Event Marketing Institute Sp. z o.o.
Iwonicka 3, 60-473 Poznań
NIP 7812066079
REGON 527890052
KRS 0001090243
REGON 527890052
KRS 0001090243
© 2024 Kalewski copy
Najważniejsze tezy: Pierwsze firmowe wydarzenie psuje najczęściej brak jednego celu biznesowego, a dopiero potem logistyka. Format sprawdzony w małej skali, z decydentem w zespole i zaplanowanym pomiarem, kosztuje mniej niż jednorazowy skok na całodniową konferencję.
Firma podejmuje decyzję. Robimy nasz pierwszy firmowy event. Entuzjazm w zespole jest ogromny, pojawiają się pomysły na atrakcje, dobór prelegentów i efektowną scenografię. Szybko jednak ten zapał zderza się z rzeczywistością logistyki, twardymi ograniczeniami budżetu i brakiem operacyjnego doświadczenia. Organizacja pierwszego wydarzenia to test, który momentalnie obnaża braki w strategii.
Event to narzędzie biznesowe. Bez konkretnej zmiany w organizacji, postawach pracowników lub sprzedaży po jego zakończeniu nie zaprojektowaliśmy doświadczenia. Zorganizowaliśmy po prostu bardzo drogi festyn.
Brak precyzyjnego celu biznesowego to najszybsza droga do przepalenia budżetu. Zanim zaczniesz przeglądać katalogi hoteli, ustal jedną, konkretną funkcję projektu. Wymieniając najczęstsze błędy przy organizacji eventu, na pierwszym miejscu stawiam próbę upieczenia trzech pieczeni na jednym ogniu. Wydarzenie musi realizować konkretne zadanie: wspierać sprzedaż, budować postawy pracowników w ramach działań HR lub wzmacniać wizerunek marki. Te kierunki rzadko idą w parze.
Typowy przykład to próba połączenia integracyjnej imprezy dla pracowników z eleganckim spotkaniem dla najważniejszych klientów. Znam takie przypadki z praktyki, to niemal zawsze kończy się katastrofą. Rozluźnieni po alkoholu pracownicy i najważniejsi kontrahenci na jednej sali to tykająca bomba wizerunkowa, nad którą nikt nie jest w stanie zapanować.
Zanim podpiszesz jakąkolwiek umowę, zadaj sobie jedno pytanie diagnozujące: co uczestnik ma zrobić lub zapamiętać po wyjściu z sali? Odpowiedź „dobra zabawa" jako jedyna, jaka przychodzi ci do głowy, oznacza, że planujesz imprezę rekreacyjną. Dobrze zaprojektowany event zostawia po sobie precyzyjny ślad biznesowy. Ten sam mechanizm sprawdzasz później w briefie eventowym: jeśli celu nie da się zapisać jednym zdaniem, jeszcze go nie ma.
Firmy często wpadają w pułapkę budowania wydarzenia z gotowego katalogu atrakcji. Patrzą na rynek i ślepo naśladują to, co zrobił lider branży. Organizator zatrudnia znane twarze, bo takie nazwiska pojawiły się u konkurencji. Potem ze zdumieniem obserwuje pustą salę.
Błąd leży w fałszywym założeniu, że znana twarz sprzeda każdy bilet. Dla technicznej grupy docelowej, inżynierów lub deweloperów, od znanych nazwisk znacznie ważniejsze będą merytoryczne konkrety i specyfikacje rozwiązań. Inna grupa może w ogóle nie potrzebować długich prelekcji, preferując wieczorną integrację z dobrym zespołem muzycznym.
Zanim zaplanujesz program i zaczniesz rezerwować prelegentów, zapytaj swoją grupę docelową. Dowiedz się, czego w ogóle oczekują od spotkania z twoją marką i po co mieliby poświęcić na nie swój prywatny lub zawodowy czas.
Kiedy firmy zastanawiają się, jak zorganizować event, od razu porywają się na gigantyczne realizacje. Zamiast budować roadshow po Polsce lub dwudniową konferencję z noclegami, na którą ludzie z reguły nie mają czasu, zastosuj metodę małych kroków. Skaluj proces powoli.
