Event Marketing Institute Sp. z o.o.
Iwonicka 3, 60-473 Poznań
NIP 7812066079
REGON 527890052
KRS 0001090243
REGON 527890052
KRS 0001090243
© 2024 Kalewski copy
Z tego artykułu dowiesz się, dlaczego pierwszy firmowy event najczęściej rozbija się o brak jednego celu, jak stopniować skalę zamiast porywać się na dwudniową konferencję, kogo musisz mieć w zespole projektowym od pierwszego dnia i co zaplanować, żeby po demontażu sceny zostało coś więcej niż zdjęcia.
Firma podejmuje decyzję. Robimy nasz pierwszy firmowy event. Entuzjazm w zespole jest ogromny, pojawiają się pomysły na atrakcje, dobór prelegentów i spektakularną scenografię. Szybko jednak ten zapał zderza się z rzeczywistością logistyki, twardymi ograniczeniami budżetu i brakiem operacyjnego doświadczenia. Organizacja pierwszego wydarzenia to test, który momentalnie obnaża braki w strategii.
Event to narzędzie biznesowe. Jeśli po jego zakończeniu nie zachodzi konkretna zmiana w organizacji, postawach pracowników lub sprzedaży, to wcale nie zaprojektowaliśmy doświadczenia. Zorganizowaliśmy po prostu bardzo drogi festyn.
Brak precyzyjnego celu biznesowego to najszybsza droga do przepalenia budżetu. Zanim zaczniesz przeglądać katalogi hoteli, ustal jedną, konkretną funkcję projektu. Wymieniając najczęstsze błędy przy organizacji eventu, na pierwszym miejscu stawiam próbę upieczenia trzech pieczeni na jednym ogniu. Wydarzenie musi realizować konkretne zadanie: wspierać sprzedaż, budować postawy pracowników w ramach działań HR lub wzmacniać wizerunek marki. Te kierunki rzadko idą w parze.
Wyobraź sobie próbę połączenia integracyjnej imprezy dla pracowników z eleganckim spotkaniem dla kluczowych klientów. Znam takie przypadki z praktyki, to niemal zawsze kończy się katastrofą. Rozluźnieni po alkoholu pracownicy i najważniejsi kontrahenci na jednej sali to tykająca bomba wizerunkowa, nad którą nikt nie jest w stanie zapanować.
Zanim podpiszesz jakąkolwiek umowę, zadaj sobie jedno pytanie diagnozujące: co uczestnik ma zrobić lub zapamiętać po wyjściu z sali? Jeżeli jedyną odpowiedzią, jaka przychodzi ci do głowy, jest „dobra zabawa", to znak, że planujesz imprezę rekreacyjną. Dobrze zaprojektowany event zostawia po sobie precyzyjny ślad biznesowy. Ten sam mechanizm sprawdzasz później w briefie eventowym: jeśli celu nie da się zapisać jednym zdaniem, jeszcze go nie ma.
Firmy często wpadają w pułapkę budowania wydarzenia z gotowego katalogu atrakcji. Patrzą na rynek i ślepo naśladują to, co zrobił lider branży. Organizator zatrudnia znane twarze, bo takie nazwiska pojawiły się u konkurencji. Potem ze zdumieniem obserwuje pustą salę.
Błąd leży w fałszywym założeniu, że znana twarz sprzeda każdy bilet. Dla technicznej grupy docelowej, inżynierów lub deweloperów, od znanych nazwisk znacznie ważniejsze będą merytoryczne konkrety i specyfikacje rozwiązań. Inna grupa może w ogóle nie potrzebować długich prelekcji, preferując wieczorną integrację z dobrym zespołem muzycznym.
Zanim zaplanujesz program i zaczniesz rezerwować prelegentów, zapytaj swoją grupę docelową. Dowiedz się, czego w ogóle oczekują od spotkania z twoją marką i po co mieliby poświęcić na nie swój prywatny lub zawodowy czas.
