Event Marketing Institute Sp. z o.o.
Iwonicka 3, 60-473 Poznań
NIP 7812066079
REGON 527890052
KRS 0001090243
REGON 527890052
KRS 0001090243
© 2024 Kalewski copy
Najważniejsze tezy: Informacja prasowa trafia do publikacji wtedy, gdy zawiera zmianę ważną dla czytelników redakcji, a komunikat o firmie takiej zmiany zwykle nie niesie. Kilkanaście dopasowanych wysyłek daje więcej publikacji niż masowy mailing do stu adresów.
Dziesięć informacji prasowych w kwartale. Rozesłane do stu adresów, każda z logotypem w nagłówku i cytatem prezesa w trzecim akapicie. Publikacji: zero. Odpowiedzi: dwie, obie automatyczne.
Wniosek, który zwykle pada na spotkaniu: dziennikarze nie interesują się naszą branżą. Prawdziwy powód jest inny i mniej wygodny: wysłaliście dziesięć razy tę samą rzecz, która nie jest informacją.
Bo dostają materiał, który nie odpowiada na pytanie „dlaczego mój czytelnik ma to przeczytać dzisiaj".
Firmowy komunikat jest pisany z perspektywy nadawcy: co zrobiliśmy, co uruchomiliśmy, kogo zatrudniliśmy. Informacja jest pisana z perspektywy odbiorcy: co się przez to zmienia, dla kogo i jak bardzo.
Nowy członek zarządu to wewnętrzne wydarzenie. Nowy członek zarządu, który przejmuje spółkę po roku spadków i zapowiada zamknięcie dwóch linii produkcyjnych, to informacja. Ta sama sytuacja, dwie różne wartości dla redakcji.
Redakcja nie odrzuca Waszego materiału dlatego, że jest za mało dopracowany. Odrzuca go dlatego, że po przeczytaniu nie wie, co się właściwie stało.
Cztery rzeczy, których brak przesądza o losie materiału.
Materiał, który nie ma żadnej z tych czterech rzeczy, nie jest słabo napisany. On po prostu nie jest informacją i żadna redakcja go nie uratuje.
Bo prawie nigdy nic nie wnosi. „Cieszymy się, że możemy zaoferować naszym klientom jeszcze lepsze rozwiązania" to zdanie, które można wkleić do dowolnego komunikatu dowolnej firmy w dowolnej branży.
Cytat ma sens, gdy zawiera to, czego nie ma w reszcie tekstu: ocenę, prognozę, przyznanie się do trudnej decyzji albo liczbę. „Zamykamy tę linię, bo przez trzy lata nie znaleźliśmy dla niej rynku" jest cytatem. Reszta to wypełniacz, który redakcja i tak wytnie.
Praktyczna zasada: jeśli cytat da się wstawić do materiału konkurencji bez zmiany sensu, wywalcie go albo napiszcie od nowa.
Kolejność jest odwrotna do tej, którą podpowiada instynkt korporacyjny.
Dołóż materiały, które oszczędzają redakcji pracę: zdjęcia w wysokiej rozdzielczości z podpisami, dane w edytowalnej formie, gotowy opis firmy w trzech zdaniach. Materiał, który wymaga dopytywania, przegrywa z tym, który da się opublikować od razu.
Nie do bazy stu adresów. Do kilkunastu osób, które piszą o tym konkretnie, sprawdzonych przed wysyłką: czy nadal pracują w tej redakcji i czy nadal zajmują się tym tematem.
W temacie maila napisz, co się stało, a nie „informacja prasowa firmy X". Treść informacji wklej w wiadomość, a załącznik traktuj jako dodatek. Dziennikarz czytający dwieście maili dziennie nie otwiera plików, żeby sprawdzić, czy coś jest ciekawe.
Kilkanaście dopasowanych wysyłek daje więcej publikacji niż masowy mailing, a przy okazji buduje coś, czego masówka nie zbuduje: rozpoznawalność nadawcy, który nie zabiera czasu bez powodu.
