjęcie na mecie. Ludzie z różnych działów spotykają się w sytuacji, w której nie ma znaczenia, kto komu podlega. To samo, co próbujemy osiągnąć warsztatem, tylko bez warsztatu.
Cel wizerunkowy jako pracodawca. Zdjęcia z biegu to materiał rekrutacyjny, jakiego firma nie wyprodukuje w studiu: prawdziwi ludzie w prawdziwym wysiłku. Nie wyglądają jak sesja stockowa, bo nią nie są. Runmageddon mówi o swoich biegach firmowych wprost jako o narzędziu employer brandingu i ma rację, choć to też ich interes.
Cel marketingowy i sprzedażowy. Jeśli na trasie albo na mecie są wasi klienci, to jest to spotkanie w kontekście, którego nie kupicie żadną kampanią. Handlowiec, który przebiegł dwanaście kilometrów obok szefa zakupów klienta, ma inną relację niż ten, który wysłał maila z ofertą.
Cel społeczny i zdrowotny. Firma, która co roku wystawia drużynę, po trzech latach ma ludzi, którzy naprawdę biegają. To przekłada się na absencję, samopoczucie i rozmowy przy kawie. Nie trzeba tego mierzyć, żeby zobaczyć.
Cztery cele, jeden budżet. Właśnie dlatego ten format tak łatwo się broni, gdy ktoś pyta, po co wydajemy te pieniądze.
[GRAFIKA 3: cztery cele imprezy sportowej z przykładowymi wskaźnikami]
Najmocniejsze wydarzenia sportowe w polskim biznesie mają wspólną cechę: nie kończą się na samej rywalizacji.
Poland Business Run jest tu wzorcem. Firmy zgłaszają pięcioosobowe sztafety, opłaty startowe idą na dofinansowanie protez, wózków, rehabilitacji i pomocy psychologicznej dla osób po amputacjach, po mastektomii i z niepełnosprawnością ruchową. W edycji 2025 wsparcie trafiło do ponad stu osób. Do tego doszedł mechanizm, w którym uczestnicy i kibice mogą przelewać darowizny bezpośrednio na konta startujących sztafet, a firmy rywalizują o tytuł Lidera Pomagania.
Zobaczcie, co się tu wydarzyło. Bieg firmowy zamienił się w narzędzie zbiórki, rywalizacja między firmami przestała dotyczyć czasu na mecie, a zaczęła dotyczyć tego, kto zebrał więcej. I nagle dział, który nie ma ani jednego biegacza, też ma powód, żeby się zaangażować.
Ten mechanizm da się przenieść na własne wydarzenie i to jest moim zdaniem najciekawszy kierunek dla firm średniej wielkości. Zamiast szukać abstrakcyjnego celu charytatywnego, wybierzcie sprawę, która dotyczy waszych ludzi. Leczenie dziecka pracownika. Hospicjum w mieście, w którym stoi zakład. Schronisko, do którego wasi ludzie i tak jeżdżą w wolnym czasie. Survival Race robi to nawet w biegu dla dzieci, gdzie każdy bilet to posiłek dla psa lub kota ze schroniska. Prosty mechanizm, zrozumiały dla sześciolatka.
Wtedy przestaje to być akcją CSR z prezentacji, a staje się czymś, o czym ludzie mówią rodzinie. Więcej o tym, gdzie przebiega granica między realnym działaniem a CSR-em robionym pod slajd.
Nie podam wam jednej kwoty, bo nie istnieje. Podam strukturę, w którą wpiszecie własne liczby.
Wystawienie drużyny na cudze wydarzenie. Opłata startowa za osobę, koszulki z nadrukiem, transport, ewentualnie nocleg jeśli bieg jest w innym mieście, opcjonalnie wspólny posiłek po. Przy dziesięcioosobowej ekipie mieścicie się w budżecie jednego wyjazdowego spotkania działu. To jest ten poziom.
