Event Marketing Institute Sp. z o.o.
Iwonicka 3, 60-473 Poznań
NIP 7812066079
REGON 527890052
KRS 0001090243
REGON 527890052
KRS 0001090243
© 2024 Kalewski copy
Z tego artykułu dowiesz się: jak zachowuje się rynek wydarzeń, gdy uderza w niego kryzys, których trzech odruchów unikać w pierwszym tygodniu, jakie strategie sprawdziły się zamiast odwoływania, co z rozwiązań kryzysowych zostało na stałe i jak przygotować organizację na następny scenariusz, którego nikt nie przewidział.
W marcu 2020 roku branża wydarzeń dowiedziała się czegoś, o czym wcześniej wiedziała teoretycznie: że cały model biznesowy oparty na gromadzeniu ludzi w jednym miejscu może przestać działać w ciągu jednego weekendu.
Pandemia była najostrzejszym przykładem, ale nie jedynym. Powódź, która odcina region na tydzień przed konferencją. Wojna za granicą, po której połowa firm wstrzymuje działania wizerunkowe, bo świętowanie wygląda niestosownie. Kryzys energetyczny i nagły skok kosztów, przez który budżet sprzed pół roku przestaje mieć sens. Awaria infrastruktury, protest, żałoba narodowa.
Nassim Taleb nazwał takie zdarzenia czarnymi łabędziami: rzadkie, nieprzewidywalne, o ogromnych skutkach i, co najciekawsze, wytłumaczalne dopiero po fakcie. Każdy z nas potrafi dziś opowiedzieć, dlaczego 2020 rok musiał tak wyglądać. Nikt tego nie powiedział w styczniu.
Ten tekst nie jest o pandemii. Pandemia jest tu tylko najlepiej udokumentowanym przypadkiem, na którym widać, co się dzieje z wydarzeniami, gdy zmienia się świat dookoła nich. I co robią wtedy organizacje, które wychodzą z tego silniejsze.
Żeby zrozumieć, o jakim ryzyku mówimy, trzeba zobaczyć liczby.
Polski przemysł spotkań przed 2020 rokiem odpowiadał za około 1,5 procenta PKB, dawał około 220 tysięcy miejsc pracy i generował około 35 miliardów złotych rocznych wpływów do budżetu państwa. To nie jest branża od balonów.
Co się z nią stało w ciągu kilkunastu miesięcy? Według badania Stowarzyszenia Komunikacji Marketingowej SAR, Klubu Agencji Eventowych SAR i Stowarzyszenia Branży Eventowej SBE średni roczny spadek realizacji wydarzeń w 2020 roku wyniósł 95 procent w porównaniu z 2019. Przychody spadły średnio o 78 procent. Zatrudnienie w listopadzie 2020 było o 53 procent niższe niż w lipcu tego samego roku, czyli spadało jeszcze w trakcie.
Dane z raportu o przemyśle spotkań pokazują to samo z innej strony: w 2019 roku zaraportowano blisko 24,5 tysiąca spotkań z udziałem co najmniej pięćdziesięciu osób, w 2020 niespełna pięć tysięcy. Od początku pandemii 1816 firm eventowych zamknęło albo zawiesiło działalność.
Zapamiętajcie jedną rzecz z tych liczb: to nie był spadek o kilkanaście procent, z którym radzi sobie dobry controlling. To było zatrzymanie. I dokładnie dlatego warto patrzeć, co zrobili ci, którzy przetrwali.
[GRAFIKA 1: skala załamania rynku wydarzeń w 2020 roku]
Obserwowałem to z bliska i po obu stronach stołu. W pierwszym tygodniu kryzysu organizacje zachowują się w jeden z trzech sposobów i każdy ma swoją cenę.
Odruch pierwszy: odwołać wszystko i czekać. Najbezpieczniejszy pozornie, najdroższy w skutkach. Odwołanie nie zwraca zaliczek, nie odbudowuje relacji z zespołem, który czekał na to spotkanie, i nie daje niczego w zamian. Firma, która przez dwa lata nie zrobiła nic, wraca do punktu, w którym ludzie już się nie znają, a klienci zapomnieli, jak wygląda kontakt poza mailem.
Odruch drugi: zamrozić i przesuwać w nieskończoność. Termin z kwietnia idzie na wrzesień, z września na wiosnę, z wiosny na kolejny rok. Każde przesunięcie kosztuje pracę zespołu, cierpliwość dostawców i wiarygodność w oczach uczestników. Po trzecim przesunięciu nikt już nie wierzy, że to się odbędzie, i przestaje rezerwować czas w kalendarzu.