Kiedy firmy zastanawiają się, jak zorganizować event, od razu porywają się na gigantyczne realizacje. Zamiast budować roadshow po Polsce lub dwudniową konferencję z noclegami, na którą ludzie z reguły nie mają czasu, zastosuj metodę małych kroków. Skaluj proces powoli.
Zrób czterogodzinne spotkanie z jednym, merytorycznym prelegentem. Jeśli format wypali, za pół roku dodaj do tego lunch i dłuższą przestrzeń networkingową. Jeśli uczestnicy wyrażą chęć na więcej, dopiero za rok spróbuj formatu całodniowego z popołudniowym afterparty.
Obalmy też mit, że stworzenie wartościowego doświadczenia wymaga ogromnego budżetu. W jednym z projektów wykorzystaliśmy zaprzyjaźnioną knajpę w poniedziałek, czyli w najsłabszy dzień dla lokalu. Ściągnęliśmy lokalny browar kraftowy do darmowej degustacji w zamian za promocję i zaprosiliśmy znajomego baristę. Prawdziwym kapitałem na starcie są relacje i pomysłowość, a nie wyłącznie wolna gotówka.
Tworzenie wydarzenia w izolacji to powszechny problem. Skuteczne planowanie eventu wymaga różnorodności w zespole projektowym. Potrzebujesz perspektywy ze sprzedaży, kompetencji HR-u oraz ostatecznego decydenta finansowego.
Konsekwencje braku decydenta przy stole bywają brutalne. Przez miesiąc projektujesz merytoryczny program na podstawie briefu, aż na ostatnim etapie prezes stwierdza, że na firmowym jubileuszu musi zagrać konkretna gwiazda, bo lubi ją jego córka. Dodaje przy tym, że dostępny budżet wynosi dokładnie 33 tysiące złotych.
Obecność osoby decyzyjnej od samego początku ukraca odrealnione pomysły i weryfikuje ramy kosztowe. Dzięki temu unikasz później cięcia budżetu do kości na kluczowych dla doświadczenia elementach. Zapobiega to sytuacjom, w których rezygnujesz z profesjonalnego konferansjera, a scenę oddajesz przypadkowej osobie z zespołu, kładąc całą dynamikę spotkania. Jak rozłożyć te pieniądze z głową, rozpisałem we wpisie o planowaniu budżetu imprezy firmowej.
W operacyjnym projektowaniu wydarzeń optymizm jest ryzykowny. Profesjonalista nie zastanawia się, czy na evencie coś się zepsuje. On wie, że tak będzie, i szacuje jedynie, ile rzeczy wysypie się w trakcie samej realizacji. Zarządzanie ryzykiem to stały fragment tej gry.
Lista potencjalnych pożarów jest bardzo długa. Główna gwiazda dzwoni i odwołuje swój występ na dwie godziny przed wejściem na scenę. Catering niespodziewanie kończy się po dwóch godzinach trwania eventu. Szklane statuetki, które masz wręczyć kluczowym klientom, tłuką się w transporcie. Albo, jak podczas naszej realizacji w Miasteczku Śląskim, spada nagle 10 cm wody i trzeba ewakuować kilkutysięczny piknik z zalanego placu.
Uczestnik wydarzenia ma prawo nie zauważyć pożarów na zapleczu. Rolą organizatora jest gaszenie ich w taki sposób, by doświadczenie klienta pozostało nienaruszone. Plan B, C, a nawet D to obowiązkowy element przygotowań na każdym polu.
Jak zbudować taki plan i kto ma podejmować decyzje w trakcie zdarzenia, opisałem w tekście o planie awaryjnym i zarządzaniu kryzysem na evencie.
Kiedy podwykonawcy zwijają kable, a ty zdajesz obiekt, projekt wcale się nie kończy. Liczy się to, co po evencie zostaje w organizacji. Wiele firm myli metryki ego z wynikami. Same uśmiechy, klepanie po plecach i zadowolenie z cateringu nie dają jeszcze sukcesu biznesowego.