Sponsoring wydarzenia. Pakiet sponsorski plus, i to jest pozycja, o której firmy zapominają, koszt aktywacji. Sama obecność w materiałach to połowa wydatku. Druga połowa to zabudowa strefy, ludzie do obsługi, materiały, atrakcja, która zatrzymuje. Przy budżecie wyłącznie na pakiet odpuśćcie i wróćcie za rok z pełną kwotą.
Własne wydarzenie. Tu koszty rosną skokowo, bo dochodzi produkcja: trasa, zabezpieczenie medyczne, ratownicy, ubezpieczenie, pomiar czasu, oznakowanie, sanitariaty, catering, obsługa, komunikacja, materiały i rezerwa. Rezerwa to nie jest opcja, to jest pozycja budżetowa. Przy wydarzeniu plenerowym zakładajcie dziesięć do piętnastu procent.
Osobno policzcie czas ludzi. Firma, która robi własny bieg pierwszy raz, zwykle nie docenia, ile godzin zje to osobie odpowiedzialnej. Wyznaczając kogoś z marketingu obok bieżących zadań, uprzedźcie zarząd, że przez sześć tygodni przed wydarzeniem ta osoba nie zrobi nic innego. Szczegółowo rozbieram to w tekście o budżecie imprezy firmowej.
Teraz część, której nie przeczytacie w ofercie żadnej agencji.
Nie naprawi złego menedżera. Gdy ludzie odchodzą od przełożonego, bieg z przeszkodami niczego nie zmieni. Przebiegną, wrócą i złożą wypowiedzenie, tylko w lepszej formie.
Nie zastąpi rozmowy o wynagrodzeniach. Sport nie jest walutą. Firma, która płaci poniżej rynku i wystawia drużynę na bieg, dostanie pytanie, skąd były na to pieniądze.
Nie zintegruje wszystkich. I to jest najważniejsze zastrzeżenie. Część zespołu nie pobiegnie, bo nie może, nie chce albo się wstydzi. Robiąc z biegu jedyne wydarzenie integracyjne w roku, podzielicie firmę na tych w koszulkach i tych, którzy oglądali zdjęcia. Zaprojektujcie role dla niebiegających: kibicowanie, obsługa punktu, zdjęcia, przygotowanie strefy na mecie. Inaczej wykluczycie połowę zespołu w imię integracji.
Nie zadziała jako jednorazowy strzał. Pierwsza edycja czegokolwiek jest testem, nie efektem. Dopiero trzecia zaczyna być tradycją, o którą ludzie sami pytają.
I rzecz, o której trzeba powiedzieć wprost: wysiłek fizyczny niesie ryzyko. Ktoś się skręci, ktoś zasłabnie. Zabezpieczenie medyczne, ubezpieczenie i uczciwa informacja o poziomie trudności to warunek, żeby w ogóle o tym rozmawiać.
Zarząd kupuje wynik, a atmosfera go nie interesuje. Cztery liczby, które da się zebrać bez badań.
Frekwencja i jej struktura. Ilu ludzi wzięło udział i z jakich działów. Sama liczba niewiele mówi, rozkład po działach mówi wszystko. Dwadzieścia osób z marketingu na trasie i nikt z produkcji dają odpowiedź na pytanie o kulturę organizacji.
Powtarzalność. Ilu uczestników z zeszłego roku wystartowało ponownie i ilu przyprowadziło kogoś nowego. To jest najuczciwszy wskaźnik, bo nikt nie wraca na coś, co było męczarnią.
Materiał i jego wykorzystanie. Ile zdjęć i nagrań powstało i gdzie realnie trafiły. Materiały leżące na dysku oznaczają, że wydaliście pieniądze na jeden dzień zamiast na rok komunikacji.
Efekt rekrutacyjny i sprzedażowy. Ile osób z zewnątrz zapytało o firmę po wydarzeniu, ilu klientów przyjechało i co z tego wynikło. Przy sponsoringu dołóżcie liczbę kontaktów zebranych w strefie.