Przyznać to i nie wysyłać. Trzy komunikaty bez wartości kosztują Was uwagę przy czwartym, który będzie miał znaczenie.
W okresach bez wydarzeń działają inne narzędzia. Komentarz eksperta do tematu, który akurat jest w mediach, wysłany tego samego dnia. Własne dane, nawet drobne, ale policzone i nigdzie indziej niedostępne. Case, w którym opisujecie, jak coś rozwiązaliście, razem z tym, co poszło nie tak.
Możecie też produkować własne okazje. Wydarzenie, badanie branżowe, raport z Waszych danych. To są rzeczy, o których da się napisać. O tym, jak zaplanować takie okazje w kalendarzu, pisałem przy okazji tekstu o promocji wydarzenia, a o samej konstrukcji opowieści w tekście o roli storytellingu.
Pierwszy kontakt z dziennikarzem nawiąż wtedy, gdy niczego od niego nie chcesz. Wtedy rozmowa jest tania dla obu stron.
Zacznij od czytania. Wiedza o tym, co ta osoba pisała w ostatnim półroczu, ustawia całą korespondencję, bo pozwala napisać, dlaczego akurat do niej piszesz. To jedno zdanie odróżnia mail dopasowany od masówki.
Bądź źródłem, nie petentem. Gdy redakcja pracuje nad tematem z Waszej branży, komentarz albo dane wysłane bez pytania o publikację Waszej nazwy budują pozycję na kolejne miesiące. Dziennikarze wracają do osób, które oddzwaniają i mówią konkretnie, także wtedy, gdy temat nie dotyczy ich firmy.
Reaguj szybko albo mów wprost, że nie zdążycie. Cisza po pytaniu z redakcji kosztuje więcej niż odmowa, bo materiał i tak powstanie, tylko bez Waszego głosu.
Najtrwalszym rozwiązaniem problemu „nie mamy o czym pisać" jest przestać czekać na okazje i zacząć je produkować. Wydarzenie robi to lepiej niż jakiekolwiek inne narzędzie marketingowe, bo generuje jednocześnie cztery rzeczy, których redakcje potrzebują: datę, bohaterów, dane i zdjęcia.
Konferencja z własnym badaniem branżowym daje materiał na trzy fale: zapowiedź z tezą badania, wyniki ogłoszone na scenie i komentarze uczestników po wydarzeniu. Debata z udziałem osób, które publicznie się nie zgadzają, daje napięcie, którego komunikat produktowy nie ma. Spotkanie z klientami daje case'y opowiedziane cudzym głosem, a to waży więcej niż Wasza własna narracja.
Warunek jest jeden: wydarzenie musi mieć tezę, sama agenda to za mało. Wydarzenie, po którym nie da się napisać jednego zdania o tym, co się zmieniło w branży albo w Waszym podejściu, jest spotkaniem bez informacji. O tym, jak takie wydarzenie ułożyć od strony organizacyjnej, pisałem w tekście o tym, jak zorganizować konferencję.
Publikacji nie blokuje jakość redakcyjna Waszych materiałów, tylko brak informacji w środku. Zanim wyślesz kolejny komunikat, sprawdź, czy potrafisz w jednym zdaniu powiedzieć, co się zmieniło i dla kogo.
Projektuję doświadczenia biznesowe i pomagam firmom produkować okazje, o których da się napisać, zamiast wysyłać komunikaty, które nikogo nie obchodzą. Jeśli chcesz to ustawić u siebie, odezwij się.
Do dwóch tysięcy znaków w treści maila, reszta w materiałach dodatkowych. Materiał, w którym najważniejsza rzecz nie mieści się na jednym ekranie telefonu, wymaga skrócenia, a nie kolejnego akapitu tła.
Rzadko. Masowa dystrybucja podnosi liczbę wysyłek, nie liczbę publikacji. Te same pieniądze wydane na przygotowanie własnych danych albo dobrego materiału zdjęciowego pracują znacznie lepiej.