Zanim wyślesz zaproszenia, ustal twarde kryteria pomiaru. Może to być liczba pozyskanych leadów, zmiana postaw wewnątrz zespołu, dwell time, czyli czas i głębokość zaangażowania uczestnika, czy też wzmianki w mediach. Jeśli nie wiesz, po co organizujesz to spotkanie, nie będziesz w stanie obiektywnie zmierzyć jego efektu. Cały proces zbierania danych i pisania raportu rozłożyłem na części w tekście o ewaluacji eventu firmowego.
Pamiętaj o przedłużeniu życia eventu. Zaplanuj precyzyjne działania follow-up, pozyskaj materiał zdjęciowy i wideo, który wykorzystasz w komunikacji. Nie marnuj zbudowanego kapitału.
Event biznesowy to skomplikowany system. Nie opiera się wyłącznie na jednym wystąpieniu ani na kosztownej scenografii. To ocean detali i dziesiątki punktów styku: od sposobu zaproszenia, przez logistykę na miejscu, aż po działania podejmowane po evencie. Ich suma buduje jedno, spójne doświadczenie.
Organizacja pierwszego projektu nie musi oznaczać wielkich nakładów finansowych. Wymaga jednak dyscypliny, osadzenia w strategii marki oraz gotowości do gaszenia logistycznych pożarów na zapleczu. Jeżeli zadbasz o jeden jasny cel, testowanie i stopniowe skalowanie formatu, obecność decydenta w zespole oraz mierzalny ślad po realizacji, stworzysz mechanizm, który wpływa na biznes.
Jeżeli planujesz wejść w ten proces głębiej, sięgnij po e-booka „Event Management dla początkujących". To praktyczny podręcznik, który krok po kroku, przez konkretne instrukcje i case study, pozwala przejść drogę od briefu do bezpiecznej realizacji. Więcej zakulisowych rozmów o anatomii wydarzeń znajdziesz na moim kanale YouTube „Wejście od zaplecza", między innymi w rozmowie z Maćkiem Sznitowskim.
Od jednego zdania opisującego cel biznesowy i od osoby, która trzyma budżet. Dopiero potem szukasz terminu, miejsca i formatu. Bez tych dwóch rzeczy każda kolejna decyzja jest zgadywanką.
Tyle, na ile pozwala format, który wybierzesz. Czterogodzinne spotkanie z jednym prelegentem w zaprzyjaźnionym lokalu mieści się w kilku tysiącach złotych, konferencja z noclegami w kilkudziesięciu. Skalę dobiera się do celu, nie odwrotnie.
Można, przy małej skali i prostym formacie. Ryzyko rośnie razem z liczbą uczestników, techniką i liczbą podwykonawców. Granicę wyznacza to, czy ktoś w zespole ma czas i doświadczenie, żeby prowadzić projekt operacyjnie, a nie po godzinach.
Odradzam. To dwie różne grupy, dwa różne cele i dwa różne poziomy formalności. Połączenie ich w jednej sali zwykle kończy się tym, że żadna z grup nie dostaje tego, po co przyszła.
Ustal wskaźniki przed wysłaniem zaproszeń i zapisz stan wyjściowy. Przy sprzedaży będą to leady i szanse sprzedażowe, przy HR zmiana postaw i retencja, przy wizerunku zasięg i wzmianki. Satysfakcja uczestników jest metryką operacyjną, nie wynikiem.
Przy małym formacie realny minimalny okres to sześć do ośmiu tygodni, licząc od zamknięcia celu i budżetu. Przy większej skali, z rezerwacją obiektu i prelegentów, planuj kwartał albo więcej.
Dołącz do społeczności świadomych marketerów i otrzymaj pakiet bonusów za darmo! 🎉 Co 2 tygodnie wyślemy Ci też newsletter pełen konkretnych inspiracji z obszaru marketingu doświadczeń.