Dla firm, które chcą to zrobić porządnie, zostaje eNPS przed i po sezonie oraz pytanie otwarte o to, co ludzie zapamiętali. Całą metodykę opisałem w tekście o ewaluacji eventu firmowego.
[GRAFIKA 4: cztery wskaźniki oceny imprezy sportowej]
Sezon biegowy w Polsce trwa od kwietnia do października, ze szczytem w maju, czerwcu i wrześniu. To znaczy, że decyzje zapadają zimą.
Przy wystawianiu drużyny na duże wydarzenie zapisy trzeba mieć w kalendarzu z wyprzedzeniem. W Poland Business Run w jednej z ostatnich edycji miejsca rozeszły się w siedemnaście minut. To nie jest przenośnia, to jest realny czas od otwarcia zapisów do wyczerpania puli.
Na własne wydarzenie potrzebujecie minimum czterech miesięcy, a przy pierwszej edycji sześciu. Trasa, pozwolenia, zabezpieczenie, komunikacja wewnętrzna, czas dla ludzi na przygotowanie formy. Ta ostatnia pozycja jest najczęściej pomijana, a to ona decyduje o frekwencji. Człowiek, który dowiaduje się o biegu dwa tygodnie wcześniej, po prostu się nie zgłosi.
Na sponsoring: rozmowy o pakietach na sezon letni toczą się jesienią i zimą poprzedniego roku. W marcu zostają resztki.
Nie od wyboru biegu. Od jednego pytania: co ma się zmienić w firmie po tym wydarzeniu.
Przy odpowiedzi „chcemy, żeby ludzie z produkcji i z biura wreszcie się poznali" wybierzcie format drużynowy z krótkim dystansem, w którym nikt nie odpadnie. Po odpowiedzi „chcemy pokazać się jako pracodawca" zaplanujcie najpierw, kto robi zdjęcia i gdzie one pójdą. Gdy brzmi „chcemy spotkać klientów w innym kontekście", zaproście ich do wspólnej drużyny, nie do strefy VIP.
Potem sprawdźcie, kto w firmie już biega. W każdej firmie ktoś biega. Ta osoba jest waszym naturalnym ambasadorem i zrobi dla frekwencji więcej niż mail od zarządu. W Runmageddonie przyznają to wprost: Biznes Liga powstała, bo pracownicy, którzy startowali od lat, sami zaczęli namawiać kolegów.
I ostatnia rzecz: zacznijcie od małego. Jedna drużyna na jednym biegu w tym roku. Jeśli wrócą i będą opowiadać, w przyszłym roku pojedzie ich trzy razy więcej, a wy będziecie mieli argument, żeby rozmawiać o własnym wydarzeniu.
Pozycja „integracja" w kalendarzu na przyszły rok, do której nikt nie ma pomysłu, to moment na rozmowę. Napiszcie, co ma się zmienić w zespole, a zaproponuję format, który to dowozi. Czasem będzie to bieg, czasem coś zupełnie innego. Decyduje cel, nie moda.
Może ją uzupełnić, ale nie powinna całkowicie zastąpić. Część zespołu nie weźmie udziału w wysiłku fizycznym i potrzebuje formatu, w którym też jest miejsce dla nich. Najlepiej działa połączenie: wydarzenie sportowe plus spotkanie, na którym spotykają się wszyscy.
Przy pierwszym podejściu wystarczy jedna drużyna, czyli zwykle pięć osób. Sens robi nie liczba, tylko to, czy ci ludzie wrócą i opowiedzą o tym reszcie. Pięciu zadowolonych zbuduje frekwencję w przyszłym roku lepiej niż trzydziestu zmuszonych.
Zależy od formy finansowania i od tego, kto bierze udział. Wydatki na integrację pracowników rozlicza się inaczej niż działania marketingowe skierowane na zewnątrz, a finansowanie z ZFŚS rządzi się osobnymi zasadami. To pytanie do księgowości przed zapisami, nie po. Ogólne zasady rozbieram w tekście o rozliczaniu imprezy firmowej.