Rano, na początku tygodnia, poza dniami dużych wydarzeń branżowych i politycznych. Chodzi o to, żeby nie konkurować z tematem, który i tak wygra.
Jeden krótki follow-up po dwóch, trzech dniach, z nową informacją albo propozycją rozmowy. Nie trzy przypomnienia. Brak odpowiedzi jest odpowiedzią i warto ją uszanować, jeśli chcecie wysyłać cokolwiek jeszcze w przyszłości.
Nie, żeby wysłać dobry materiał. Agencja przyspiesza dotarcie i zna redakcje, ale nie wymyśli za Was informacji, której nie ma. Zaczynajcie od treści, nie od pośrednika.
Rzadko bezpośrednio i nie tego się po nich oczekuje. Budują wiarygodność, która skraca dystans w rozmowach handlowych i rekrutacyjnych. Rozliczanie PR-u z leadów kończy się zwykle likwidacją działania, które pracowało na zupełnie innym poziomie.
Branżowe są łatwiejsze i często cenniejsze, bo czyta je Wasz rynek. Duży tytuł ogólny robi wrażenie wewnątrz firmy, ale rzadko trafia w osoby, które podejmują decyzje zakupowe w Waszej kategorii.


W skrócie: Piotr Kalewski projektuje wydarzenia firmowe jako narzędzie sprzedaży i marketingu. Zaczyna od celu biznesowego zapisanego w jednym zdaniu i od miernika, potem układa scenariusz doświadczenia pod jedno zachowanie gości, a po wydarzeniu oddaje raport: kto z właściwej grupy przyszedł, co zrobił dalej i ile kosztowała każda rozmowa handlowa.
Wydarzenie jest kosztem, gdy budżet powstaje z faktury za salę, catering i scenę, a cel dopisuje się na końcu. Jest inwestycją, gdy przed pierwszym zamówieniem ktoś zapisze, co ma się zmienić w sprzedaży albo w relacjach z klientami, i do kiedy.
Różnicę widać w jednym dokumencie. Brief kosztowy zaczyna się od daty i liczby gości. Brief inwestycyjny zaczyna się od zdania w rodzaju: do końca kwartału chcemy dwudziestu rozmów handlowych z dyrektorami zakupów z trzech wskazanych segmentów. Resztę budżetu da się wtedy obronić albo skreślić, bo każda pozycja jest pytaniem, czy przybliża to zdanie.
Bizzabo w raporcie „2025 State of Events”, opartym na ankiecie ponad 1500 organizatorów i uczestników z listopada 2024 roku, podaje, że 70% organizatorów miało trudność z wykazaniem ROI konferencji B2B. Według Certain z 2025 roku 94% marketerów mówi, że ich firma nie zamienia leadów z eventów w szanse sprzedażowe.
Z mojej praktyki po obu stronach stołu za takim wynikiem stoi najczęściej jedno: miernik wybrany po wydarzeniu. Skoro przed eventem nikt nie zapisał, co ma być wynikiem, po evencie zostają frekwencja i ankieta zadowolenia. Zarząd nie przeliczy ich na przychód i słusznie nie próbuje.
Rachunek jest krótki. Koszt całego wydarzenia dzielę przez liczbę rozmów handlowych z gośćmi z listy, które odbyły się w uzgodnionym oknie po evencie. Wychodzi koszt jednej rozmowy. Dalej liczę, ile rozmów przeszło w ofertę i ile w sprzedaż.
Do tego potrzebny jest CRM, w którym każdy gość z rejestracji dostaje znacznik źródła „event” i datę. Bez znacznika po trzech miesiącach nikt nie odróżni sprzedaży z wydarzenia od sprzedaży, która i tak by się wydarzyła. Pełny pomiar po wydarzeniu rozpisałem w tekście o ewaluacji eventu firmowego.