Zrób czterogodzinne spotkanie z jednym, merytorycznym prelegentem. Jeśli format wypali, za pół roku dodaj do tego lunch i dłuższą przestrzeń networkingową. Gdy uczestnicy poproszą o więcej, dopiero za rok spróbuj formatu całodniowego z popołudniowym afterparty.
Doświadczenie, które coś zmienia, nie wymaga ogromnego budżetu. W jednym z projektów wykorzystaliśmy zaprzyjaźnioną knajpę w poniedziałek, czyli w najsłabszy dzień dla lokalu. Ściągnęliśmy lokalny browar kraftowy do darmowej degustacji w zamian za promocję i zaprosiliśmy znajomego baristę. Kapitałem na starcie są przede wszystkim relacje i pomysłowość.
Tworzenie wydarzenia w izolacji to powszechny problem. Planowanie eventu wymaga różnorodności w zespole projektowym. Potrzebujesz perspektywy ze sprzedaży, kompetencji HR-u oraz ostatecznego decydenta finansowego.
Konsekwencje braku decydenta przy stole bywają brutalne. Przez miesiąc projektujesz merytoryczny program na podstawie briefu, aż na ostatnim etapie prezes stwierdza, że na firmowym jubileuszu musi zagrać konkretna gwiazda, bo lubi ją jego córka. Dodaje przy tym, że dostępny budżet wynosi dokładnie 33 tysiące złotych.
Obecność osoby decyzyjnej od samego początku ukraca odrealnione pomysły i weryfikuje ramy kosztowe. Unikasz wtedy późniejszego cięcia budżetu do kości na elementach, od których zależy doświadczenie. Zapobiega to sytuacjom, w których rezygnujesz z zawodowego konferansjera, a scenę oddajesz przypadkowej osobie z zespołu, kładąc całą dynamikę spotkania. Jak rozłożyć te pieniądze z głową, rozpisałem we wpisie o planowaniu budżetu imprezy firmowej.
W operacyjnym projektowaniu wydarzeń optymizm jest ryzykowny. Profesjonalista nie zastanawia się, czy na evencie coś się zepsuje. On wie, że tak będzie, i szacuje jedynie, ile rzeczy wysypie się w trakcie samej realizacji. Zarządzanie ryzykiem to stały fragment tej gry.
Lista potencjalnych pożarów jest bardzo długa. Główna gwiazda dzwoni i odwołuje swój występ na dwie godziny przed wejściem na scenę. Catering niespodziewanie kończy się po dwóch godzinach trwania eventu. Szklane statuetki, które masz wręczyć najważniejszym klientom, tłuką się w transporcie. Albo, jak podczas naszej realizacji w Miasteczku Śląskim, spada nagle 10 cm wody i trzeba ewakuować kilkutysięczny piknik z zalanego placu.
Uczestnik wydarzenia ma prawo nie zauważyć pożarów na zapleczu. Rolą organizatora jest gaszenie ich w taki sposób, by doświadczenie klienta pozostało nienaruszone. Plan B, C, a nawet D to obowiązkowy element przygotowań na każdym polu.
Jak zbudować taki plan i kto ma podejmować decyzje w trakcie zdarzenia, opisałem w tekście o planie awaryjnym i zarządzaniu kryzysem na evencie.
Kiedy podwykonawcy zwijają kable, a ty zdajesz obiekt, projekt wcale się nie kończy. Liczy się to, co po evencie zostaje w organizacji. Wiele firm myli metryki ego z wynikami. Same uśmiechy, klepanie po plecach i zadowolenie z cateringu nie dają jeszcze sukcesu biznesowego.
Zanim wyślesz zaproszenia, ustal twarde kryteria pomiaru. Może to być liczba pozyskanych leadów, zmiana postaw wewnątrz zespołu, dwell time, czyli czas i głębokość zaangażowania uczestnika, czy też wzmianki w mediach. Nie wiedząc, po co organizujesz to spotkanie, nie będziesz w stanie obiektywnie zmierzyć jego efektu. Cały proces zbierania danych i pisania raportu rozłożyłem na części w tekście o ewaluacji eventu firmowego.
Pamiętaj o przedłużeniu życia eventu. Zaplanuj precyzyjne działania follow-up, pozyskaj materiał zdjęciowy i wideo, który wykorzystasz w komunikacji. Nie marnuj zbudowanego kapitału.