Zaprojektować dla nich role: obsługa punktu nawadniania, kibicowanie z transparentem, dokumentacja fotograficzna, przygotowanie strefy na mecie. W formule wirtualnej Poland Business Run dozwolone jest też chodzenie i nordic walking, co rozwiązuje problem przy jednym z największych wydarzeń w kraju.
Na początku nie. Taniej i bezpieczniej jest dołączyć do istniejącego wydarzenia, zobaczyć, jak reaguje zespół, i zebrać materiał. Własny format ma sens wtedy, gdy macie powód, którego cudze wydarzenie nie obsłuży: rocznicę, cel charytatywny związany z waszymi ludźmi albo klientów, których chcecie zaprosić.
Pokazując cztery cele naraz i przypisując do każdego wskaźnik. Zarząd nie kupuje biegu, kupuje frekwencję z produkcji, materiał na rok komunikacji, spotkania z klientami i zbiórkę na cel, o którym firma może uczciwie mówić.
Na udział w cudzym wydarzeniu: cztery do sześciu miesięcy przed startem, bo na popularne biegi zapisy zamykają się bardzo szybko. Na własne: minimum cztery miesiące, a przy pierwszej edycji sześć.


W skrócie: Piotr Kalewski projektuje wydarzenia firmowe jako narzędzie sprzedaży i marketingu. Zaczyna od celu biznesowego zapisanego w jednym zdaniu i od miernika, potem układa scenariusz doświadczenia pod jedno zachowanie gości, a po wydarzeniu oddaje raport: kto z właściwej grupy przyszedł, co zrobił dalej i ile kosztowała każda rozmowa handlowa.
Wydarzenie jest kosztem, gdy budżet powstaje z faktury za salę, catering i scenę, a cel dopisuje się na końcu. Jest inwestycją, gdy przed pierwszym zamówieniem ktoś zapisze, co ma się zmienić w sprzedaży albo w relacjach z klientami, i do kiedy.
Różnicę widać w jednym dokumencie. Brief kosztowy zaczyna się od daty i liczby gości. Brief inwestycyjny zaczyna się od zdania w rodzaju: do końca kwartału chcemy dwudziestu rozmów handlowych z dyrektorami zakupów z trzech wskazanych segmentów. Resztę budżetu da się wtedy obronić albo skreślić, bo każda pozycja jest pytaniem, czy przybliża to zdanie.
Bizzabo w raporcie „2025 State of Events”, opartym na ankiecie ponad 1500 organizatorów i uczestników z listopada 2024 roku, podaje, że 70% organizatorów miało trudność z wykazaniem ROI konferencji B2B. Według Certain z 2025 roku 94% marketerów mówi, że ich firma nie zamienia leadów z eventów w szanse sprzedażowe.
Z mojej praktyki po obu stronach stołu za takim wynikiem stoi najczęściej jedno: miernik wybrany po wydarzeniu. Skoro przed eventem nikt nie zapisał, co ma być wynikiem, po evencie zostają frekwencja i ankieta zadowolenia. Zarząd nie przeliczy ich na przychód i słusznie nie próbuje.
Rachunek jest krótki. Koszt całego wydarzenia dzielę przez liczbę rozmów handlowych z gośćmi z listy, które odbyły się w uzgodnionym oknie po evencie. Wychodzi koszt jednej rozmowy. Dalej liczę, ile rozmów przeszło w ofertę i ile w sprzedaż.
Do tego potrzebny jest CRM, w którym każdy gość z rejestracji dostaje znacznik źródła „event” i datę. Bez znacznika po trzech miesiącach nikt nie odróżni sprzedaży z wydarzenia od sprzedaży, która i tak by się wydarzyła. Pełny pomiar po wydarzeniu rozpisałem w tekście o ewaluacji eventu firmowego.