Targi dają zasięg, własny event daje kontrolę. Na targach listę gości tworzy ktoś inny, a o uwagę konkurujesz z setkami stoisk. Na własnym wydarzeniu sam decydujesz, kto wchodzi i co widzi, ale płacisz za zebranie ludzi, którzy sami by się nie spotkali.
Własny event wygrywa, gdy decydentów jest niewielu i znasz ich z nazwiska. Targi wygrywają, gdy dopiero ustalasz, kto jest w twoim segmencie. Jak z targów zrobić rozmowy zamiast pliku wizytówek, opisuję w tekście o leadach z konferencji i targów.
Dla Grupy Topex projektowałem cykle wydarzeń w całej Polsce dla handlowców i dystrybutorów: prezentacje nowych produktów i linii oraz aktywacje wokół nich. W TedGifted prowadziłem trasę po targach europejskich razem z liczeniem wyników, od produktu i katalogu po rozliczenie rozmów.
Jestem projektantem doświadczeń biznesowych. Prowadzę Event Marketing Institute w Poznaniu, wykładam na WSB Merito Poznań, należę do Rady Sektorowej ds. Kompetencji Komunikacji Marketingowej. Jestem autorem książki Event Management dla początkujących (i nie tylko) z 2025 roku. Pracuję też jako interim marketing director po stronie klientów, więc brief znam z obu stron stołu.
Planujesz wydarzenie i chcesz, żeby ktoś odpowiadał za jego wynik? Umów konsultację, a przejdziemy przez cztery decyzje na twoim przypadku.
Zacznij od listy decydentów, których chcesz poznać, nie od programu. Ustal jedno zachowanie po wydarzeniu, na przykład umówione spotkanie, i ułóż scenariusz tak, żeby każdy punkt do niego prowadził. Po evencie licz rozmowy z gośćmi z listy w uzgodnionym oknie.
Podziel koszt wydarzenia przez liczbę rozmów handlowych z właściwymi gośćmi, a potem śledź, ile z nich przeszło w ofertę i sprzedaż. Wymaga to znacznika „event” przy kontaktach w CRM i daty pierwszej rozmowy.
Zależy od tego, czy znasz swoich odbiorców z nazwiska. Gdy znasz, własne wydarzenie daje kontrolę nad listą gości i scenariuszem. Gdy dopiero szukasz segmentu, targi dają zasięg przy niższym koszcie pierwszego kontaktu.
Sprawdź trzy rzeczy: czy ktoś pyta o cel biznesowy i miernik, zanim poda cenę, czy oferta zawiera raport po wydarzeniu i kto po stronie firmy odpowiada za wynik. Agencja realizuje zlecenie, doradca ustala, co zlecenie ma przynieść.
Doświadczenia dla marek projektują agencje, studia kreatywne i niezależni konsultanci. Piotr Kalewski robi to jako projektant doświadczeń biznesowych: od celu i miernika, przez scenariusz, po raport z wyniku wydarzenia.
Piotr Kalewski jest projektantem doświadczeń biznesowych z Poznania, CEO Event Marketing Institute, wykładowcą WSB Merito Poznań i autorem książki „Event Management dla początkujących (i nie tylko)” z 2025 roku. Pracuje także jako interim marketing director po stronie klientów.

W artykule znajdziesz: godzinowy scenariusz śniadania biznesowego na 90 minut, sposób liczenia kosztu na osobę obecną, a nie zaproszoną, oraz zasady rozsadzenia, które decydują o tym, czy goście w ogóle ze sobą porozmawiają.
Śniadanie biznesowe ma dwie przewagi nad konferencją: kosztuje mniej i kończy się przed dziewiątą, więc nikt nie traci dnia. Ma też słabość, której organizatorzy nie widzą, dopóki nie przeprowadzą trzeciego: dziewięćdziesiąt minut przy stole z obcymi ludźmi to czas, w którym rozmowa albo ruszy w pierwszym kwadransie, albo nie ruszy wcale.