Odruch trzeci: udawać, że nic się nie stało. Zrobić wydarzenie dokładnie tak, jak planowano, w świecie, który zmienił nastrój. To najkosztowniejszy wariant wizerunkowo. Gala z szampanem w tygodniu żałoby albo huczna impreza integracyjna w firmie, która właśnie zwolniła sto osób, zostaje ludziom w pamięci na lata.
Wspólny mianownik tych trzech odruchów: brak decyzji o zmianie formuły. A to jest jedyna decyzja, która w kryzysie realnie coś daje.
Najszybsza reakcja rynku była oczywista: skoro nie można się spotkać, spotkajmy się przez ekran. Skala tego ruchu była imponująca. Według danych ClickMeeting popularność formatów online i hybrydowych w Polsce wzrosła w 2020 roku o 787 procent w porównaniu z rokiem wcześniejszym.
Tylko że nie każdy event online był tym samym. Szybko okazało się, że są dwie szkoły.
Pierwsza to przeniesienie: bierzemy agendę ze spotkania stacjonarnego, wklejamy ją do kalendarza wideokonferencji i mamy konferencję online. Sześć godzin prezentacji, przerwa obiadowa, w której nikt nie je razem, i panel dyskusyjny, którego nikt nie ogląda do końca. To nie działało wtedy i nie działa teraz.
Druga to przeprojektowanie: skrócone bloki, inny rytm, materiał przygotowany pod ekran, moderator, który pilnuje energii, i przestrzeń na interakcję zamiast biernego oglądania. Agencje, które zrobiły ten drugi krok, wyszły z kryzysu z nową kompetencją. Te, które zostały przy pierwszym, wróciły do stacjonarnych wydarzeń przy pierwszej okazji i niczego się nie nauczyły.
W statystykach za 2020 rok widać, jak mało kto zdążył się przestawić: 80 procent zorganizowanych wydarzeń nadal miało formę stacjonarną, 15,5 procenta wirtualną, a zaledwie 4,5 procenta hybrydową. Online był rozwiązaniem awaryjnym, nie strategią.
Format, który z rozwiązania awaryjnego stał się standardem.
Dobrym przykładem tego myślenia jest Kongres 590. Gdy przepisy uniemożliwiły organizację wydarzenia w zaplanowanej formie, organizatorzy nie odwołali go, tylko przesunęli i przebudowali, inwestując w platformę do zdalnej obsługi konferencji, targów i networkingu oraz w dedykowane studio do realizacji debat. Ich własny komentarz z tamtego czasu wart jest zapamiętania: wydarzenia hybrydowe to przyszłość branży, a pandemia jest tu jedynie katalizatorem przyspieszającym zmiany.
To samo widać było w infrastrukturze. Polska Organizacja Turystyczna wprowadziła do swojego katalogu osobną kategorię dla spotkań hybrydowych i wydarzeń wirtualnych, w której znalazło się blisko czterdzieści miejsc przygotowanych do takiej realizacji. Rynek w kilkanaście miesięcy dorobił się zaplecza, którego wcześniej nie było.
Hybryda ma jednak cenę, o której rzadko się mówi. Jest droższa niż wydarzenie stacjonarne o tej samej skali, bo płacicie za dwie produkcje naraz: salę i realizację wideo. Jest też trudniejsza, bo łatwo zrobić event, w którym publiczność online czuje się gorszym sortem oglądającym cudze spotkanie. Rozbierałem to szczegółowo w tekście o tym, jak zorganizować event hybrydowy, żeby obie strony dostały tę samą jakość.
Najciekawsze rzeczy działy się tam, gdzie ktoś przestał pytać „jak przenieść nasze wydarzenie" i zaczął pytać „co ma się wydarzyć między tymi ludźmi".
Z tego pytania wyszły formaty, które wcześniej nikomu nie przychodziły do głowy. Wydarzenia rozbite na serię mniejszych spotkań w kilku miastach zamiast jednego dużego kongresu. Formaty plenerowe i samochodowe, w których dystans był wpisany w scenariusz, a nie wymuszony. Paczki wysyłane uczestnikom przed spotkaniem online, żeby wszyscy otwierali to samo w tym samym momencie i mieli wspólne doświadczenie mimo odległości. Wydarzenia rozłożone w czasie, w których zamiast jednego dnia było sześć tygodni aktywności.