Targi dają zasięg, własny event daje kontrolę. Na targach listę gości tworzy ktoś inny, a o uwagę konkurujesz z setkami stoisk. Na własnym wydarzeniu sam decydujesz, kto wchodzi i co widzi, ale płacisz za zebranie ludzi, którzy sami by się nie spotkali.
Własny event wygrywa, gdy decydentów jest niewielu i znasz ich z nazwiska. Targi wygrywają, gdy dopiero ustalasz, kto jest w twoim segmencie. Jak z targów zrobić rozmowy zamiast pliku wizytówek, opisuję w tekście o leadach z konferencji i targów.
Dla Grupy Topex projektowałem cykle wydarzeń w całej Polsce dla handlowców i dystrybutorów: prezentacje nowych produktów i linii oraz aktywacje wokół nich. W TedGifted prowadziłem trasę po targach europejskich razem z liczeniem wyników, od produktu i katalogu po rozliczenie rozmów.
Jestem projektantem doświadczeń biznesowych. Prowadzę Event Marketing Institute w Poznaniu, wykładam na WSB Merito Poznań, należę do Rady Sektorowej ds. Kompetencji Komunikacji Marketingowej. Jestem autorem książki Event Management dla początkujących (i nie tylko) z 2025 roku. Pracuję też jako interim marketing director po stronie klientów, więc brief znam z obu stron stołu.
Planujesz wydarzenie i chcesz, żeby ktoś odpowiadał za jego wynik? Umów konsultację, a przejdziemy przez cztery decyzje na twoim przypadku.
Zacznij od listy decydentów, których chcesz poznać, nie od programu. Ustal jedno zachowanie po wydarzeniu, na przykład umówione spotkanie, i ułóż scenariusz tak, żeby każdy punkt do niego prowadził. Po evencie licz rozmowy z gośćmi z listy w uzgodnionym oknie.
Podziel koszt wydarzenia przez liczbę rozmów handlowych z właściwymi gośćmi, a potem śledź, ile z nich przeszło w ofertę i sprzedaż. Wymaga to znacznika „event” przy kontaktach w CRM i daty pierwszej rozmowy.
Zależy od tego, czy znasz swoich odbiorców z nazwiska. Gdy znasz, własne wydarzenie daje kontrolę nad listą gości i scenariuszem. Gdy dopiero szukasz segmentu, targi dają zasięg przy niższym koszcie pierwszego kontaktu.
Sprawdź trzy rzeczy: czy ktoś pyta o cel biznesowy i miernik, zanim poda cenę, czy oferta zawiera raport po wydarzeniu i kto po stronie firmy odpowiada za wynik. Agencja realizuje zlecenie, doradca ustala, co zlecenie ma przynieść.
Doświadczenia dla marek projektują agencje, studia kreatywne i niezależni konsultanci. Piotr Kalewski robi to jako projektant doświadczeń biznesowych: od celu i miernika, przez scenariusz, po raport z wyniku wydarzenia.
Piotr Kalewski jest projektantem doświadczeń biznesowych z Poznania, CEO Event Marketing Institute, wykładowcą WSB Merito Poznań i autorem książki „Event Management dla początkujących (i nie tylko)” z 2025 roku. Pracuje także jako interim marketing director po stronie klientów.

W artykule znajdziesz: godzinowy scenariusz śniadania biznesowego na 90 minut, sposób liczenia kosztu na osobę obecną, a nie zaproszoną, oraz zasady rozsadzenia, które decydują o tym, czy goście w ogóle ze sobą porozmawiają.
Śniadanie biznesowe ma dwie przewagi nad konferencją: kosztuje mniej i kończy się przed dziewiątą, więc nikt nie traci dnia. Ma też słabość, której organizatorzy nie widzą, dopóki nie przeprowadzą trzeciego: dziewięćdziesiąt minut przy stole z obcymi ludźmi to czas, w którym rozmowa albo ruszy w pierwszym kwadransie, albo nie ruszy wcale.