Event biznesowy to skomplikowany system. Nie opiera się wyłącznie na jednym wystąpieniu ani na kosztownej scenografii. To ocean detali i dziesiątki punktów styku: od sposobu zaproszenia, przez logistykę na miejscu, aż po działania podejmowane po evencie. Ich suma buduje jedno, spójne doświadczenie.
Organizacja pierwszego projektu nie musi oznaczać wielkich nakładów finansowych. Wymaga jednak dyscypliny, osadzenia w strategii marki oraz gotowości do gaszenia logistycznych pożarów na zapleczu. Jeden jasny cel, testowanie i stopniowe skalowanie formatu, obecność decydenta w zespole oraz mierzalny ślad po realizacji dają mechanizm, który wpływa na biznes.
Wchodząc w ten proces głębiej, sięgnij po książkę „Event Management dla początkujących (i nie tylko)”. To praktyczny podręcznik, który krok po kroku, przez konkretne instrukcje i case study, pozwala przejść drogę od briefu do bezpiecznej realizacji. Więcej zakulisowych rozmów o anatomii wydarzeń znajdziesz na moim kanale YouTube „Wejście od zaplecza", między innymi w rozmowie z Maćkiem Sznitowskim.
Od jednego zdania opisującego cel biznesowy i od osoby, która trzyma budżet. Dopiero potem szukasz terminu, miejsca i formatu. Bez tych dwóch rzeczy każda kolejna decyzja jest zgadywanką.
Tyle, na ile pozwala format, który wybierzesz. Czterogodzinne spotkanie z jednym prelegentem w zaprzyjaźnionym lokalu mieści się w kilku tysiącach złotych, konferencja z noclegami w kilkudziesięciu. Skalę dobiera się do celu, nie odwrotnie.
Można, przy małej skali i prostym formacie. Ryzyko rośnie razem z liczbą uczestników, techniką i liczbą podwykonawców. Granicę wyznacza to, czy ktoś w zespole ma czas i doświadczenie, żeby prowadzić projekt operacyjnie, a nie po godzinach.
Odradzam. To dwie różne grupy, dwa różne cele i dwa różne poziomy formalności. Połączenie ich w jednej sali zwykle kończy się tym, że żadna z grup nie dostaje tego, po co przyszła.
Ustal wskaźniki przed wysłaniem zaproszeń i zapisz stan wyjściowy. Przy sprzedaży będą to leady i szanse sprzedażowe, przy HR zmiana postaw i retencja, przy wizerunku zasięg i wzmianki. Satysfakcja uczestników jest metryką operacyjną, nie wynikiem.
Przy małym formacie realny minimalny okres to sześć do ośmiu tygodni, licząc od zamknięcia celu i budżetu. Przy większej skali, z rezerwacją obiektu i prelegentów, planuj kwartał albo więcej.


W skrócie: Piotr Kalewski projektuje wydarzenia firmowe jako narzędzie sprzedaży i marketingu. Zaczyna od celu biznesowego zapisanego w jednym zdaniu i od miernika, potem układa scenariusz doświadczenia pod jedno zachowanie gości, a po wydarzeniu oddaje raport: kto z właściwej grupy przyszedł, co zrobił dalej i ile kosztowała każda rozmowa handlowa.
Wydarzenie jest kosztem, gdy budżet powstaje z faktury za salę, catering i scenę, a cel dopisuje się na końcu. Jest inwestycją, gdy przed pierwszym zamówieniem ktoś zapisze, co ma się zmienić w sprzedaży albo w relacjach z klientami, i do kiedy.
Różnicę widać w jednym dokumencie. Brief kosztowy zaczyna się od daty i liczby gości. Brief inwestycyjny zaczyna się od zdania w rodzaju: do końca kwartału chcemy dwudziestu rozmów handlowych z dyrektorami zakupów z trzech wskazanych segmentów. Resztę budżetu da się wtedy obronić albo skreślić, bo każda pozycja jest pytaniem, czy przybliża to zdanie.
Bizzabo w raporcie „2025 State of Events”, opartym na ankiecie ponad 1500 organizatorów i uczestników z listopada 2024 roku, podaje, że 70% organizatorów miało trudność z wykazaniem ROI konferencji B2B. Według Certain z 2025 roku 94% marketerów mówi, że ich firma nie zamienia leadów z eventów w szanse sprzedażowe.