Krótka odpowiedź: śniadanie biznesowe zorganizuj na 20 do 40 osób, w dziewięćdziesiąt minut, z jednym wystąpieniem do 20 minut i co najmniej 30 minutami rozmów przy stołach z zadanym pytaniem. Koszt licz na osobę obecną, nie zaproszoną, bo przy dwudziestoprocentowej nieobecności koszt jednostkowy rośnie o jedną czwartą. Rozsadzenie przygotuj z góry.
Pierwsze dwadzieścia minut decyduje o reszcie. Freeman i IMEX przebadali w 2025 roku ponad 2600 uczestników i organizatorów wydarzeń: 51 procent uczestników wraca na wydarzenia ze względu na networking, a 30 procent ma problem z rozpoczęciem rozmowy. Ludzie przychodzą po rozmowy i jednocześnie nie wiedzą, jak zacząć.
Dlatego przy wejściu ustaw dwie rzeczy: kartę z przypisanym stolikiem i jedno pytanie na kartce, na przykład „nad czym pracujesz w tym kwartale”. Moja opinia: takie pytanie otwiera rozmowę lepiej niż „czym się zajmujesz”, bo wymaga odpowiedzi zdaniem, nie nazwą stanowiska. Osoba przy drzwiach wita po imieniu i kieruje do stołu, a nie do bufetu.
Gospodarz mówi, po co ludzie się spotkali, jak wygląda plan i co się stanie o 8:15. Pięć minut, bez historii firmy i bez przedstawiania wszystkich sponsorów. Najważniejsza informacja to godzina zakończenia, bo ona uspokaja osoby z poranną rozmową o dziewiątej.
Jeśli prowadzisz wydarzenie sam, przećwicz ten fragment na głos z zegarem. Zasady prowadzenia dyskusji z sali opisałem w tekście o moderowaniu panelu.
Jedno, nie trzy. Prelegent dostaje temat zawężony do jednej decyzji, którą goście mogą podjąć w tym kwartale. Zalecam 45 minut rozmowy przygotowawczej z prowadzącym. Dwadzieścia minut kończy się wcześniej niż koncentracja, a zostawia miejsce na pytanie z sali.
Prelegent nie rozdaje materiałów i nie prezentuje oferty firmy. Po wystąpieniu prowadzący zadaje jedno pytanie, które stół będzie omawiał przez następne pół godziny. Zaplanowanie pytania razem z prelegentem to najważniejszy element programu.
Dla tego bloku goście przyszli. Przy każdym stole pięć lub sześć osób, jedno pytanie na kartce i prowadzący stołu, który dba o to, żeby wszyscy powiedzieli co najmniej jedno zdanie. Prowadzący stołu może być osobą z zespołu organizatora albo zaproszonym gościem, który wcześniej dostał trzy zdania instrukcji.
Rozsadzenie zmienia najwięcej. Rozdziel osoby z tej samej firmy i osoby, które przyszły razem. Z moich obserwacji rozsadzenie czterdziestu gości zajmuje około pół godziny i zwiększa szansę, że ktoś wyjdzie z nowym kontaktem. Opis projektowania pierwszej rozmowy między uczestnikami znajdziesz w tekście o networkingu na wydarzeniu.
Każdy stół mówi jedno zdanie: co z rozmowy zabiera ze sobą. Prowadzący zbiera zdania i dopisuje kolejny krok, na przykład termin następnego śniadania albo listę uczestników, którzy zgodzili się na udostępnienie kontaktu. Dziesięć minut wystarczy, a zamknięcie daje poczucie, że spotkanie coś wyprodukowało.
Po zamknięciu zostaw piętnaście minut wolnych rozmów i kawy. Z moich obserwacji goście, którzy zaczęli dobrą rozmowę przy stole, chcą ją skończyć na stojąco, więc nie wyłączaj muzyki i nie zaczynaj sprzątania.