Krótka odpowiedź: śniadanie biznesowe zorganizuj na 20 do 40 osób, w dziewięćdziesiąt minut, z jednym wystąpieniem do 20 minut i co najmniej 30 minutami rozmów przy stołach z zadanym pytaniem. Koszt licz na osobę obecną, nie zaproszoną, bo przy dwudziestoprocentowej nieobecności koszt jednostkowy rośnie o jedną czwartą. Rozsadzenie przygotuj z góry.
Pierwsze dwadzieścia minut decyduje o reszcie. Freeman i IMEX przebadali w 2025 roku ponad 2600 uczestników i organizatorów wydarzeń: 51 procent uczestników wraca na wydarzenia ze względu na networking, a 30 procent ma problem z rozpoczęciem rozmowy. Ludzie przychodzą po rozmowy i jednocześnie nie wiedzą, jak zacząć.
Dlatego przy wejściu ustaw dwie rzeczy: kartę z przypisanym stolikiem i jedno pytanie na kartce, na przykład „nad czym pracujesz w tym kwartale”. Moja opinia: takie pytanie otwiera rozmowę lepiej niż „czym się zajmujesz”, bo wymaga odpowiedzi zdaniem, nie nazwą stanowiska. Osoba przy drzwiach wita po imieniu i kieruje do stołu, a nie do bufetu.
Gospodarz mówi, po co ludzie się spotkali, jak wygląda plan i co się stanie o 8:15. Pięć minut, bez historii firmy i bez przedstawiania wszystkich sponsorów. Najważniejsza informacja to godzina zakończenia, bo ona uspokaja osoby z poranną rozmową o dziewiątej.
Jeśli prowadzisz wydarzenie sam, przećwicz ten fragment na głos z zegarem. Zasady prowadzenia dyskusji z sali opisałem w tekście o moderowaniu panelu.
Jedno, nie trzy. Prelegent dostaje temat zawężony do jednej decyzji, którą goście mogą podjąć w tym kwartale. Zalecam 45 minut rozmowy przygotowawczej z prowadzącym. Dwadzieścia minut kończy się wcześniej niż koncentracja, a zostawia miejsce na pytanie z sali.
Prelegent nie rozdaje materiałów i nie prezentuje oferty firmy. Po wystąpieniu prowadzący zadaje jedno pytanie, które stół będzie omawiał przez następne pół godziny. Zaplanowanie pytania razem z prelegentem to najważniejszy element programu.
Dla tego bloku goście przyszli. Przy każdym stole pięć lub sześć osób, jedno pytanie na kartce i prowadzący stołu, który dba o to, żeby wszyscy powiedzieli co najmniej jedno zdanie. Prowadzący stołu może być osobą z zespołu organizatora albo zaproszonym gościem, który wcześniej dostał trzy zdania instrukcji.
Rozsadzenie zmienia najwięcej. Rozdziel osoby z tej samej firmy i osoby, które przyszły razem. Z moich obserwacji rozsadzenie czterdziestu gości zajmuje około pół godziny i zwiększa szansę, że ktoś wyjdzie z nowym kontaktem. Opis projektowania pierwszej rozmowy między uczestnikami znajdziesz w tekście o networkingu na wydarzeniu.
Każdy stół mówi jedno zdanie: co z rozmowy zabiera ze sobą. Prowadzący zbiera zdania i dopisuje kolejny krok, na przykład termin następnego śniadania albo listę uczestników, którzy zgodzili się na udostępnienie kontaktu. Dziesięć minut wystarczy, a zamknięcie daje poczucie, że spotkanie coś wyprodukowało.
Po zamknięciu zostaw piętnaście minut wolnych rozmów i kawy. Z moich obserwacji goście, którzy zaczęli dobrą rozmowę przy stole, chcą ją skończyć na stojąco, więc nie wyłączaj muzyki i nie zaczynaj sprzątania.