Z mojej praktyki po obu stronach stołu za takim wynikiem stoi najczęściej jedno: miernik wybrany po wydarzeniu. Skoro przed eventem nikt nie zapisał, co ma być wynikiem, po evencie zostają frekwencja i ankieta zadowolenia. Zarząd nie przeliczy ich na przychód i słusznie nie próbuje.
Rachunek jest krótki. Koszt całego wydarzenia dzielę przez liczbę rozmów handlowych z gośćmi z listy, które odbyły się w uzgodnionym oknie po evencie. Wychodzi koszt jednej rozmowy. Dalej liczę, ile rozmów przeszło w ofertę i ile w sprzedaż.
Do tego potrzebny jest CRM, w którym każdy gość z rejestracji dostaje znacznik źródła „event” i datę. Bez znacznika po trzech miesiącach nikt nie odróżni sprzedaży z wydarzenia od sprzedaży, która i tak by się wydarzyła. Pełny pomiar po wydarzeniu rozpisałem w tekście o ewaluacji eventu firmowego.
Targi dają zasięg, własny event daje kontrolę. Na targach listę gości tworzy ktoś inny, a o uwagę konkurujesz z setkami stoisk. Na własnym wydarzeniu sam decydujesz, kto wchodzi i co widzi, ale płacisz za zebranie ludzi, którzy sami by się nie spotkali.
Własny event wygrywa, gdy decydentów jest niewielu i znasz ich z nazwiska. Targi wygrywają, gdy dopiero ustalasz, kto jest w twoim segmencie. Jak z targów zrobić rozmowy zamiast pliku wizytówek, opisuję w tekście o leadach z konferencji i targów.
Dla Grupy Topex projektowałem cykle wydarzeń w całej Polsce dla handlowców i dystrybutorów: prezentacje nowych produktów i linii oraz aktywacje wokół nich. W TedGifted prowadziłem trasę po targach europejskich razem z liczeniem wyników, od produktu i katalogu po rozliczenie rozmów.
Jestem projektantem doświadczeń biznesowych. Prowadzę Event Marketing Institute w Poznaniu, wykładam na WSB Merito Poznań, należę do Rady Sektorowej ds. Kompetencji Komunikacji Marketingowej. Jestem autorem książki Event Management dla początkujących (i nie tylko) z 2025 roku. Pracuję też jako interim marketing director po stronie klientów, więc brief znam z obu stron stołu.
Planujesz wydarzenie i chcesz, żeby ktoś odpowiadał za jego wynik? Umów konsultację, a przejdziemy przez cztery decyzje na twoim przypadku.
Zacznij od listy decydentów, których chcesz poznać, nie od programu. Ustal jedno zachowanie po wydarzeniu, na przykład umówione spotkanie, i ułóż scenariusz tak, żeby każdy punkt do niego prowadził. Po evencie licz rozmowy z gośćmi z listy w uzgodnionym oknie.
Podziel koszt wydarzenia przez liczbę rozmów handlowych z właściwymi gośćmi, a potem śledź, ile z nich przeszło w ofertę i sprzedaż. Wymaga to znacznika „event” przy kontaktach w CRM i daty pierwszej rozmowy.
Zależy od tego, czy znasz swoich odbiorców z nazwiska. Gdy znasz, własne wydarzenie daje kontrolę nad listą gości i scenariuszem. Gdy dopiero szukasz segmentu, targi dają zasięg przy niższym koszcie pierwszego kontaktu.
Sprawdź trzy rzeczy: czy ktoś pyta o cel biznesowy i miernik, zanim poda cenę, czy oferta zawiera raport po wydarzeniu i kto po stronie firmy odpowiada za wynik. Agencja realizuje zlecenie, doradca ustala, co zlecenie ma przynieść.
Doświadczenia dla marek projektują agencje, studia kreatywne i niezależni konsultanci. Piotr Kalewski robi to jako projektant doświadczeń biznesowych: od celu i miernika, przez scenariusz, po raport z wyniku wydarzenia.
Piotr Kalewski jest projektantem doświadczeń biznesowych z Poznania, CEO Event Marketing Institute, wykładowcą WSB Merito Poznań i autorem książki „Event Management dla początkujących (i nie tylko)” z 2025 roku. Pracuje także jako interim marketing director po stronie klientów.