Ten ostatni pomysł okazał się najtrwalszy. Poland Business Run, największa charytatywna sztafeta biznesowa w Polsce, wprowadził formułę zdalną, w której uczestnik pokonuje swój dystans z dowolnego miejsca na świecie w oknie kilku dni. Rozwiązanie powstałe z konieczności zostało na stałe i dziś biegnie tak kilkadziesiąt tysięcy osób z kilkunastu krajów, także wtedy, gdy nic nie stoi na przeszkodzie, żeby przyjechać.
To jest lekcja numer jeden z każdego kryzysu: ograniczenie wymusza nowe pomysły, a te zostają po tym, jak ograniczenie znika.
[GRAFIKA 2: cztery strategie zamiast odwołania wydarzenia]
Kryzys mija, nawyki zostają. I to jest najbardziej praktyczna część tej historii.
Badanie wśród zleceniodawców z korporacji, firm średniej wielkości, stowarzyszeń i administracji pokazało, że 90 procent z nich zamierza utrzymać format online w strategii działań także po zniesieniu ograniczeń. Osiemdziesiąt procent badanych miało już wtedy za sobą organizację wydarzenia online we własnej firmie. To nie jest powrót do punktu wyjścia, tylko trwałe poszerzenie repertuaru.
Co konkretnie zostało:
Rejestracja i dane. Wydarzenia online wymusiły porządną obsługę zapisów, a przy okazji pokazały, ile można się dowiedzieć o uczestnikach. Dziś nikt nie wraca do listy w arkuszu.
Nagrania jako produkt. Skoro i tak realizujemy wideo, to konferencja przestaje być jednym dniem, a staje się biblioteką materiałów na cały rok. Firmy, które to zrozumiały, przestały liczyć koszt wydarzenia na jeden dzień.
Zasięg ponad geografią. Prelegent z innego kontynentu przestał być wyzwaniem logistycznym i budżetowym. Wystarczy dobre łącze i przemyślana realizacja.
Elastyczność w umowach. O tym niżej, bo to najważniejsza zmiana.
W 2020 roku okazało się, że większość umów eventowych w Polsce była pisana dla świata, w którym nic się nie dzieje.
Klauzula siły wyższej zwykle była, ale brzmiała ogólnie i w praktyce nie odpowiadała na najważniejsze pytania: co z zaliczkami, kto ponosi koszty już poniesione, czy wydarzenie można przenieść zamiast odwołać, na jak długo i ile razy. Pytania oczywiste dopiero wtedy, gdy trzeba na nie odpowiedzieć w tydzień.
Co warto mieć w umowie po tamtej lekcji, niezależnie od tego, czy jesteście klientem, czy organizatorem:
Zdefiniowane zdarzenia nadzwyczajne. Nie tylko „siła wyższa", ale konkretnie: decyzje administracyjne uniemożliwiające realizację, żałoba narodowa, klęska żywiołowa w miejscu wydarzenia, awaria infrastruktury obiektu.
Ścieżka przeniesienia przed ścieżką odwołania. Zapis, że pierwszą reakcją jest ustalenie nowego terminu w określonym oknie czasowym, a odwołanie następuje dopiero, gdy to niemożliwe.
Podział kosztów już poniesionych. Wykonawca zamówił scenografię, opłacił artystę, wynajął sprzęt. Uzgodnijcie z góry, co dzieje się z tymi pieniędzmi w każdym ze scenariuszy.
Wariant zastępczy. Zapis, że w razie braku możliwości realizacji stacjonarnej strony przechodzą do formuły online lub hybrydowej z określoną korektą wynagrodzenia. To zamienia katastrofę w zmianę zakresu.
Te cztery punkty to dziś standard w dobrze prowadzonych projektach. Kilka lat temu były egzotyką. Więcej o tym, co powinno znaleźć się w dokumentach jeszcze przed umową, w tekście o dobrym briefie eventowym.
Nie da się przewidzieć konkretnego zdarzenia. Da się przygotować organizację tak, żeby reagowała szybciej niż konkurencja.
Miejcie wariant B zapisany, nie wymyślany na miejscu. Przy każdym większym wydarzeniu odpowiedzcie z góry na trzy pytania: co robimy, jeśli nie możemy się spotkać stacjonarnie, co robimy, jeśli budżet spadnie o połowę, co robimy, jeśli nastrój społeczny wyklucza świętowanie. Trzy akapity w dokumencie projektowym, nie trzy dni warsztatów.