Koszt wydarzenia licz na osobę obecną. Scenariusz liczbowy, hipotetyczny: koszty stałe wynoszą 6 000 zł, zmienne 90 zł na zaproszonego, a zaproszonych jest 40. Przy pełnej frekwencji koszt na osobę wynosi 240 zł. Gdy przychodzi 30 osób, a catering zamówiono na 40, koszt na obecną osobę rośnie do 320 zł. Różnica wynosi jedną trzecią i wynika wyłącznie z nieobecności.
Jak ograniczać nieobecność, opisałem w tekście o no-show na wydarzeniu firmowym, a projekt rejestracji, który zmniejsza liczbę osób zapisanych bez zamiaru przyjścia, w tekście o rejestracji na wydarzenie. Nie znalazłem publicznie dostępnego benchmarku kosztu śniadania biznesowego w Polsce, więc powyższe kwoty to przykład struktury, nie cennik.
Mniejszą wersję tego formatu, od dwudziestu osób, opisałem w tekście o tym, jak zacząć budowę kapitału relacyjnego od dwudziestu osób.
Od 20 do 40. Poniżej dwudziestu trudno o różnorodność rozmów, powyżej czterdziestu trzeba drugiej osoby do prowadzenia stołów, a koszt koordynacji rośnie szybciej niż liczba gości.
To zależy od celu. Z moich obserwacji wydarzenie bezpłatne łatwiej zapełnić, ale ma wyższą nieobecność, a opłata, nawet symboliczna, zmniejsza liczbę osób zapisanych bez zamiaru przyjścia. Nie mam badania, które by to potwierdzało. Przy zaproszeniach indywidualnych płatność zwykle nie jest potrzebna.
Moja rada: raz w miesiącu lub raz na kwartał, w stałym dniu tygodnia. Rytm ważniejszy jest od jednego dobrego wydarzenia, bo goście wracają na format, który znają, a nie na pojedyncze spotkanie.
Planujesz cykl spotkań branżowych i chcesz zaprojektować format pod swoich gości? Umów konsultację 1:1 (250 zł netto za 60 minut, pakiet 850 zł) i przejdziemy przez scenariusz godzina po godzinie.

Z tekstu dowiesz się: co włożyć do welcome packa, żeby nowa osoba w poniedziałek rano wiedziała, gdzie siedzi, z kim zaczyna i co ma zrobić do piątku, oraz które elementy klasycznego pudełka z gadżetami możesz zostawić w szufladzie.
Scenariusz A. Poniedziałek, godzina dziewiąta. Nowa osoba dostaje karton: bluza z logo, kubek, notes, smycz, długopis. Laptop jeszcze jedzie od IT, opiekun jest na urlopie, a kalendarz na ten tydzień jest pusty. Karton zajmuje dziesięć minut. Resztę dnia spędza przy kawie z firmowego kubka.
Scenariusz B. Poniedziałek, godzina dziewiąta. Nowa osoba dostaje kopertę: kartkę z planem pierwszego tygodnia, imię i numer opiekuna, listę pięciu osób, z którymi spotka się do piątku, i jedno zdanie od przełożonego o tym, co ma być zrobione do końca miesiąca. Bluzy nie ma. Laptop stoi włączony.
Obie sceny są hipotetyczne, a różnica między nimi dotyczy pierwszego dnia w pracy, nie budżetu. Scenariusz B kosztuje mniej niż A i robi większą część roboty, której firma oczekuje od onboardingu.
Krótka odpowiedź: welcome pack powinien zawierać plan pierwszych trzydziestu dni, imię i kontakt opiekuna, listę osób do poznania, jedno zadanie na koniec pierwszego miesiąca i dostęp do narzędzi w dniu startu. Przedmioty z logo są dodatkiem, nie rdzeniem. Pierwszego dnia nowa osoba chce wiedzieć, co jej wolno i czego się od niej oczekuje.
Gallup podaje w publikacji o onboardingu z 2019 roku, że tylko 12 procent pracowników silnie zgadza się, że ich organizacja świetnie wdraża nowych pracowników. Dane dotyczą Stanów Zjednoczonych i nie sprawdzałem, czy w Polsce wynik jest podobny.