W artykule znajdziesz: godzinowy scenariusz śniadania biznesowego na 90 minut, sposób liczenia kosztu na osobę obecną, a nie zaproszoną, oraz zasady rozsadzenia, które decydują o tym, czy goście w ogóle ze sobą porozmawiają.
Śniadanie biznesowe ma dwie przewagi nad konferencją: kosztuje mniej i kończy się przed dziewiątą, więc nikt nie traci dnia. Ma też słabość, której organizatorzy nie widzą, dopóki nie przeprowadzą trzeciego: dziewięćdziesiąt minut przy stole z obcymi ludźmi to czas, w którym rozmowa albo ruszy w pierwszym kwadransie, albo nie ruszy wcale.
Krótka odpowiedź: śniadanie biznesowe zorganizuj na 20 do 40 osób, w dziewięćdziesiąt minut, z jednym wystąpieniem do 20 minut i co najmniej 30 minutami rozmów przy stołach z zadanym pytaniem. Koszt licz na osobę obecną, nie zaproszoną, bo przy dwudziestoprocentowej nieobecności koszt jednostkowy rośnie o jedną czwartą. Rozsadzenie przygotuj z góry.
Pierwsze dwadzieścia minut decyduje o reszcie. Freeman i IMEX przebadali w 2025 roku ponad 2600 uczestników i organizatorów wydarzeń: 51 procent uczestników wraca na wydarzenia ze względu na networking, a 30 procent ma problem z rozpoczęciem rozmowy. Ludzie przychodzą po rozmowy i jednocześnie nie wiedzą, jak zacząć.
Dlatego przy wejściu ustaw dwie rzeczy: kartę z przypisanym stolikiem i jedno pytanie na kartce, na przykład „nad czym pracujesz w tym kwartale”. Moja opinia: takie pytanie otwiera rozmowę lepiej niż „czym się zajmujesz”, bo wymaga odpowiedzi zdaniem, nie nazwą stanowiska. Osoba przy drzwiach wita po imieniu i kieruje do stołu, a nie do bufetu.
Gospodarz mówi, po co ludzie się spotkali, jak wygląda plan i co się stanie o 8:15. Pięć minut, bez historii firmy i bez przedstawiania wszystkich sponsorów. Najważniejsza informacja to godzina zakończenia, bo ona uspokaja osoby z poranną rozmową o dziewiątej.
Jeśli prowadzisz wydarzenie sam, przećwicz ten fragment na głos z zegarem. Zasady prowadzenia dyskusji z sali opisałem w tekście o moderowaniu panelu.
Jedno, nie trzy. Prelegent dostaje temat zawężony do jednej decyzji, którą goście mogą podjąć w tym kwartale. Zalecam 45 minut rozmowy przygotowawczej z prowadzącym. Dwadzieścia minut kończy się wcześniej niż koncentracja, a zostawia miejsce na pytanie z sali.
Prelegent nie rozdaje materiałów i nie prezentuje oferty firmy. Po wystąpieniu prowadzący zadaje jedno pytanie, które stół będzie omawiał przez następne pół godziny. Zaplanowanie pytania razem z prelegentem to najważniejszy element programu.
Dla tego bloku goście przyszli. Przy każdym stole pięć lub sześć osób, jedno pytanie na kartce i prowadzący stołu, który dba o to, żeby wszyscy powiedzieli co najmniej jedno zdanie. Prowadzący stołu może być osobą z zespołu organizatora albo zaproszonym gościem, który wcześniej dostał trzy zdania instrukcji.
Rozsadzenie zmienia najwięcej. Rozdziel osoby z tej samej firmy i osoby, które przyszły razem. Z moich obserwacji rozsadzenie czterdziestu gości zajmuje około pół godziny i zwiększa szansę, że ktoś wyjdzie z nowym kontaktem. Opis projektowania pierwszej rozmowy między uczestnikami znajdziesz w tekście o networkingu na wydarzeniu.
Każdy stół mówi jedno zdanie: co z rozmowy zabiera ze sobą. Prowadzący zbiera zdania i dopisuje kolejny krok, na przykład termin następnego śniadania albo listę uczestników, którzy zgodzili się na udostępnienie kontaktu. Dziesięć minut wystarczy, a zamknięcie daje poczucie, że spotkanie coś wyprodukowało.