Trzymajcie rezerwę i traktujcie ją jak pozycję, nie jak zapas. Przy wydarzeniach z wysokim ryzykiem zewnętrznym dziesięć do piętnastu procent budżetu to minimum.
Rozłóżcie wydarzenia w czasie. Firma, która ma jedno duże wydarzenie w roku, przy pierwszym kryzysie traci wszystko. Firma, która ma cztery mniejsze, traci jedno.
Zbudujcie kompetencję, zanim będzie potrzebna. Zespół, który raz w roku robi coś online, w kryzysie nie zaczyna od zera. To jest dokładnie ta przewaga, którą zbudowały agencje, które w 2020 roku nie przeczekały, tylko nauczyły się nowych formatów.
Ustalcie, kto podejmuje decyzję. W kryzysie najdroższe nie jest złe rozstrzygnięcie, tylko jego brak przez tydzień. Sposób prowadzenia takich sytuacji rozbieram w tekście o planie awaryjnym na evencie.
[GRAFIKA 3: checklista gotowości organizacji na scenariusz kryzysowy]
Najbardziej codzienny przypadek tego wszystkiego to spotkanie świąteczne. Wydarzenie, które w wielu firmach jest jedynym momentem w roku, gdy widzą się wszyscy.
Gdy nie da się go zrobić w tradycyjnej formie, wracają te same trzy odruchy: odwołać, przesunąć albo udawać. I ta sama odpowiedź: zmienić formułę, nie rezygnować z celu. Zdalne spotkanie świąteczne ma sens w konkretnych warunkach i traci go w innych, a granica przebiega dokładnie tam, gdzie kończy się wspólne doświadczenie, a zaczyna transmisja. Napisałem o tym osobno: czy zdalne świętowanie ma sens i kiedy lepiej odpuścić.
Ta sama logika działa przy integracji, konferencji klienckiej i gali jubileuszowej. Pytanie nigdy nie brzmi „czy zrobić to online". Brzmi „co miało się między tymi ludźmi wydarzyć i jak to osiągnąć w warunkach, które mamy".
Przenieść, jeśli da się wskazać konkretne okno czasowe i jeśli to pierwsze przesunięcie. Przy trzecim przesunięciu uczestnicy przestają wierzyć w termin, a koszty pracy zespołu przewyższają wartość wydarzenia. Wtedy lepiej zmienić formułę niż datę.
Zależy od skali, ale zasada jest stała: hybryda jest droższa niż wydarzenie stacjonarne o tej samej liczbie uczestników na sali, bo dochodzi pełna realizacja wideo, obsługa platformy i moderacja publiczności online. Oszczędność pojawia się dopiero wtedy, gdy dzięki hybrydzie zwiększacie zasięg bez zwiększania sali.
Cztery rzeczy: zdefiniowane zdarzenia nadzwyczajne, ścieżkę przeniesienia terminu przed ścieżką odwołania, podział kosztów już poniesionych i wariant zastępczy w formule online lub hybrydowej z korektą wynagrodzenia.
Mają, ale w innej roli niż w kryzysie. Sprawdzają się przy krótkich formatach informacyjnych, szkoleniach, spotkaniach z rozproszonym zespołem i przy prelegentach z zagranicy. Nie sprawdzają się tam, gdzie celem jest zbudowanie relacji między ludźmi, którzy się nie znają.
Przy wydarzeniach o niskim ryzyku zewnętrznym pięć do dziesięciu procent. Przy plenerowych, wielodniowych i tych, które zależą od czynników poza waszą kontrolą, dziesięć do piętnastu. Rezerwa to pozycja w budżecie, nie nadwyżka, która zostaje na koniec.
Od trzech akapitów w dokumencie projektowym przy najbliższym wydarzeniu: co robimy bez możliwości spotkania stacjonarnego, co przy budżecie mniejszym o połowę, co przy nastroju społecznym wykluczającym świętowanie. Sam fakt, że ktoś to spisał, skraca czas reakcji z tygodnia do dnia.
Jeśli planujecie wydarzenie, przy którym pytanie „a co, jeśli" wisi w powietrzu i nikt nie chce go zadać głośno, napiszcie do mnie. Przejdziemy scenariusze zanim będą potrzebne. To zajmuje godzinę, a oszczędza tydzień paniki.
Dołącz do społeczności świadomych marketerów i otrzymaj pakiet bonusów za darmo! 🎉 Co 2 tygodnie wyślemy Ci też newsletter pełen konkretnych inspiracji z obszaru marketingu doświadczeń.