Ten sam materiał pokazuje, że gdy menedżer aktywnie uczestniczy w onboardingu, nowi pracownicy 3,4 raza częściej silnie zgadzają się, że ich onboarding był znakomity. Tekst Gallupa o wdrażaniu przy pracy zdalnej z 2021 roku wskazuje, że tylko 29 procent nowych pracowników czuje się w pełni przygotowanych i wspieranych w nowej roli. Według Gallupa osiągnięcie pełnej wydajności zajmuje nowej osobie zwykle około dwunastu miesięcy.
Wniosek dla welcome packa jest praktyczny. Wartość pakietu rośnie, gdy zawiera element, który angażuje przełożonego, a spada, gdy jest paczką od działu HR. Koszty, jakie firma ponosi, gdy ktoś odchodzi po kilku miesiącach, policzyłem w tekście o kosztach rotacji pracowników.
Pięć elementów wystarczy, żeby pierwszy tydzień miał strukturę:
Każdy z elementów odpowiada na jedno pytanie, które nowa osoba ma w głowie, ale rzadko zadaje: co mam robić, do kogo pójść, kogo poznać, po czym mnie ocenią i czy mogę zacząć pracę. Rozpisany proces onboardingu na pierwsze trzydzieści dni znajdziesz w tekście o onboardingu nowego pracownika.
Przedmioty z logo mogą być miłym dodatkiem, ale nie niosą informacji, której nowa osoba potrzebuje. Bluzę, kubek i długopis możesz wręczyć drugiego dnia, na kolejnym spotkaniu, albo wcale. Jeśli przedmiot ma sens, wybierz taki, którego ta osoba użyje w pracy: dobry notes, przydatny element wyposażenia stanowiska.
Moja opinia: im więcej przedmiotów w pierwszym pakiecie, tym mniej uwagi na rzeczy, które decydują o pierwszym miesiącu. Nie mam badania, które porównywałoby welcome packi z gadżetami i bez nich pod kątem retencji, więc to wniosek z logiki, nie z danych. Obietnicę, którą firma składała w ogłoszeniu, powinien potwierdzić pierwszy dzień. Jak przełożyć propozycję wartości dla pracownika na doświadczenie, opisałem osobno, a kandydatom na etapie rekrutacji poświęciłem tekst o candidate experience na wydarzeniu rekrutacyjnym.
Pakiet z przedmiotami mówi nowej osobie, że jest mile widziana. Pakiet z planem mówi jej, co ma robić, a to pierwsze pytanie, na które szuka odpowiedzi. Zacznij od planu, a przedmiot dołóż, jeśli zostanie budżet.
Nie ma ogólnej stawki. Sam plan na kartce kosztuje czas przełożonego i opiekuna, a przedmioty zależą od wyboru. Zacznij od czasu, który przełożony poświęci w pierwszym tygodniu, bo to on decyduje o wyniku.
Ma, i to większy. Pakiet wysłany przed startem może zawierać plan, kontakty i sprzęt, a nowa osoba nie widzi wtedy sali i ludzi. Plan i imię opiekuna zastępują to, co w biurze nowa osoba zobaczyłaby sama.
Przełożony i HR razem. HR odpowiada za dostępy i formalności, przełożony za plan, zadanie i listę osób. Pakiet przygotowany wyłącznie przez HR traci element, który według Gallupa wyraźnie podnosi ocenę onboardingu: udział menedżera.
Budujesz proces wdrożenia i chcesz przejść przez pierwsze trzydzieści dni własnego zespołu? Umów konsultację 1:1 (250 zł netto za 60 minut, pakiet 850 zł) i przynieś obecny plan onboardingu.
Dołącz do społeczności świadomych marketerów i otrzymaj pakiet bonusów za darmo! 🎉 Co 2 tygodnie wyślemy Ci też newsletter pełen konkretnych inspiracji z obszaru marketingu doświadczeń.