Po zamknięciu zostaw piętnaście minut wolnych rozmów i kawy. Z moich obserwacji goście, którzy zaczęli dobrą rozmowę przy stole, chcą ją skończyć na stojąco, więc nie wyłączaj muzyki i nie zaczynaj sprzątania.
Koszt wydarzenia licz na osobę obecną. Scenariusz liczbowy, hipotetyczny: koszty stałe wynoszą 6 000 zł, zmienne 90 zł na zaproszonego, a zaproszonych jest 40. Przy pełnej frekwencji koszt na osobę wynosi 240 zł. Gdy przychodzi 30 osób, a catering zamówiono na 40, koszt na obecną osobę rośnie do 320 zł. Różnica wynosi jedną trzecią i wynika wyłącznie z nieobecności.
Jak ograniczać nieobecność, opisałem w tekście o no-show na wydarzeniu firmowym, a projekt rejestracji, który zmniejsza liczbę osób zapisanych bez zamiaru przyjścia, w tekście o rejestracji na wydarzenie. Nie znalazłem publicznie dostępnego benchmarku kosztu śniadania biznesowego w Polsce, więc powyższe kwoty to przykład struktury, nie cennik.
Mniejszą wersję tego formatu, od dwudziestu osób, opisałem w tekście o tym, jak zacząć budowę kapitału relacyjnego od dwudziestu osób.
Od 20 do 40. Poniżej dwudziestu trudno o różnorodność rozmów, powyżej czterdziestu trzeba drugiej osoby do prowadzenia stołów, a koszt koordynacji rośnie szybciej niż liczba gości.
To zależy od celu. Z moich obserwacji wydarzenie bezpłatne łatwiej zapełnić, ale ma wyższą nieobecność, a opłata, nawet symboliczna, zmniejsza liczbę osób zapisanych bez zamiaru przyjścia. Nie mam badania, które by to potwierdzało. Przy zaproszeniach indywidualnych płatność zwykle nie jest potrzebna.
Moja rada: raz w miesiącu lub raz na kwartał, w stałym dniu tygodnia. Rytm ważniejszy jest od jednego dobrego wydarzenia, bo goście wracają na format, który znają, a nie na pojedyncze spotkanie.
Planujesz cykl spotkań branżowych i chcesz zaprojektować format pod swoich gości? Umów konsultację 1:1 (250 zł netto za 60 minut, pakiet 850 zł) i przejdziemy przez scenariusz godzina po godzinie.

Z tekstu dowiesz się: co włożyć do welcome packa, żeby nowa osoba w poniedziałek rano wiedziała, gdzie siedzi, z kim zaczyna i co ma zrobić do piątku, oraz które elementy klasycznego pudełka z gadżetami możesz zostawić w szufladzie.
Scenariusz A. Poniedziałek, godzina dziewiąta. Nowa osoba dostaje karton: bluza z logo, kubek, notes, smycz, długopis. Laptop jeszcze jedzie od IT, opiekun jest na urlopie, a kalendarz na ten tydzień jest pusty. Karton zajmuje dziesięć minut. Resztę dnia spędza przy kawie z firmowego kubka.
Scenariusz B. Poniedziałek, godzina dziewiąta. Nowa osoba dostaje kopertę: kartkę z planem pierwszego tygodnia, imię i numer opiekuna, listę pięciu osób, z którymi spotka się do piątku, i jedno zdanie od przełożonego o tym, co ma być zrobione do końca miesiąca. Bluzy nie ma. Laptop stoi włączony.
Obie sceny są hipotetyczne, a różnica między nimi dotyczy pierwszego dnia w pracy, nie budżetu. Scenariusz B kosztuje mniej niż A i robi większą część roboty, której firma oczekuje od onboardingu.
Krótka odpowiedź: welcome pack powinien zawierać plan pierwszych trzydziestu dni, imię i kontakt opiekuna, listę osób do poznania, jedno zadanie na koniec pierwszego miesiąca i dostęp do narzędzi w dniu startu. Przedmioty z logo są dodatkiem, nie rdzeniem. Pierwszego dnia nowa osoba chce wiedzieć, co jej wolno i czego się od niej oczekuje.