Koszt wydarzenia licz na osobę obecną. Scenariusz liczbowy, hipotetyczny: koszty stałe wynoszą 6 000 zł, zmienne 90 zł na zaproszonego, a zaproszonych jest 40. Przy pełnej frekwencji koszt na osobę wynosi 240 zł. Gdy przychodzi 30 osób, a catering zamówiono na 40, koszt na obecną osobę rośnie do 320 zł. Różnica wynosi jedną trzecią i wynika wyłącznie z nieobecności.
Jak ograniczać nieobecność, opisałem w tekście o no-show na wydarzeniu firmowym, a projekt rejestracji, który zmniejsza liczbę osób zapisanych bez zamiaru przyjścia, w tekście o rejestracji na wydarzenie. Nie znalazłem publicznie dostępnego benchmarku kosztu śniadania biznesowego w Polsce, więc powyższe kwoty to przykład struktury, nie cennik.
Mniejszą wersję tego formatu, od dwudziestu osób, opisałem w tekście o tym, jak zacząć budowę kapitału relacyjnego od dwudziestu osób.
Od 20 do 40. Poniżej dwudziestu trudno o różnorodność rozmów, powyżej czterdziestu trzeba drugiej osoby do prowadzenia stołów, a koszt koordynacji rośnie szybciej niż liczba gości.
To zależy od celu. Z moich obserwacji wydarzenie bezpłatne łatwiej zapełnić, ale ma wyższą nieobecność, a opłata, nawet symboliczna, zmniejsza liczbę osób zapisanych bez zamiaru przyjścia. Nie mam badania, które by to potwierdzało. Przy zaproszeniach indywidualnych płatność zwykle nie jest potrzebna.
Moja rada: raz w miesiącu lub raz na kwartał, w stałym dniu tygodnia. Rytm ważniejszy jest od jednego dobrego wydarzenia, bo goście wracają na format, który znają, a nie na pojedyncze spotkanie.
Planujesz cykl spotkań branżowych i chcesz zaprojektować format pod swoich gości? Umów konsultację 1:1 (250 zł netto za 60 minut, pakiet 850 zł) i przejdziemy przez scenariusz godzina po godzinie.

Z tekstu dowiesz się: co włożyć do welcome packa, żeby nowa osoba w poniedziałek rano wiedziała, gdzie siedzi, z kim zaczyna i co ma zrobić do piątku, oraz które elementy klasycznego pudełka z gadżetami możesz zostawić w szufladzie.
Scenariusz A. Poniedziałek, godzina dziewiąta. Nowa osoba dostaje karton: bluza z logo, kubek, notes, smycz, długopis. Laptop jeszcze jedzie od IT, opiekun jest na urlopie, a kalendarz na ten tydzień jest pusty. Karton zajmuje dziesięć minut. Resztę dnia spędza przy kawie z firmowego kubka.
Scenariusz B. Poniedziałek, godzina dziewiąta. Nowa osoba dostaje kopertę: kartkę z planem pierwszego tygodnia, imię i numer opiekuna, listę pięciu osób, z którymi spotka się do piątku, i jedno zdanie od przełożonego o tym, co ma być zrobione do końca miesiąca. Bluzy nie ma. Laptop stoi włączony.
Obie sceny są hipotetyczne, a różnica między nimi dotyczy pierwszego dnia w pracy, nie budżetu. Scenariusz B kosztuje mniej niż A i robi większą część roboty, której firma oczekuje od onboardingu.
Krótka odpowiedź: welcome pack powinien zawierać plan pierwszych trzydziestu dni, imię i kontakt opiekuna, listę osób do poznania, jedno zadanie na koniec pierwszego miesiąca i dostęp do narzędzi w dniu startu. Przedmioty z logo są dodatkiem, nie rdzeniem. Pierwszego dnia nowa osoba chce wiedzieć, co jej wolno i czego się od niej oczekuje.
Gallup podaje w publikacji o onboardingu z 2019 roku, że tylko 12 procent pracowników silnie zgadza się, że ich organizacja świetnie wdraża nowych pracowników. Dane dotyczą Stanów Zjednoczonych i nie sprawdzałem, czy w Polsce wynik jest podobny.
Ten sam materiał pokazuje, że gdy menedżer aktywnie uczestniczy w onboardingu, nowi pracownicy 3,4 raza częściej silnie zgadzają się, że ich onboarding był znakomity. Tekst Gallupa o wdrażaniu przy pracy zdalnej z 2021 roku wskazuje, że tylko 29 procent nowych pracowników czuje się w pełni przygotowanych i wspieranych w nowej roli. Według Gallupa osiągnięcie pełnej wydajności zajmuje nowej osobie zwykle około dwunastu miesięcy.
Wniosek dla welcome packa jest praktyczny. Wartość pakietu rośnie, gdy zawiera element, który angażuje przełożonego, a spada, gdy jest paczką od działu HR. Koszty, jakie firma ponosi, gdy ktoś odchodzi po kilku miesiącach, policzyłem w tekście o kosztach rotacji pracowników.
Pięć elementów wystarczy, żeby pierwszy tydzień miał strukturę:
Każdy z elementów odpowiada na jedno pytanie, które nowa osoba ma w głowie, ale rzadko zadaje: co mam robić, do kogo pójść, kogo poznać, po czym mnie ocenią i czy mogę zacząć pracę. Rozpisany proces onboardingu na pierwsze trzydzieści dni znajdziesz w tekście o onboardingu nowego pracownika.
Przedmioty z logo mogą być miłym dodatkiem, ale nie niosą informacji, której nowa osoba potrzebuje. Bluzę, kubek i długopis możesz wręczyć drugiego dnia, na kolejnym spotkaniu, albo wcale. Jeśli przedmiot ma sens, wybierz taki, którego ta osoba użyje w pracy: dobry notes, przydatny element wyposażenia stanowiska.
Moja opinia: im więcej przedmiotów w pierwszym pakiecie, tym mniej uwagi na rzeczy, które decydują o pierwszym miesiącu. Nie mam badania, które porównywałoby welcome packi z gadżetami i bez nich pod kątem retencji, więc to wniosek z logiki, nie z danych. Obietnicę, którą firma składała w ogłoszeniu, powinien potwierdzić pierwszy dzień. Jak przełożyć propozycję wartości dla pracownika na doświadczenie, opisałem osobno, a kandydatom na etapie rekrutacji poświęciłem tekst o candidate experience na wydarzeniu rekrutacyjnym.
Pakiet z przedmiotami mówi nowej osobie, że jest mile widziana. Pakiet z planem mówi jej, co ma robić, a to pierwsze pytanie, na które szuka odpowiedzi. Zacznij od planu, a przedmiot dołóż, jeśli zostanie budżet.
Nie ma ogólnej stawki. Sam plan na kartce kosztuje czas przełożonego i opiekuna, a przedmioty zależą od wyboru. Zacznij od czasu, który przełożony poświęci w pierwszym tygodniu, bo to on decyduje o wyniku.
Ma, i to większy. Pakiet wysłany przed startem może zawierać plan, kontakty i sprzęt, a nowa osoba nie widzi wtedy sali i ludzi. Plan i imię opiekuna zastępują to, co w biurze nowa osoba zobaczyłaby sama.
Przełożony i HR razem. HR odpowiada za dostępy i formalności, przełożony za plan, zadanie i listę osób. Pakiet przygotowany wyłącznie przez HR traci element, który według Gallupa wyraźnie podnosi ocenę onboardingu: udział menedżera.
Budujesz proces wdrożenia i chcesz przejść przez pierwsze trzydzieści dni własnego zespołu? Umów konsultację 1:1 (250 zł netto za 60 minut, pakiet 850 zł) i przynieś obecny plan onboardingu.
Dołącz do społeczności świadomych marketerów i otrzymaj pakiet bonusów za darmo! 🎉 Co 2 tygodnie wyślemy Ci też newsletter pełen konkretnych inspiracji z obszaru marketingu doświadczeń.