Gallup podaje w publikacji o onboardingu z 2019 roku, że tylko 12 procent pracowników silnie zgadza się, że ich organizacja świetnie wdraża nowych pracowników. Dane dotyczą Stanów Zjednoczonych i nie sprawdzałem, czy w Polsce wynik jest podobny.
Ten sam materiał pokazuje, że gdy menedżer aktywnie uczestniczy w onboardingu, nowi pracownicy 3,4 raza częściej silnie zgadzają się, że ich onboarding był znakomity. Tekst Gallupa o wdrażaniu przy pracy zdalnej z 2021 roku wskazuje, że tylko 29 procent nowych pracowników czuje się w pełni przygotowanych i wspieranych w nowej roli. Według Gallupa osiągnięcie pełnej wydajności zajmuje nowej osobie zwykle około dwunastu miesięcy.
Wniosek dla welcome packa jest praktyczny. Wartość pakietu rośnie, gdy zawiera element, który angażuje przełożonego, a spada, gdy jest paczką od działu HR. Koszty, jakie firma ponosi, gdy ktoś odchodzi po kilku miesiącach, policzyłem w tekście o kosztach rotacji pracowników.
Pięć elementów wystarczy, żeby pierwszy tydzień miał strukturę:
Każdy z elementów odpowiada na jedno pytanie, które nowa osoba ma w głowie, ale rzadko zadaje: co mam robić, do kogo pójść, kogo poznać, po czym mnie ocenią i czy mogę zacząć pracę. Rozpisany proces onboardingu na pierwsze trzydzieści dni znajdziesz w tekście o onboardingu nowego pracownika.
Przedmioty z logo mogą być miłym dodatkiem, ale nie niosą informacji, której nowa osoba potrzebuje. Bluzę, kubek i długopis możesz wręczyć drugiego dnia, na kolejnym spotkaniu, albo wcale. Jeśli przedmiot ma sens, wybierz taki, którego ta osoba użyje w pracy: dobry notes, przydatny element wyposażenia stanowiska.
Moja opinia: im więcej przedmiotów w pierwszym pakiecie, tym mniej uwagi na rzeczy, które decydują o pierwszym miesiącu. Nie mam badania, które porównywałoby welcome packi z gadżetami i bez nich pod kątem retencji, więc to wniosek z logiki, nie z danych. Obietnicę, którą firma składała w ogłoszeniu, powinien potwierdzić pierwszy dzień. Jak przełożyć propozycję wartości dla pracownika na doświadczenie, opisałem osobno, a kandydatom na etapie rekrutacji poświęciłem tekst o candidate experience na wydarzeniu rekrutacyjnym.
Pakiet z przedmiotami mówi nowej osobie, że jest mile widziana. Pakiet z planem mówi jej, co ma robić, a to pierwsze pytanie, na które szuka odpowiedzi. Zacznij od planu, a przedmiot dołóż, jeśli zostanie budżet.
Nie ma ogólnej stawki. Sam plan na kartce kosztuje czas przełożonego i opiekuna, a przedmioty zależą od wyboru. Zacznij od czasu, który przełożony poświęci w pierwszym tygodniu, bo to on decyduje o wyniku.
Ma, i to większy. Pakiet wysłany przed startem może zawierać plan, kontakty i sprzęt, a nowa osoba nie widzi wtedy sali i ludzi. Plan i imię opiekuna zastępują to, co w biurze nowa osoba zobaczyłaby sama.
Przełożony i HR razem. HR odpowiada za dostępy i formalności, przełożony za plan, zadanie i listę osób. Pakiet przygotowany wyłącznie przez HR traci element, który według Gallupa wyraźnie podnosi ocenę onboardingu: udział menedżera.
Budujesz proces wdrożenia i chcesz przejść przez pierwsze trzydzieści dni własnego zespołu? Umów konsultację 1:1 (250 zł netto za 60 minut, pakiet 850 zł) i przynieś obecny plan onboardingu.
Dołącz do społeczności świadomych marketerów i otrzymaj pakiet bonusów za darmo! 🎉 Co 2 tygodnie wyślemy Ci też newsletter pełen konkretnych inspiracji z obszaru marketingu doświadczeń.